Pisałem już o tym jakiś czas wcześniej, gdy zaczynałem prowadzenie bloga (wtedy będącego chyba jeszcze tylko mikroblogiem na facebooku), ale w sumie o sprawach fundamentalnych nigdy dość; zajmijmy się dzisiaj czymś, co frapuje mnie od początku.

Otóż gdybym miał powiedzieć, co rozumiem, powiedziałbym, że nic nie rozumiem. Wyobraźmy sobie, że do Polski przybyłby wędrowiec z księżyca; trafem, byłby to wędrowiec-badacz polityczny. Bo tak też na księżycu istniałyby uniwersytety, biblioteki, „think-tanki”, wysoka kultura i skomplikowany system państwowy. Wędrowiec ten zacząłby zatem przemierzać nasz kraj i badać naszą kulturę dokładnie pod kątem swych zasadniczych preferencji; chodziłby na spotkania, bez ustanku oglądał telewizję, czytał gazety codzienne i niecodzienne, przeglądał internet i śledził debatę publiczną. Minął tydzień. Jaki obraz wyrobił sobie na tym etapie nasz politolog lunarny?

Tydzień to bardzo, bardzo mało, ale pewne wnioski, jak mniemam, zaczęłyby się już pojawiać. Tak też, na przykład, bohater nasz mógłby zwrócić uwagę na to, że istnieje w Polsce osobliwe środowisko ludzi, których receptą na wszystkie problemy, od kryzysu kultury po problem otyłości u dzieci, jest absolutna deregulacja handlu, która – jeśliby chcieć przeprowadzić ją konsekwentnie – wymagałaby wypowiedzenia przynajmniej dwóch tuzinów umów międzynarodowych, i natychmiastowego wyprowadzenia kraju z pewnej większej konfederacji polityczno-gospodarczej, do której należy on od zaledwie kilkunastu lat. Zaraz obok umieściłby też zapewne krótki wtręt na temat innej jeszcze grupy, trochę związanej z pierwszą, acz nie za bardzo – skądinąd zacnych i inteligentnych ludzi, którzy uważają, że receptą na nasze problemy jest ustanowienie katolickiej monarchii z trzynastego wieku. Gdzieś mniej więcej w tych samych okolicach znalazłoby się też kilka słów o kilku małych ugrupowaniach domagających się zniesienia swobód obywatelskich i ustanowienia państwa wyznaniowego, a także prących do sojuszu z innym państwem, wielokrotnie od Polski większym i silniejszym militarnie, któremu na tym nie zależy, i które – co więcej (jak wszystko na to wskazuje) – bez ustanku wykonuje w stosunku do niej ruchy agresywne. Potem przyszedłby, rzecz jasna, czas na drugą stronę barykady; i bez wątpienia nasz księżycowy naukowiec miałby wcale niezłą zabawę (oczywiście metaforycznie, przede wszystkim profesjonalizm) opisując wstępnie wszystkie te fascynujące grupki, nawołujące, by skopiować w tym dziwnym kraju kropka w kropkę program innego, nieznanego państwa z dalekiej północy, całkowicie odmiennego politycznie, religijnie, historycznie, kulturowo, klimatycznie i geograficznie, jak lwy walczące o prawa obywatelskie jajka kukułki, przykuwające się do drzew w obronie wiewiórek i twierdzące, że  przemoc i totalitaryzm biorą się z jedzenia mięsa.

Niewątpliwie tym, co zainteresowałoby go bardzo poważnie, byłby fakt, że wszystkie te maleństwa, niemal zupełnie pozbawione wpływu na życie publiczne, dzielą się i spierają między sobą jak gdyby szło o państwowe być albo nie być; sformułowałby już może nawet pierwsze indukcyjne „prawo” polskiego życia politycznego: „ilość podziałów wewnętrznych jest odwrotnie proporcjonalna do realnej siły politycznej”.

Oprócz nich, zauważyłby zapewne kilka środowisk większych; i tak też, mógłby notować. Środowisk tych pozornie jest sporo, ale w praktyce tylko dwa. Środowiska te na poziomie emocjonalnym pałają do siebie nieprzejednaną wrogością, lecz w sensie praktyki politycznej różnice zachodzące między nimi, choć niezaprzeczalne, są w zasadzie niewielkie. Środowiska te opierają się na ogromnie silnej tożsamości członków, lecz gdy przychodzi do czynów błyskawicznie zaczyna zaznaczać się ich zimny pragmatyzm i swego rodzaju programowa bezprogramowość, obliczona na jak najkorzystniejsze urządzenie się w bezpiecznym status quo. Ideowo, środowiska te właściwie są niepiśmienne, nie tworzą kultury, nie mają swych tekstów źródłowych, i opierają się właściwie wyłącznie na osobliwych, krótkich notatkach, publikowanych hurtem, i wykazujących zastanawiającą zgodność zasadniczych elementów treści; inspirują się przede wszystkim uczuciami: jedna pychą, które nazywa się „poczuciem godności narodowej”, druga pogardą, którą nazywa się, ze względów trudnych do ustalenia, „elitaryzmem” i „intelektualizmem”. Dość wyraźnie zaznacza się także hierarchia wewnętrzna; liderzy tych środowisk dysponują swoimi zwolennikami poniekąd jak armią – kierują nimi, ślą do walki, wzywają na pomoc, i podtrzymują bojowego ducha, lecz właściwy sens tych działań zawsze pozostaje tajemnicą; prawdziwe życie polityczne toczy się zakulisowo.

Pomimo wszystkich różnic, obydwa te segmenty życia politycznego miałyby cechę wspólną: że traktuje się je poważnie; mają głos, mają struktury, mają fundusze, tworzą debatę publiczną, a czynniejszym spośród swych członków zapewniają święte poczucie, że grają w Wielką Grę.

Załóżmy jednak, że nasz politolog nieziemski tak bardzo kochałby swoją pracę, że nawet w chwilach odpoczynku oddawałby się zajęciom zachowującym z nią pewien związek; tak też właśnie w chwili takiego odpoczynku mógłby on, zupełnie przypadkowo, natknąć się w internecie na mikroskopijne, nic nie znaczące środowisko ludzi poświęcających się promowaniu w kraju myśli i dorobku pewnego cudzoziemskiego pisarza politycznego, który, choć pisał specyficznie, doskonale wiedział, o co mu chodzi w życiu, dzięki czemu politolog nasz w lot złapałby, co stanowi tu sedno sprawy. Tak więc pisarz ten, wyraźnie oczytany w teorii politycznej, głosiłby w swoich książkach ledwie kilka prostych tez, sprowadzających się zasadniczo do przeświadczenia, że najważniejsza jest dla człowieka wolność, która wymaga wszakże określonych instrumentów, i podstawowym obowiązkiem państwa jest właśnie zapewnienie tych-że; że ponieważ tak się sprawy mają, niedobrze, aby społeczeństwo podzieliło się na dwie klasy: biednych i bogatych, bo wtedy natychmiast jedni zaczną zniewalać drugich, drudzy zaś radośnie sprzedadzą się w niewolę; że państwo powinno być małe, ale silne, i każdemu – o ile nie narusza on bezpieczeństwa ładu państwowego – gwarantować bezpieczeństwo i swobodę czynu; że polityka powinna być moralna i uczciwa, lecz nie naiwna – i że w związku z tym strzec się należy w niej tak cynicznego makiawelizmu, jak apriorycznych utopii; że choć obecny świat ma wady, to jest jednak pewnym dobrem, w którym można się urządzić, i które można, wręcz trzeba, sycić wciąż nową treścią; i że znaczną większość akcji politycznej zrealizować można oddolnie, dzięki świadomemu wysiłkowi obywatelskiemu. Pisarz ten, o którym mowa, tworzyłby z pozycji mocnych przekonań religijnych, jednak odznaczałby się również wielkim szacunkiem i tolerancją w stosunku do ludzi o innych poglądach, i wierzył, że mogą pokojowo współistnieć w ramach jednej wspólnoty; korzystałby z wielu źródeł, podchodząc do nich swobodnie oraz oceniając z dystansu wiedzy i niezaprzeczalnie wysokiej inteligencji, nie akceptując bezkrytycznie i nie potępiając w czambuł, i – co więcej – w różnych fragmentach bardziej praktycznych dziwnym zbiegiem okoliczności opisywałby w szczegółach system polityczny kraju, w którym się go tłumaczy, choć żył niemal sto lat wcześniej.

Jak można przypuszczać, politolog nasz wpadłby w ekstazę; i teraz zastanówmy się: jaka byłaby jego reakcja, gdyby przekonał się nagle, że w kraju, do którego przybył, rzeczonego pisarza traktuje się jak zabawną ciekawostkę, przypina mu się łatkę utopisty, ignoruje i oskarża o najróżniejsze, wyciągnięte z kapelusza rzeczy, których nigdy nie powiedział – szerszy odbiór zaś zyskuje on właściwie wyłącznie wtedy, gdy znaczniejszą część jego twórczości pomija się milczeniem, wyrywa z kontekstu, jego samego zaś, prezentuje jako jednostkę poniekąd nienormalną; że wtedy, i właściwie tylko wtedy (choć zdarzają się nieliczne wyjątki), zaczyna się o nim mówić przynajmniej nieco więcej?

Zdziwiłby się? Bo ja się dziwię niezmiennie. PAX.