„Twoje jedyne usprawiedliwienie (przypuśćmy, że Bóg, jak i poeta, zadowoli się nim): jesteś idiotką po wiek wieków”.

Leon Bloy, „Krew Biednego”

(Rozumiem, proszę Pana, ale proszę zwrócić uwagę, że tekstów patetycznych zazwyczaj się nie nad-interpretuje…)

 

Jedną z najboleśniejszych dla mnie osobiście przynajmniej spośród niepoliczalnych wad mojego kraju i narodu jest chroniczne, bezdenne marnotrawstwo szans.

Cywilizacja Zachodu, Europa w sensie duchowym, jest paradoksem; przedziwnym paradoksem, który Gilbert Keith Chesterton we wspaniałej wizji z „Nowego Jeruzalem” porównał kiedyś do krzyża. Legła u podstaw naszej tożsamości jakaś ogromna tajemnica, nieznana zgoła całkiem innym zakątkom globu, i nie dziw, że do dziś nie potrafimy poniekąd sprostać samym sobie, że jesteśmy dla siebie wyzwaniem, którego nie potrafimy udźwignąć. Ale…

Europa to tętniący splot żywych energii, wulkan bytu, który eksplodował i zmienił oblicze świata. Polska jest w samym centrum, w samym sercu tej przejmującej zagadki dziejów. Czy czujemy, że jesteśmy w sercu wielkiej zagadki dziejów?

Polska zna, co prawda, jakąś energię, ale jest to energia zła i destruktywna. W wymiarze twórczym, Polak jest zawsze taki, jak sam się opisuje, piórami swych niestrudzonych emanacji; leniwy, niechętny, gnuśny, małostkowy, małoduszny, naraz makabrycznie niepewny i obłąkańczo zadufany w sobie, pogardzający sobą i do szaleństwa zakochany w swoich mikroskopijnych sukcesach, kosmicznie przejęty czysto prywatnymi osiągnięciami, które za pięć lat zostaną co najwyżej w „pamięci aniołów”, niestrudzony romantyk ego, któremu wstrętne jest wszystko, co przychodzi z zewnątrz, i co oznacza rzeczywistą zmianę.

„Rzeczy stworzone z nicości same z siebie ciążą ku nicości”. Polska to wir, który wszystko wciąga (powoli, powoli), i wszędzie wieje dziwna, ciemna lodowatość.

Oczywiście, jednak jeszcze jakoś żyjemy i coś się jeszcze tutaj tli (a „tli” to niemalże nie jest metafora). Ale jest to co najwyżej ten biblijny „knotek”, którego że nikt nie dogasił, musiało budzić takie wielkie zdumienie w Izraelu. To się, że tak powiem, widzi, (więc jak ktoś zamknie oczy, to nie ma rozmowy). W Polsce wszystko niby jest, a tak naprawdę niczego nie ma; i nieraz trudno oprzeć się marzeniom, durnym i górnym lotom idealisty, co by było, gdyby każdy Polak robił choćby ciut więcej, niż robi, starał się ciut bardziej, niż się stara, miał do siebie ciut więcej dystansu, i — ogólnie — zajmował ciut mniej miejsca, niż zajmuje; oczywiście, w kategoriach rozmiaru byłoby znacznie, znacznie mniej imponująco, ale czymże jest ten przez nas tak ukochany rozmiar, rozpisywany w tysiącach tabelek, obnoszony na rządowych paradach i prezentowany dumnie między narodami, jeśli nie cymbałem brzmiącym, pośniedziałym i pustym w środku? Dlatego też, swoją drogą, wielu nie dostrzega sedna problemu — bo ohyda Polski to ohyda najsubtelniejsza ze wszystkich; Ohyda Spustoszenia.

Innymi słowy: Polska choruje na nieuleczalny kult połowiczności. Króluje u nas letniość, w dobrym smaku jest tylko brak zaangażowania. Każdy myśli ledwie w połowie, więc jest dość miejsca, by zmieścili się sobie w głowach wszyscy myślący w taki sam sposób, mówiący w taki sam sposób, czytający takie same książki i wiecznie trzymający się razem, by razem — spleceni w niepoliczalne ramiona Wisznu — parodiować bluźnierczo twórczą jedność Boga.

„I nigdy już inaczej…”

Dlatego też właśnie, ilekroć Europa zaczyna, kolejny już raz w historii, tętnić nową energią, gdy nabiera w swe potężne płuca świeżego powietrza, i chce wykrzyczeć, sama sobie, swoje tajemne imię, Polska, wyrokiem Opatrzności postawiona tu, gdzie jest, która skupia i ucieleśnia niemal w sobie całą europejskość (wielka i mała zarazem, naraz centrum i granica, siła i słabość, światło i ciemnota), obojętnie odwraca wzrok — i pozwala płynąć. Nie umie się zdobyć na wysiłek — więc nie umie oprzeć się tej nowej fali. A tylko tak przecież (i oto jesteśmy w sercu paradoksu), opierając się jej, zatrzymując, uwsteczniając w pewnym sensie, można ją złapać, spiętrzyć, zestalić, zamienić w mury obronne, między którymi przeszli Hebrajczycy. Paradoks dziwny i święty, paradoks Krzyża i cierpienia, przed którym nie sposób nie uciekać, i przed którym nie ma ucieczki — chyba że w gorsze od śmierci cienie Szeolu.

Tak też Polska płynie z prądem od dwudziestu ośmiu lat. Opatrzność hojnie nas obdarowała. To my obaliliśmy komunizm w imię solidarności narodu. To my rzuciliśmy w proch władzę ludową w imię rządów ludu. To my podcięliśmy korzenie międzynarodówki, broniąc Kościoła wszystkich narodów ziemi. I to my, to znaczy: ci, którzy tego wszystkiego dokonali, biedne i przegrane pokolenie, wszystko zaprzepaściliśmy. Socjalizm-kapitalizm, prawica-lewica — „nasze dobro i nasze zło, nasze niebo i nasze piekło” — ten cały kolos na glinianych nogach, ten papierowy kompromis bogatych, te spory niby na śmierć i życie, będące w istocie rzeczy wyłącznie sporami w rodzinie, wszystko to mogło rozpaść się przed nami jak domek z kart (którym przecież jest), gdybyśmy pojęli znaczenie tych wszystkich rzeczy. Nie pojęliśmy. I Stanisław Barańczak nie wiedział nawet, jak bardzo miał rację, gdy pisał swoje „Drobnomieszczańskie cnoty”.

Oto jest źródło wszystkich naszych nieszczęść i ognisko zarazy, która nas toczy; wstrętna, tłusta mentalność, obżarstwo duszy (nieprzypadkowo widział Leon Bloy bogaczy konsumujących biedaków w truflach i pieczeniach), miałkość, małość, przeciętność, to, co Gilbert Keith Chesterton (którego niektórzy uważają za obrońcę burżuazji!) nazywał „kompromisem utylitarnym” — wszystko to stało się, jak w niemal całej Europie wieku XIX, naszą oficjalną filozofią społeczną. Myślący prosto, bojący się idei, politycznie nieporadni, niezdolni do poświęceń i drżący z trwogi przed najlżejszym podmuchem historii — oto portret współczesny narodu rewolucjonistów. Polska przyszła do Zachodu z zewnątrz. Przeczytaliśmy i przeżyliśmy wielki „Kapitał”; zasmakowaliśmy biedy i bogactwa w nieznanych światu formach i proporcjach; przeszliśmy drogę, o której nie śniły nawet społeczeństwa wolnych republik — i wróciliśmy z niej z sercem żywym (jak pisał Bloy) na tym śmietnisku serc. Wypiwszy taki kielich, mogliśmy sądzić ziemię; zamiast tego, postanowiliśmy stać się małpą.

Dlatego nie wierzę w możliwość budowy w Polsce społeczeństwa chrześcijańskiego, z właściwą mu gospodarką, kulturą, i językiem. I „statystycznie” żywy wciąż katolicyzm nic tu nie pomoże. Religia ludzi wygodnych, „porządnych”, religia „racjonalna”, „wyważona”, niezdolna do szaleństwa i bojąca się wszelkiego zgorszenia dla świata — to nie jest coś, czego nie widziano wcześniej na świecie. Potworek ten znalazł już opisanie w tekstach wielu spośród odrzuconych Kościoła. Leon Bloy pisał kiedyś, ze wędrując po najnędzniejszych zaułkach Paryża, spotkał wspaniałą sforę psów pewnego posiadacza, z których to psów każdy spożywał trzy posiłki dziennie.

„Psy”, pomyślał, „rozrywające ciało Łazarza”.

„Oczywiście, że nazywałem się socjalistą”, pisał Chesterton w swojej Autobiografii. „Bo jedyne, co można było jeszcze wtedy zrobić, to nie być socjalistą. A nie być socjalistą [wtedy, na początku wieku XX] — to była straszna, straszna rzecz. Nie być socjalistą oznaczało być nadętym i tępym snobem, wiecznie utyskującym na zbyt wysokie zarobki klas pracujących. Bądź omszałym, obrzydliwym profesorem-darwinistą, perorującym, że ‚słabi odpadają'”.

To nie są urojenia, fantasmagorie, zbiorowe szaleństwo doktrynerów lewicy. To są fakty. Fakty, na które — w imię drobnomieszczańskiego „sprytu”, „drobnomieszczańskich cnót” ojców i matek transformacji — Polska zdecydowała się taktownie nie patrzeć (zapewne już zaczynając szkołę „smaku”). Rażą nas komplikacje, męczą trudne dylematy, boli „koniec młodości”, tak pięknie opisywany przez Gilberta w „Williamie Cobbecie”. I dobrze, że boli; powinien. Ten ból powinien niepokoić. Naród francuski uchwycił w pewien niejasny sposób jakąś wielką prawdę, i polityka — wspólna droga ludzkości — naprawdę ma w sobie jakiś pierwiastek niemal mistyczny.

„To, co Chrystus wycierpiał w Wielki Piątek, jest promieniem, jednym z niezliczonych promieni tego, co dotyka obecnie nasze ciało i zostaje narzucone lub też, by wyrazić to lepiej, przedłożone naszemu sercu

W gruncie rzeczy bowiem, czyż jest coś bardziej niedopuszczalnego niż te skandaliczne rzeczywistości, które tkwią w samym sercu naszego doczesnego życia, a których imię brzmi: Bóg stał się ciałem, Bóg w agonii, Bóg skazany, Bóg publicznie zelżony i ubiczowany, Bóg ukoronowany cierniem, Bóg przygwożdżony do krzyża, Bóg umarły, Bóg pogrzebany i powstały z martwych?

Czy zatem zaakceptujemy to, co jest niemożliwe do zaakceptowania? Czy dopuścimy to niedopuszczalne? To niemożliwe. Nie pogodzimy się z nim, lecz będziemy adorować to niedopuszczalne; nie ‚akceptuje’ się krzyża, krzyż bierze się na swe ramiona, krzyż się czci”.

„Rzeczy stworzone z nicości, same z siebie ciążą ku nicości”. Bez szaleństwa, które jako jedyne potrafi przeciwstawić się potędze niebytu, bez społeczeństwa otwartego na świętość, świat zginie. I to nie dramatyczne przepowiednie idioty, tylko jedno z najwyższych praw rzeczywistości. Mam przekonanie, że mogliśmy — że naprawdę mieliśmy szansę — pomóc mu się odrodzić. To już stracone — bo wpadło do nicości; ale być może, że przyjdzie czas, i jeszcze wszystko się odwróci. Póki co wszakże, daleko, daleko do tego. I nikt, kto zobaczył kiedykolwiek sedno tej rzeczy, nie może spać spokojnie — a jeszcze nie może mówić, więc dusi się w trwodze nocnej jak biedny Jeremiasz, bo nie rozwiązał Bóg języka sprawiedliwych. „Biada ci, Jeruzalem, boś nie rozpoznało czasu swego nawiedzenia”.