Niedawno napisałem o obłędzie niejakiego Herberta Marcuse (alias zboczonego dziadka), jego podstawach intelektualnych (powiedzmy), i konsekwencjach, jakie to wszystko ma w naszej obecnej praktyce politycznej; napisałem tam również, że – o ile pamiętam – szeroko rozumiana „prawica” polska (czyli, powiedzmy, ludzie, którym zależy na zachowaniu w naszej kulturze narodowej pierwiastków chrześcijańskich) „broni się tak, jak tylko druga strona mogłaby sobie wymarzyć”. Tutaj chciałem zatem po prostu wyjaśnić pokrótce, co miałem na myśli.

Bo to jest tak: druga strona, umownie nazywana „lewicą”, bez ustanku szermuje hasłami tzw. nacjonalizmu Risorgimento, względnie nacjonalizmu jakobińskiego (jak to się określa w naukach politycznych), czyli szeroko rozumianych ruchów demokratycznych wieku XVIII i początku XIX, i usiłuje nas nimi szantażować. Jak pokazałem wcześniej – oni to robią zupełnie cynicznie, i jest to cynizm w pełni świadomy, i można go dowieść na bardzo prostych przykładach; wystarczy zestawić kilka tekstów, pokazać kilka przedzałożeń, zadać kilka pytań i viola – okaże się, że cały demokratyzm współczesny to farsa grubymi nićmi szyta; i pod warstwą ładnie brzmiących pozorów kryje się coś kompletnie innego, i poniekąd mniej sympatycznego. Niestety, z jakichś względów prawica polska postanowiła tej niespójności nie wykorzystywać; i konsekwentnie okopuje się na pozycjach, które są dla jej adwersarzy po prostu idealne. Tak też, na przykład, ilekroć zachodzi jakikolwiek spór, pada z lewej strony oskarżenie o „łamanie praw człowieka”; co wtedy robi prawa strona? Oczywiście zaciska pięści, i woła wielkim głosem: „Tak jest! Bo nie ma czegoś takiego, jak prawa człowieka!” Pada oskarżenie o niedemokratyczność; co wtedy? „Oczywiście! Bo demokracja jest głupia i bezbożna!” Pada oskarżenie o wspieranie wielkich korporacji i antyspołecznego neokapitalizmu. I? „Oczywiście! Bo w Piśmie Świętym jest przypowieść o talentach, a miliarderzy będą nas wysyłać na Marsa!” I tak dalej, i tak dalej – przykładów znajdzie się sporo więcej, choć tylko te akurat przychodzą mi do głowy, jako chyba najbardziej banalne; i nic to nie zmienia, że nie da się mieć praw człowieka bez czegoś takiego, jak człowiek, a Jacques Derrida dawno ogłosił w imieniu „lewicy 68” jego śmierć; że demokracja polegająca na zakulisowych rządach elit i wpływowych mniejszości to jedna wielka parodia, która przeczy sama sobie; czy że „społeczeństwo libidalne” to idealny konsument, hedonista, skupiony wyłącznie na natychmiastowym zaspokajaniu wszystkich zachcianek, i gotów zapłacić słone pieniądze za ochronę własnego stylu życia przed czynnikami zewnętrznymi (czego przemysł antykoncepcyjny i aborcyjny stanowią nadto wyraźne świadectwa). Wszystko to mogłoby stać się znakomitym argumentem w naszym ręku; a jednak nikt nigdy zgoła, po tej stronie, o tym nie mówi. Dlaczego? Nie wiem; „trudno wnikać w intencje biskupa”.

Tymczasem, pole do ataku jest, i to całkiem spore; jak podpowiadają intuicje wszystkich prostych i bliskich konkretu cywilizacji świata, rzeczywistość najlepiej opisuje się w przypowieściach – a tym korzystniej, jeśli przypowieści te kuje samo życie. Widziałem niedawno gdzieś dosyć ciekawe nagranie. Otóż w USA grupa dzielnych ludzi postanowiła wytłumaczyć młodzieży jakiegoś uniwersytetu, że to, że kobiety i mężczyźni się różnią fizycznie to nie jest dyskryminacja; i po pewnym czasie – jak można się domyśleć – zaczęła się wielka awantura, i kilku studentów wyrzucono z sali. Potem autorzy filmu poświęcili wyrzuconym ideologom jeszcze chwilę czasu, którą oni wykorzystali na etatowe neostalinowskie gadki o „faszystach” i rozeszli się do domów, niemniej tuż zanim to się stało, najbardziej na oko inteligentna z nich (kobitka na mój gust 22-23 lata z zielonymi włosami) wykrzyczała, że „f*ck the police! Power to the people!” Co też, ponieważ mam do młodzieży uniwersyteckiej niejaką słabość, wiele mi uświadomiło. Ta dziewczyna miała namieszane w głowie, że szkoda nawet gadać; i nie potrafiła uzasadnić logicznie absolutnie niczego, co mówiła. A jednak, i to ciekawe, wydaje mi się, że to „power to the people” wykrzyczała całkiem szczerze – i jeśli tak, to trudno się nie zgodzić. Istotnie, cała wielka tradycja demokratyczna Europy opiera się dokładnie na takim przeświadczeniu; że zamiast decydować za lud, powinno się mu pozostawić spory samorząd i pozwolić decydować o sobie – i tutaj się w zupełności zgadzam. Natomiast jeśli istotnie „władza w ręce ludu” to władza w ręce ludu; i takie polityczne credo stanowi samo w sobie gest pokory, i zdania się na innych; to lud ma decydować, a nie my jako jednostki. No a czegóż ten współczesny lud, jeśli się trochę zastanowić, chce, a czego nie chce? Otóż na ile mam jakieś pojęcie na temat tego, czym lud jest i jak myśli, to lud współczesny Zachodu (bo można to tak formułować – i to zapewne stanowiło przedmiot podziwu demokratów wszystkich epok) nie chce feminizmu, „transgenderyzmu”, „równouprawnienia”, „emancypacji”, „edukacji seksualnej” czy Bóg wie jeszcze czego; a chce prawa do swoich lokalnych tradycji, lokalnej wiedzy, lokalnych przesądów, a nawet – lokalnych uprzedzeń; chce móc powiedzieć, że coś-tam wymaga „męskiej” albo „kobiecej ręki” bez bycia oskarżonym z urzędu o seksizm i pogardę dla kobiet, chce móc wyrażać pewne opinie na temat obcych grup etnicznych bez ustawicznych oskarżeń o rasizm czy antysemityzm, chce móc się wolno targować, przeklinać, pić piwo, a przede wszystkim – chce świętego spokoju. Lud nie jest intelektualistą, tak też nie bawi się w subtelności – może się to podobać, może i nie podobać: ale jeśli jest się demokratą, to uznaje się, po prostu, że o to właśnie chodzi, i że to powinno odgrywać decydującą rolę w polityce, bo polityka to rzecz tak powszednia, jak praca czy małe radości życia, i że nie wolno machać nad tym wyższościową maczugą „rasizmu” czy innych specjalistycznych terminów, które w wypadku rzeczywistości podobnie nieskomplikowanych zwyczajnie nie znajdują zastosowania; to jest zupełnie inny problem, i zupełnie inny wymiar słowa i czynu. Jak pisał Gilbert w „Williamie Cobbecie”: „Nie da się zachować zdrowego rozsądku wsi, jeżeli nie pozwoli się jej mieszkańcom mówić, że mieszkańcy Jorku są tacy, a Kentu owacy, albo że z Cyganami trzeba rozmawiać tak, a z Żydami inaczej”.  Oto warunek demokracji, jeśli w ogóle chcemy o niej racjonalnie rozmawiać, sine qua non, i tego na pewno współczesna lewica ludowi nie oferuje; oferowała mu to zaś na pewno chrześcijańska cywilizacja Zachodu, lepiej lub gorzej, dzięki swoim elitom lub wbrew nim, ale przez prawie tysiąc lat; i bez wątpienia, coś takiego to nie jest bagatelna sprawa.

Oczywiście, nie mówię, że gdyby zacząć tłumaczyć to naszej „postępowej” młodzieży, to sukces stałby się kwestią czasu. Zależy od człowieka; są i tacy, jak pewna moja znajoma, która – gdy ją tak przycisnąłem – stwierdziła, że niedojadanie na tzw. „ścianie wschodniej” to jest pikuś, i wina zainteresowanych, bo „każdy jest kowalem własnego losu”, natomiast prawdziwym problemem współczesnej Polski to brak osobnych toalet dla tzw. „transów”; można i tak, więc i tak się dzieje – natomiast na pewno są i tacy – i o to mi chodzi – którzy w całe to gadanie o demokracji traktują naprawdę poważnie, którzy faktycznie w coś wierzą, i którzy mają naprawdę sporo rozumu, sporo szczerej energii i autentycznego potencjału. I gdyby im zacząć pewne rzeczy uświadamiać, to kto wie? Może by to ostatecznie coś zmieniło; nie za dzień, za trzy, nie za miesiąc, być może nie za rok czy za trzy lata – ale ziarno zostałoby zasiane. I logiczne prawa idei przyniosłyby swój owoc. Bo prawda jest taka, i to tytułem zakończenia, że to współcześnie religia katolicka i cała związana z nią wielka tradycja myśli, najlepiej odpowiada wymaganiom instynktu demokratycznego, na ile cokolwiek z niego dzisiaj zostało; i to zapewne miał na myśli Gilbert Chesterton, gdy w „Co widziałem w Ameryce” o tzw. „minimum demokratycznym”, którego w katolicyzmie nic nie rozwodni, i nic nigdy nie osłabi.

„Taka jest właśnie najważniejsza sprawa z chrześcijańską czy katolicką demokracją; nie że w każdym dowolnym momencie czasu musi być ona koniecznie bardziej demokratyczna od reszty – ale że w jej wypadku niezniszczalne minimum demokratyczne naprawdę jest niezniszczalne. I z samej istoty rzeczy, ta mistyczna odmiana demokracji musiała przetrwać, nawet jeśli wszystkie inne mogły swobodnie doprowadzić się do ruiny. I kiedykolwiek jakaś niszczejąca demokracja nagle decyduje się podjąć desperacką próbę ocalenia, zawsze ostatecznie uczepia się choćby skraju czy strzępu tej starej tradycji, która jako jedyna zachowała znajomość siebie. Każdy zna chyba opowieść o średniowiecznym demagogu, który chodził po Anglii powtarzając rymowankę:

Gdy Ewa przędła, Adam rył,

kto wtedy jaśniepanem był?

Bez wątpienia, wielu zaproponowało już rozwiązanie tej zagadki: wąż. Lecz zdaje się, że tylko bardzo niewielu odgadło jakiej odpowiedzi udzielono by na to pytanie współcześnie, gdyby trafem jakiś niewinny agitator zdecydował się je powtórzyć. ‚Adam nie rył, a Ewa nie przędła, z tego prostego powodu, że nigdy nie istnieli. To ledwie strzępy mitologii chaldejsko-babilońskiej: Adam, na przykład, to ledwie mała wariacja na temat pana Tagtaga (co się wymawia ‘Uttu’). Prawdziwych informacji o początkach rodzaju ludzkiego prosimy szukać w O powstawaniu gatunków Darwina’. Potem zaś, człowiek współczesny zacząłby wyjaśniać człowiekowi średniowiecznemu, że plutokracja to po prostu kwestia walki o byt, że przetrwają najsilniejsi itd.; i że owi najsilniejsi obejmują władzę doprowadzając wszystko do stanu anarchii, i zyskują pozycję panów, zachowując się jak najgorsze chamstwo. Osobiście, nie opieram mojej wiary na teologii Jana Balla, ani na dosłownym odczytaniu Genesis; choć mniemam, że historia Adama i Ewy to rzecz znacznie mniej absurdalna i nieprawdopodobna, niż opowieści o prehistorycznym ‚najsilniejszym’, potrafiącym w pojedynkę stawić czoła setce innych ludzi. Muszę przyznać wszakże, że ideały lollardów istotnie można bez naciągania uzasadnić biblijnie – i na pewno nie można ich uzasadnić naukowo. I trudno nie zauważyć, że demokraci ciągle trzymali się jakoś tych ideałów, nawet w samym środku tzw. ‚wieku nauki’. Jeśli kiedykolwiek istniał na tym świecie człowiek o ewolucjonistycznej wizji i arystokratycznych sympatiach, to był nim Lord Tennyson. A jednak, ten sam Tennyson zachwycał się przecież, że myśl Jana Balla miała charakter ewolucyjny, a nie rewolucyjny, inaczej choćby, niż pomysły tych przeklętych Francuzów. Nie udawał, że miał jakiekolwiek poglądy, poza dosyć ogólną nadzieją na przyszłość. Lecz gdy godność człowieka staje się zagrożona, nawet Jan Bull musi używać argumentów Jana Balla. Mówi na przykład Lady Klarze Vere de Vere, że ‚Adam i Ewa śmieją się cicho, słysząc o długim rodowodzie’; bo przecież ich rodowód na pewno nie był długi. Lady Klara mogłaby bardzo sprytnie zbyć go cytatem z Maud czy In memoriam, dotyczącym ewolucji trytona, pana gór i dolin. Tak czy inaczej wszakże, Tennyson ewidentnie już zdążył zapomnieć o Darwinie i długim rodowodzie człowieka. A jeśli można to powiedzieć o ewolucjoniście pokroju Tennysona, to tym bardziej o rewolucjoniście pokroju Jeffersona. Deklaracja niepodległości wywodzi wszystkie prawa człowieka z dogmatycznego założenia, że Bóg stworzył nas równymi; i słusznie; bo jeśli nie zostaliśmy stworzeni równymi, to wyewoluowaliśmy bardzo nierówno”.

Oto chyba najlepsze ujęcie sprawy, jakie tylko istnieje, stosownie zresztą do wagi dzieła, bo „Co widziałem w Ameryce” to naprawdę znakomity traktat polityczny, któremu jeszcze jakiś krytyk odda kiedyś sprawiedliwość – o ile zrozumie, o co w nim chodzi, co się w Polsce jeszcze nie zdarzyło, co też symptomatyczne; i, by skracać jak się tylko da, obie strony stoją tutaj przed dramatycznym dylematem, który – w moim przekonaniu – zadecyduje ostatecznie o naszym bycie i niebycie – ale który to dylemat sypmatycznie, dla mnie przynajmniej, „sakramentalizuje” się w miłą filologowi kwestię dobrej lektury konkretnego dzieła, napisanego przez angielskiego dziennikarza około roku 1921; i tak też zarówno polska „prawica” i polska „lewica” – to znaczy ci ich przedstawiciele, którzy naprawdę biorą swoje przekonania poważnie i którym rzeczywiście zależy – muszą po prostu zrozumieć o co chodzi w „Co widziałem w Ameryce”, w pewnym sensie rzecz jasna. Jeśli im się to uda, odzyskają siebie, wygrzebią się z anachronicznych konfliktów, i zaczną myśleć po polsku, to znaczy stosownie do aktualnych polskich warunków; i odnajdą nareszcie jakąś nić porozumienia, którą jest zdrowy rozsądek. A wtedy nowy Polak, Polak niepamiętający już czasów PRL, szczęśliwszy, zdrowszy i o bardziej otwartym umyśle, zacznie działać, i faktycznie stworzy coś wyjątkowego, co istniało wszakże już wcześniej w wielu różnych formach (i dlatego stanowi jeden z największych cudów Zachodu) – nie poza dobrem i złem, ale „ponad prawem i lewem”; stworzy piękną cywilizację wolnych ludzi, niepozbawioną wad, ale cywilizację mimo wszystko, która zapewni naszym dzieciom wieki fascynującego i szczęśliwego życia, opartego na wierze w wielkie przeznaczenie, i wielkie znaczenie, naszych dziwnych losów. Chesterton to naprawdę tutaj klucz do rzeczy – bo tylko pośrednik, to znaczy prorok, który pisał słowa, których sam nie rozumiał, a przynajmniej nie tak w pełni, jak można zrozumieć je dzisiaj; jak to prorok, nie miał w swoim czasie najlepszej prasy, mimo całej swej osobistej popularności – i jak to prorok, może zyskać ją w naszych czasach; bo wskazuje na coś, czego żaden człowiek nigdy nie wymyśli, a co możemy wyłącznie odkrywać – i przed czym powinniśmy drżeć w nocnych czuwaniach.

Prawdę.

„Biada mi, matko moja, po coś mnie porodziła, męża sporu, męża swaru po wszystkiej ziemi?”

No właśnie po to; i jest to jakaś ogromna tajemnica, której nie zdołamy przeniknąć – ale która stała się nieraz natchnieniem poetów, która odwracała losy wojen, ożywiała kulturę i wywracała na drugą stronę porządek społeczeństw – jak wtedy, choćby, gdy śpiewał ją w lasach Toskanii pewien młody Włoch, mający dźwignąć na barkach sklepienie niszczejącego Kościoła; i dzięki której i dziś Europa, wbrew wszystkiemu i na pewno wbrew sobie, ma szansę odrodzić się jeszcze z popiołów.