Ostatni tekst, niezależnie od tego co jeszcze z niego będzie (podobnie zresztą jak w ogóle z całej tej strony), przyniósł przynajmniej ten sympatyczny skutek, że natchnął mnie do pewnych przemyśleń. Nie da się bowiem ukryć, że wyłania się z niego obraz Gilberta cokolwiek inny od tych, które się zazwyczaj, że tak powiem, ma – i które się w związku z tym zazwyczaj promuje. Być może przesadzam, co zresztą byłoby trochę usprawiedliwione, bo umordowałem się z nim okrutnie (jest rzadko trudny), ale trudno mi wyobrazić sobie, by po jego lekturze dało się jeszcze utrzymać standardowy obraz „Chestertona-konserwatysty”, obrońcy „dawnych wartości” i „starego chrześcijańskiego ładu”, wojującego z całą nowoczesnością i marzącego o nadejściu wielkiej kontrrewolucji, którym zachwyca się większość jego zwolenników, z którego wyśmiewa się większość jego przeciwników, a z którym ja osobiście stoczyłem już tutaj (i nie tylko) sporo prywatnych wojenek. Gilbert pokazuje się jako człowiek otwarty, do gruntu nieschematyczny, zdolny do dialogu nawet z prądami socjalistycznymi i całkowicie odporny na klasyczne ówcześnie argumenty o „chrześcijańskim porządku społecznym”, przy pomocy których przez długi czas skutecznie utrącano wszelką poważniejszą debatę na temat reformy ustrojowej. Był myślicielem chrześcijańskim, to niewątpliwe; lecz trzeba zawsze pamiętać, że cywilizacja, o którą walczył, miała być właśnie nowa. Tak też kilka słów na ten temat.

Nowa Cywilizacja Chrześcijańska – co to znaczy? Termin ten próbował spopularyzować w pierwszej połowie wieku XX (obecnie się go nie używa) Jacques Maritain, kładąc podwaliny swej dojrzałej filozofii społecznej w dziełach takich jak Wolność w świecie współczesnym czy, rzecz jasna, Humanizm integralny.  Schemat logiczny, wyłożony w drugim z tych dzieł, jest chyba dość znany, więc przedstawię go tutaj wyłącznie w telegraficznym skrócie. Najpierw, po długim procesie społecznotwórczym, zapoczątkowanym przez chrystianizację Cesarstwa Rzymskiego, na gruzach starych urządzeń pogańskich pojawia się w końcu pierwsza cywilizacja chrześcijańska w pełnym tego słowa znaczeniu – cywilizacja chrześcijańska sakralna względnie heroiczna, skupiona wokół pragnienia przekroczenia więzów natury i zjednoczenia się (we wszystkich możliwych sensach) z Bogiem. W wieku XVI cywilizacja ta upada pod własnym ciężarem i jej miejsce zajmuje cywilizacja chrześcijańska humanistyczna, oparta przede wszystkim na afirmacji ludzkiej natury i pragnieniu urzeczywistnienia jej możliwości, cywilizacja Kartezjusza i Moliny. W wieku XVIII wewnętrzne napięcie teorii „dwóch celów ostatecznych” rozrywa ja na kawałki, a w jej miejsce przychodzi cywilizacja humanistyczna niechrześcijańska, stawiająca człowieka i jego spełnienie jako cel jedyny, cywilizacja Rousseau, Kanta, Comte’a i Hegla. Ta zaś z kolei dialektycznie obala się i przechodzi – skutkiem recepcji poglądów Marksa, Darwina i Freuda – w cywilizację niechrześcijańską heroiczną, ale heroizmem „człowieka kolektywnego”, wspólnymi siłami ujarzmiającego przyrodę dla własnego dobrobytu, cywilizację „zbawienia na ziemi”, której nie ma (rok 1936), ale – jak pisze Maritain – będzie.

Jakie są konsekwencje tej syntezy dla filozofa chrześcijańskiego? Przede wszystkim takie, że jego zadaniem naczelnym, zadaniem, które powinno mu przyświecać, staje się zadanie tworzenia. Skoro cała nowożytność i współczesność, ze wszystkimi swoimi niezaprzeczalnymi dokonaniami, jest w gruncie rzeczy niechrześcijańska, nie można szukać w niej punktu wyjścia do cywilizacyjnej odnowy. Z drugiej strony, ponieważ rozwój historyczny stanowi zjawisko realne, nie można ich szukać także w prostym akcie restauracji przeszłości. Trzeba szukać nowych zasad i aplikować je do nowych warunków. Innymi słowy: jeśli cywilizacja chrześcijańska ma powstać, musi być to cywilizacja chrześcijańska nowa, nieznana poprzednim epokom. To jest, jak gdyby, „tyle” – tylko błagam, naprawdę: w telegraficznym skrócie. Jak ktoś chce wiedzieć więcej, niech sięgnie po książkę.

No i cóż? No i moim zdaniem, mówiąc krótko, na Gilberta i jego dzieło patrzeć należy dokładnie przez pryzmat tej optyki.

Wielu to bardzo umyka, a szkoda; bo dla mnie zawsze Chestertoniada była fascynująca właśnie przede wszystkim ze względu na ten przedziwny powiew nowości, jakiego doświadcza się podczas lektury. Otwarcie na przyszłość raczej, strzelisty liberalizm – nawet w warstwie formalnej: szukanie wciąż nowych i świeżych środków ekspresji i nieprzetartych szlaków myśli. Oczywiście, pierwszą i podstawową obiekcją jaka zaraz tutaj wyniknie, będzie „mediewizm”. Tylko że ten „mediewizm” też trzeba dobrze rozumieć. Istotnie, nie da się zaprzeczyć, że Chesterton sporo odwoływał się do średniowiecza; ale teoria konstrukcji nowego porządku chrześcijańskiego bynajmniej nie zakłada niemożliwości podobnych odniesień. Każda myśl w jakiś sposób opiera się na przeszłości i trzeba być absolutnym szaleńcem, aby uważać, że to coś złego; natomiast korzystać ze źródeł można na różne sposoby. Skoro zaczęliśmy od Maritaina, weźmy sobie za przykład tomizm i różnice w sposobach jego pojmowania i uprawiania. Można zatem uważać, że być tomistą znaczy wryć na pamięć Summę teologiczną, a potem oceniać wszystko na zasadzie, czy Tomasz tak powiedział, czy nie; wyszło tego sporo, nawiasem mówiąc, ostatnio, przy okazji niedawnej debaty nad kwestią kary śmierci. A można że być tomistą oznacza przede wszystkim zrozumieć Summę teologiczną, wyciągnąć z niej to, co nieprzemijalne, i dzięki tym narzędziom rozwiązywać problemy – w nowym stylu, nowym językiem, stosownie do nowego kształtu ludzkiej świadomości i wymogów społecznych. Podobnie rzeczy się mają także ze średniowieczem i kwestią inspiracji, jaką może czy powinna czerpać z niej myśl społeczna Kościoła XX i XXI wieku. I Chesterton, powiedzmy to sobie jasno, nigdy nie podchodził do sprawy inaczej, niż właśnie twórczo, traktując wieki średnie tylko jako źródło pewnych środków, pomocnych przy realizacji celu odnowy społecznej, ale naturalnie wobec niej całkowicie wtórnych, a przy okazji jako źródło praktycznego języka, w którym można porozumieć się ze współ-katolikami. Natomiast przecież choćby w moim ulubionym Nowym Jeruzalem jasno pisał, że wieki średnie to nie było jeszcze „to” – jeszcze nie „dobry” stan społeczny, najwyżej dobra droga, a może nawet tylko skręt na dobrą drogę. I w tym też dziele argumentował, że wartość organizacji cechowych stanowi, przede wszystkim, ich demokratyczny charakter. Równie wiele, o ile nie więcej (twierdzę, że więcej, ale narażam się tym samym na pewną niepopularność, więc kwestię porzucam) czerpał przecież również z ideałów wieku XVIII, z pism Rousseau, dość ewidentnie chyba i Robespierre’a, Thomasa Paine’a, od radykałów angielskich z wielkim Cobbettem na czele. Jednym słowem (dwoma właściwie): był nieschematyczny; oryginalny od krańca do krańca, potrafił łączyć najbardziej wydawałoby się sprzeczne elementy i szukać najśmielszych rozwiązań – i trudno sobie wyobrazić, by nie wynikało to ze świadomości istnienia zasady, która te sprzeczne co do genezy pierwiastki po prostu przerasta i pozwala je sobie wzajemnie przyporządkować. Innymi słowy: ze świadomości, że tworzy się coś rzeczywiście nowego; czyli że, jak napisałem, cywilizacja chrześcijańska, jeśli ma być, musi być inna, niż była.

A czemu jest to ważne i tyle o tym gadam, obracam tym jęzorem jak oszalały i dobrych ludzi nękam po nocach? No, mniemam, że wyjaśniać nie muszę – ale gdybym musiał, powiedziałbym tak: bo, po pierwsze, świat, słusznie zresztą, nie lubi epigonów, a lubi ludzi twórczych; a po drugie – bo skądinąd zależy mi na tym, by cywilizacja chrześcijańska kiedyś-tam, pewnie jeszcze nie za mojego życia, jednak naprawdę zaistniała na nowo – a to się osiągnie wyłącznie działając właściwymi metodami. Póki co, na polskim gruncie przynajmniej, tam, gdzie pojawia się jakiś bardziej systematyczny namysł nad tą kwestią, dominują wedle moich obserwacji metody niewłaściwe. Postawy się radykalizują, energie społeczne męczą, a efektem pozostaje – jak zawsze – powolna gettoizacja i niedomagania „metabolizmu informacyjnego”. Nie jest to dobra droga i dobrze byłoby z niej zejść – a jak ktoś chce, to ma pod ręką skuteczne narzędzia. Tak by się to przedstawiało – znowu: w telegraficznym skrócie.