Nie wiem jak Państwo, ale ja wprost przepadam za yerba mate; piję tego cholerstwa dziennie na litry. I tak się złożyło, że mam niedługo urodziny – w związku z czym sprawiłem sam sobie prezent: nową bobmillę (to poidło do picia), z alpaki (elementy złocone), sprowadzaną z Argentyny. Rzecz jest robiona ręcznie, przepiękna, i „działa jak natura chciała”; natomiast jedna sprawa przykuła moją uwagę szczególnie, i o niej chciałbym właśnie tutaj napisać.

Mianowicie: na pewnym portalu zajmującym się handlem internetowym, dystrybutor deklaruje, że ma takich 10 000. Dziesięć tysięcy! Na eksport! I to jeszcze na kraj, w którym yerba jest jednak wciąż jeszcze radością nielicznych. No to ile by tego trzeba liczyć na rynek wewnętrzny? Sto tysięcy? Dwieście? Myślę, że pewnie nawet więcej. A to przecież nie koniec: i rodzajów tego poidła jest chyba z kilkanaście.

No dobrze dobrze, ale po co ja o tym, właściwie? Ano, z jednego prostego powodu; bo okazuje się, że – zgodnie z tym, co mówili sto lat temu dystrybucjoniści angielscy – dzięki taniej i efektywnej formie dystrybucji energii, jaką jest elektryczność, a także postępowi technicznemu, produkcja ręczna właściwie wystarczy, aby produkować na skalę masową (czy „powszechną”) – a na pewno, żeby zaopatrzyć nas w to, czego nam trzeba, w takiej ilości, w jakiej nam tego potrzeba – i jeszcze, żeby starczyło na eksport.

Co? Kpisz pan, czy o drogę pytasz?

Innymi słowy: nie jest tak, jak się nam wmawia, i to widać nawet gołym okiem; przypomina to trochę casus Williama Cobbetta, który jako historyk-amator nie miał wielkiej wiedzy, ale miał oczy, i jako pierwszy chyba od XVII wieku zobaczył wielkie ruiny katolickich opactw, porozrzucane po całym terytorium państwa angielskiego. My również możemy nie mieć wiedzy, ale mamy oczy; i widzimy – że fabryka nie jest ludzkości (w ogóle, a do zbawienia zwłaszcza) niezbędnie potrzebna. I że rękodzieło było w stanie dostarczyć narodom dostatecznej ilości dóbr, aby się rozwijały, i że jest w stanie czynić to nadal. Na pewno nie będzie to nigdy aż taki rząd wielkości, jaki zapewnić może produkcja fabryczna – ale powiedzmy sobie uczciwie: czy naprawdę bez tego zorganizowanego marnotrawstwa, tej rozrzutności wołającej o pomstę do nieba, tego szaleństwa zalewającego nasze sklepy hektolitrami piwa, którego nikt nigdy nie wypije i tonami śmieciowych ubrań, których nikt nigdy nie założy, cywilizacja Zachodu runęłaby w gruzy? Zresztą, nie o to w tej chwili chodzi. Chodzi o to, że pokolenie za pokolenie wmawiano nam, że zanik rękodzielnictwa to rzecz „naturalna”, konieczna, nieunikniona, i że nie ma co stawać w poprzek rwącym nurtom historii; dokładnie dlatego, że to nie, że to się nie da, że wobec wzrostu populacji produkcja ręczna nie wystarczy, aby zapewnić nam buty i ubranie. Otóż widzimy: starczy; i starczyła zresztą wcześniej (bo czy wzrost populacji nie implikuje również aby wzrostu liczby rzemieślników? czy zwariowałem i trzeba mnie zatem odwieźć do wariatkowa?). To był podstawowy argument, nie zysk – i ten argument wyczerpuje się już bezpowrotnie; teraz, wobec takiego rozwoju sprawy kapitalista nie może rzucić beztrosko „tak, ale” i zacząć tłumaczyć nam, jak gdyby nic się nie stało, że choć by to może i wystarczyło, to jednak (itd.). Argumenty z maksymalizacji zysków mogą być słuszne, a mogą być niesłuszne (dla niewtajemniczonych dodam, że są niesłuszne), natomiast nie zmienia to faktu, że aksjomatyczna dla nowoczesnego kapitalizmu teza o „naturalnej ewolucji” metod produkcyjnych (przejęta potem przez marksizm: „wszystkie argumenty marksizmu wykorzystywała wcześniej Szkoła Manchesterska”) po prostu nie zgadza się z życiem. To jest istota sprawy, i na to trzeba jakość odpowiedzieć; a jeśli się nie umie, trzeba uznać porażkę. No i tyle.

No, niby tyle, a jednak nie tyle; bo chciałbym zauważyć tutaj jedną rzecz. Otóż na naszych oczach dokonuje się na powrót proces, który zahamowała na chwilę druga wojna światowa i bezwzględna dominacja komercjalna dwóch wielkich imperiów, ale który opisywał już Artur Penty, i który zaczął się w latach 30; wielki proces deploretaryzacji gospodarek świata. Trzeci Świat, nowy wielki proletariusz ziemi, proletariusz zbiorowy, zaczyna podnosić głowę; budzi się ze swojego koszmaru, i dostrzega, że jest człowiekiem; że ma godność, potrzeby, duszę i aspiracje, i że nie musi być tylko funkcją maszyny, za miskę ryżu dostarczającą nowych cacek dzieciom burżujów Zachodu; zaczyna domagać się dni wolnych, prawa do autoekspresji, bezpieczeństwa, ubezpieczeń, zwolnień, praw i przywilejów, broni się i walczy  swoje; robi to, co jego europejscy poprzednicy zrobili wiek temu. Chwila jeszcze, a wszystko się zmieni; wrócą cła; gospodarki na powrót zaczną się „unaradawiać”, a produkcja chińska zacznie kosztować tyle samo, co europejska. Co wtedy? Gdzie pójdziemy? Gdzie przeniesiemy nasze fabryki, i czyje dzieci umierać będą przy produkcji naszych butów i torebek? Już pomijam aspekt etyczny, który sam wdziera się w tok tego wywodu, i woła pomsty u Boga – ale po prostu to szaleństwo będzie musiało się kiedyś skończyć; i, krótko mówiąc, prędzej czy później, większość dóbr (bo przecież nie wszystkie) będziemy musieli wytwarzać u siebie. Jak tego dokonamy? Czy cofniemy się do roku 1850? Czy Europa stanie się znowu zadymionym kontynentem fabryk, wielką mielarnią ludzi, pracujących za pensje niepozwalające zapewnić rodzinie nawet trzech posiłków dziennie, i stłoczonych w lepiankach na przedmieściach gigantycznych miast bankowców? Cóż, delikatnie rzecz ujmując: nie sądzę. Sądzę, że ta epoka bezpowrotnie – i na szczęście – minęła. A jeśli tak, trzeba będzie szukać innych metod, godniejszych, piękniejszych, więcej nam dających i lepszych dla człowieka.

Co nam pozostanie? Tak naprawdę, istnieje w ogóle tylko jedna, normalna dla człowieka metoda produkcji, jeden jedyny stan naszej egzystencji, który pozwala nam uwolnić pełnię naszego potencjału; i na własne oczy widzimy, że istotnie, jest ona naprawdę niezawodna.

Dlatego też jestem pełen optymizmu, właściwie jak nigdy dotąd; staram się śledzić bieg dziejów uważnie, i stwierdzam, że choć czasy mamy niespokojne, i koszmar modernizmu szaleje w pewnych dziedzinach jak nigdy wcześniej, u korzenia naszego „Drzewa Wolności”, które posadzono wcześniej i gdzie indziej, niż o tym większość mniema, ten ciemny płomień zaczyna dogasać; i oto z popiołów wyrastają maleńkie, zielone kiełki, o które troszczy się mocna ręka człowieka, którego nie poznajemy.

„A ona poszła dalej, biorąc go za ogrodnika”.

Tak też nowy ład jest możliwy, i wielka reforma może się dokonać; to naprawdę nie mrzonki, nie rojenia, nie utopijne sentymentalizowanie wrażliwców, a logiczna (względnie przynajmniej, jak tuszę) kalkulacja. Oczywiście, nic się nie robi samo; i jeśli chcemy, aby Europa zaczęła wyglądać inaczej, będziemy musieli włożyć w to sporo wysiłku, znaleźć poparcie masowe, i – przede wszystkim – opracować dobre prawo, pozwalające zorganizować gospodarkę w sposób racjonalny (przecież nikt przy zdrowych zmysłach nie twierdzi, że czołgi będzie się produkować ręcznie); to wszystko na potem, i na pewno nie na mnie; niemniej – taka możliwość istnieje, i samo życie, sam fakt (nareszcie!) dostarcza nam tutaj niezbitych dowodów. A choćby to tylko, po tylu latach szamotaniny, błądzenia, szyderczego rechotu nieprzyjaznych ludzi i samotnej walki o siebie i swoją duszę, dla mnie – przynajmniej – znaczy naprawdę sporo.

Co też niniejszym uznaję, i za co wdzięczny jestem; a komu, to w sumie niczyja sprawa.