Cóż mogę powiedzieć; spór trwa, a że mam swoje zdanie, to je wypowiem. Zwłaszcza, że akurat wydaje mi się, że to kwestia niezmiernie istotna, ze względów tak wielu i tak różnych, że trudno nawet wymienić.

Spór trwa, i walka trwa, i kampania mająca na celu zapewnienie pełniejszej ochrony życia ludzkiego w Polsce po raz kolejny rozbija się o ścianę. Ja tę walkę oczywiście bardzo, ale to bardzo doceniam. Natomiast jest kilka punktów, które mi się nie podobają, a zwłaszcza jeden, i o nim tutaj wspomnę.

Swego czasu ktoś pytał mnie, po co komu w ogóle coś takiego, jak „personalizm” (z grubsza mówiąc: próba adaptacji katolickiej filozofii społecznej do warunków państwa świeckiego, w rozumnym, a nie zideologizowanym, tego słowa znaczeniu). Odpowiedź: właśnie po to, aby móc ogarniać w pewien sposób takie sytuacje. Głównym mankamentem, i to niestety w mojej opinii dość poważnym, ruchów tzw. pro-life w ojczyźnie naszej (jakże utrudzonej), jest to, że bazują niemalże wyłącznie na argumentacji religijnej, a przynajmniej to właśnie religia stanowi tutaj punkt wyjścia i punkt dojścia. Samo hasło, że „aborcja jest morderstwem” („w sobie”, że tak powiem, technicznie prawdziwe) ukazuje zaangażowanie emocjonalne wynikające z czegoś, co nie stanowi prostego przekonania rozumu, tylko rzecz znacznie bardziej osobistą; oczywiście: wiarę (w której, jak przecież wiadomo, gra i rozum, i wola – i łaska). Ludzie to wyczuwają i reagują wrogością, za co też trudno ich winić. Tak się  nie da prowadzić, w obecnych warunkach, dialogu społecznego. W średniowieczu, na przykład, gdzie wiara była w życiu społecznym punktem wyjścia, argumenty z wiary ważyły najwięcej; teraz jednak wiara nie jest punktem wyjścia („fakt rejestruję ale go nie uświęcam”), dlatego też argumenty z wiary ważą niewiele. I to zupełnie logiczne. Przyjdę do ateisty i powiem mu: „Nie chciej aborcji, bo to wbrew Prawu Bożemu”; ateista powie na to: „Głupi jesteś”. I tak się dyskusja skończy; a jeśli będę nachalny, mój niewierzący kolega zacznie mieć po prostu rację.

Tymczasem, tak się składa, kwestia ochrony bądź braku ochrony życia poczętego kompletnie, jako kwestia sama w sobie, nie wiąże się z religią; to kwestia filozoficzna, którą można, rzecz jasna, rozpatrywać z religijnego punktu widzenia, ale która jako taka przynależy do filozofii człowieka i etyki, czyli dziedzin refleksji od Objawienia niezależnych. Można ją rozpatrywać, jak to już zresztą tutaj jakiś czas temu zrobiłem, z perspektywy praw człowieka, która to analiza niezbicie wykazuje, że prawo do życia jest pierwszym i podstawowym z tych właśnie praw, relatywizacja którego równa się niezaprzeczalnie zanegowaniu samej ich koncepcji. Oto właśnie, na przykład, argument, który można by zastosować w tej debacie bardzo rozumnie, i w sposób zrozumiały dla adwersarzy. Adwersarze ci zresztą, jak się zdaje, wyczuwają (bo chyba jednak w większości nie „wiedzą”, smutne to czasy), że tak właśnie jest, przez co awansem asekurują się udowadnianiem, że „płód nie człowiek” (itp.; nie streszczę, bo nie moralnie nie umiem); tutaj może wkroczyć nauka, niezbicie przecież wykazująca integralność bytu ludzkiego od poczęcia aż po śmierć; może wkroczyć filozofia, która wytłumaczyłaby z pewnością niektórym, że człowieka nie da się sobie „wyobrazić”, bo sensu stricto to jest niewidzialny, jak każda tzw. „substancja”. Opcji jest naprawdę dużo, i można z nich czerpać garściami, natomiast warunek jest jeden: pełna, ścisła rozumność. Emocje są w tej sprawie uzasadnione; ale – jak to zwykle z nimi bywa – nic w debacie społecznej nie przyniosą, a wręcz przeciwnie, bo – z przyczyn, o których za chwilę – w starciu na wpływ emocjonalny stoimy na przegranej pozycji.

Znakomitym przykładem, że dodam nawiasem, tego podejścia jest zaś nie kto inny, jak Gilbert Keith Chesterton. Przeczytajcie „Zabobon rozwodu”; przeczytajcie „Eugenikę i inne zło”. Znajdźcie jeden argument stricte religijny; choćby jeden. Jest to możliwe, ale będę bardzo zdziwiony. Natomiast przy oglądzie całości nie ma już kwestii. Chesterton zawsze praktycznie argumentuje z pozycji samych w sobie religijnie neutralnych, szukając pewnej wspólnej podstawy, co do której wierzący i niewierzący mogą się porozumieć. Ostatecznie zatem wszystko sprowadza się (uwaga, bendem gorszył) do rozumnej recepcji dziedzictwa oświecenia, z którego te zasady zawsze jakoś-tam wyrastają; i których akurat wyżej wymieniony był znawcą jak mało kto.

No i, i to tytułem zakończenia, tenże Gilbert (święty, jak mniemam) może nauczyć nas a propos tego problemu jednej ważnej rzeczy, której w Polsce wybitnie brakuje, a mnie na pewno (na zasadzie tzw. błędnego koła); mianowicie: szacunku, czy pewnej delikatności. I to jest również, prócz tego, co napisało się wyżej, rzecz, której znaczenia nie da się przecenić. Musimy rozmawiać; musimy uświadamiać. Musimy, a nigdy to nie jest przyjemne, uświadamiać zło. Ale nie możemy robić tego w sposób oskarżycielski, czy – no pardon – inkwizytorski. Nie możemy, nawet z czysto pragmatycznego punktu widzenia, rzucać ludziom (a właściwie, w tym kontekście, kobietom), których dotknęła ta tragedia w twarz, że są „morderczyniami”. Jak pisałem, technicznie aborcja jest morderstwem; niemniej trzeba pamiętać, z jak bardzo złożonym zagadnieniem przychodzi nam się mierzyć. Ludzie, co wiem z pierwszej ręki, na ogół tego w latach 90 nie wiedzieli, a jest coś takiego, jak czynnik sumienia; plus przypomnijmy sobie, jakie to były czasy. Plus bierzmy poprawkę na to, że cała sytuacja, o której mowa, jest z natury swej nieprawdopodobnie skomplikowana, czasami wprost straszna, przerażająca, dramatyczna tak, że przerasta to ludzki rozum, i że w grę może wchodzić tu niepoliczalna ilość czynników, z presją ze strony „kochającego partnera” i rodziny (często, i trzeba to powiedzieć, „katolickiej”, która nie chciała mieć „bękarta” w domu) na pierwszym miejscu. Wiele dobrych kobiet zdaje sobie w pewien sposób sprawę z niegodziwości tego, czego się dopuściły; ale nie chce – i mniemam, że słusznie – aby nazywać je „morderczyniami”. Na koniec zatem mały cytat z „Evangelium vitae” Jana Pawła II, który przecież do najbardziej wyrozumiałych na świecie nie należał: „Szczególną uwagę pragnę poświęcić wam, kobiety, które dopuściłyście się przerwania ciąży. Kościół wie, jak wiele czynników mogło wpłynąć na waszą decyzję, i nie wątpi, że w wielu przypadkach była to decyzja bolesna, może nawet dramatyczna. Zapewne rana w waszych sercach jeszcze się nie zabliźniła”.

I choć potem papież kontynuuje w sposób, który mnie osobiście wydaje się nieco kontrowersyjny, podstawowa intuicja trwa. Miejmy to na względzie, i czyńmy podobnie – dla dobra tych, na których powinno wszystkim zależeć najbardziej; że zakończę banałem. PAX.