„W świecie współczesnym nie ma ani krzty demokracji; a jednak powszechnie uważa się, że jest on demokratyczny, albo że chociaż dąży do tego, aby stać się demokratycznym. Wiek dziewiąty, czas inwazji plemion nordyckich, nie był świątobliwy w tym sensie, że nastąpił w nim wysyp świętych Boga; wręcz przeciwnie – był to czas piratów, lokalnych watażków oraz pierwszych symptomów feudalnej anarchii. Świętość wszakże stanowiła jedyny ideał, jakim dysponowali ci barbarzyńcy, jeżeli dysponowali jakimkolwiek w ogóle. Podobnie – jeśli współczesne, proletariackie masy mają jakikolwiek ideał, to jest nim demokracja. Świętość była światłem wieków ciemnych lub, jak kto woli, marzeniem tej epoki. Demokracja zaś, to marzenie ciemnych wieków industrializmu; nawet jeśli, istotnie, jest ona, tak jak marzenie, ulotna. Prorocy ją obiecują, politycy udają że do niej dążą, poeci jej pragną, a czasem – tylko pragną jej pragnąć. Krótko mówiąc, równość praw obywatelskich to prosta odwrotność współczesnego stanu rzeczy. Niemniej – to także naprawdę ideał naszych czasów. W każdym razie – nie mamy żadnego innego. Jeżeli jaśniejąca nad Placem Bastylii postać to naprawdę duch wolności, aż dziw, że wobec owych milionów różnych tendencji, według których rozwijają się współczesne miasta, nie uleciała ona jeszcze na powrót do nieba. Gdyby zaś to nastąpiło, nasze laickie społeczeństwo bardzo dobrze wiedziałoby, jaką boginią ją zastąpić”.

Ten cytat z „Nowego Jeruzalem”, jak mniemam, nie wymaga właściwie komentarza.

To jest właśnie jedna z najcudowniejszych rzeczy związanych z regularną lekturą „Chestertona politycznego”; zjawisko „lawinowego” upadku stereotypów. Przyznaję, że na dłuższą metę może być tego trochę za dużo, i człowiek się przeciąża; wtedy trzeba sobie zrobić przerwę. Sam miałem taką, i nie czytałem GKC przez ponad pół roku. Niemniej potem zawsze się wraca, i wszystko zaczyna się układać.

Tak też ci, którzy mają szczęście czytać Gilberta i jego przyjaciół, zwłaszcza Belloca, mają również wielkie szczęście wiedzieć, kiedy im ktoś, że tak powiem, „kit wciska”; że – na przykład – perorowanie o „wolności mediów” w momencie, w którym każde medium podpięte jest do jakiegoś międzynarodowego koncernu, będącego drobną częścią składową jakiegoś jeszcze większego międzynarodowego koncernu, którymi kieruje rada nadzorcza o której nikt nic nie wie, nieoficjalnie odpowiadająca przed jakimś amerykańskim czy rosyjskim multimiliarderem, o którym wie się jeszcze bardziej nic, i finansowanie każdego zależy wyłącznie od suwerennych decyzji „pana życia i śmierci”, to sprawa poniekąd wątpliwa; że mówienie o „wolności gospodarczej” w warunkach, w których „szary Kowalski” nie ma i nigdy nie będzie miał dość pieniędzy, aby chociaż zacząć konkurować o poważne cele, a poza tym musi do sześćdziesiątki spłacać kredyt hipoteczny, to w najlepszym wypadku daleko idące uproszczenie; że mówienie o wolności wyborów w momencie, w którym do działalności politycznej potrzeba wielomilionowych dotacji z budżetu państwa względnie możnego sponsora, który ci zrobi kampanię, to śmiech na sali; i że uwielbianie „demokracji” z jednoczesnym ujadaniem na „motłoch”, „niewykształconą hołotę” czy „pospolite chamstwo” to po prostu żałosna hipokryzja.

Trudne? No oczywiście, że nie. A jednak, jakoś się tych wszystkich truizmów w debacie publicznej nie słyszy.

Bo tak to już jest; „każda cywilizacja umiera z zapomnienia o rzeczach oczywistych”. Zresztą, z tego „zapomnienia” wypływają czasem całkiem sympatyczne skutki. Pieniądz krąży, i rywalizacji tyle nie ma, no i jakże przyjemnie upajać się, że oto my, wyjątkowi, elita, Wielcy Literaci i Intelektualiści, a tam – motłoch, niezdolni, gnuśni, ci, którzy sobie „nie radzą” (jakaś trawestacja upiornego „unfit” epoki eugenicznej)… (Zastanawiam się, nawiasem, czy to właśnie nie stanowiło naczelnej przyczyny tak ogromnej popularności organizacji tajnych w wieku XIX i na początku XX).

Żyjemy w świecie pozorów, i warto zdać sobie z tego sprawę; pamiętam, jak szokowały mnie nagłe wybuchy Gilberta, że Rewolucja Francuska przegrała, że demokracja jest w odwrocie, że świat współczesny „wre od reakcji” i wraca do arystokratycznych kajdan, przeciw którym powstawały w wieku XIX wolne narody Europy. Sprzeciwiało się to wszystkiemu, czego mnie nauczono, czy w szkole czy w domu. A jednak, wszystko to okazało się z czasem prawdą. Wystarczy trochę popatrzeć – i nawet się poniekąd zachwycić; bo taki poziom manipulacji to naprawdę maestria. Doprowadzić do stanu, w którym ostatecznie praktycznym skutkiem każdego politykowania, od najbardziej arystokratycznych snów o restauracji porządku monarchicznego po najbardziej populistyczną gadaninę o „państwie opiekuńczym” na wzór Szwecji, okazuje się kapitulacja przed wielkim kapitałem, i stwierdzenie, że „ostatecznie tak jest najlepiej” i przecież „nic się nie da zrobić”, i w którym wszystkie spory dotyczą właściwie spraw drugorzędnych, i niewnoszących w sensie ścisłym właściwie niczego – cóż; trzeba przyznać, mistrzostwo świata.

I im więcej o tym myślę, tym bardziej wydaje mi się, że „państwo niewolnicze” Belloca naprawdę nadeszło. Być może nie tak, jak to sobie wyobrażał – bo nawet on, jak widać, nie docenił właściwie sprytu i geniuszu naszych nowych „tytanów”; a jeśli ktoś ma wątpliwości, niech odpowie mi (a przede wszystkim sobie) na jedno pytanie: czy była kiedykolwiek w dziejach świata epoka, w której dałoby się znaleźć mniej możliwości przeprowadzenia realnej zmiany politycznej?

Reszta jest milczeniem. PAX.