W Polsce jak w Polsce. Oto niedawno Ktoś-tam (ujęty indywidualnie) podziękował Komuś-tam (ujętemu kolektywnie) za „postawę patriotyczną i katolicką”. Oczywiście, nie trzeba chyba dodawać, że Ktoś-tam ujęty kolektywnie jest partią polityczną. A że jestem na temat nieco wyczulony, natychmiast zacząłem przemyśliwać; stąd też i wpis.

Dyskusja wre, rzecz jasna, i to już nie od dzisiaj; jaka partia jest najbardziej „katolicka” w swym programie? Jaka jest ta „chrześcijańska” opcja dla kraju? Kwestię można, rzecz jasna, rozpatrywać z różnych punktów widzenia. Można, na przykład, utrzymywać, że najbardziej chrześcijański jest system chiński, a wzorem rycerza chrześcijańskiej polityki pozostaje Deng Xiaoping; można, z drugiej strony, argumentować inaczej, i upatrywać ideału w postsowieckiej dyktaturze, funkcjonującej w skraju niemal zupełnie ateistycznym. No i prócz tych dwóch jest jeszcze opcja trzecia, obecnie tryumfująca, w której to optyce chrześcijańskie rozwiązanie dla Polski ucieleśnia Polska, „drogowskaz dla chorej Europy”, i nic nie trzeba robić, jak tylko dbać o to, by było jeszcze bardziej tak samo, niż jest teraz, czego gwarantem pozostaje hegemonia określonej siły politycznej, i tak dalej, i tak dalej, brekekeks.

Wszystko to niezmiernie ciekawe i twórcze, i – jak to często bywa z wyjaśnieniami konkretnymi – kompletnie oderwane. Oderwanie to rzecz przyjemna dla dusz o bardziej romantycznym usposobieniu, ale że romantykiem (jak wszystko na to wskazuje) nie jestem, wolę nieco twardszy pokarm abstrakcji, i na wypadek gdyby znalazł się ktoś taki jeszcze, tu się nim podzielę (nudziarze wszystkich krajów, łączcie się).

Jak więc moglibyśmy najkrócej określić rys charakterystyczny, pozwalający zidentyfikować politykę autentycznie chrześcijańską? Jak zwykle, ciekawym rozwiązaniem wydaje mi się podążyć za myślą niezawodnego Jacques’a Maritaina z dzieła Człowiek i państwo, i zdefiniować rzecz choćby jak następuje: polityka chrześcijańska to w sensie praktycznym odrzucenie makiawelizmu politycznego.

„U świtu nowoczesnej nauki i historii, Machiavelli, w Księciu, zaoferował światu filozofię czysto technicznej racjonalizacji polityki. […] Tak też z definicji dobra polityka z definicji stałą się polityką amoralną i skuteczną: sztuką zdobycia i utrzymania władzy wszelkimi dostępnymi środkami – nawet i dobrymi, o ile okoliczności (co zdarza się niezmiernie rzadko) na to pozwalają – pod warunkiem, że faktycznie dobro to pomaga politykowi osiągnąć sukces”. Inaczej (jeśli ktoś lubi, na przykład, to przyjemne zajęcie, jakim jest wbijanie szpilek polskiemu anarchokonserwatyzmowi) można by też mówić o zasadzie „maksymalizacji bezpośredniego zysku politycznego”. Zwał to jak zwał. Niezależnie od tego wszakże, każdy, kto ma oczy do patrzenia i pięć klepek w głowie, każdy, kto przeczytał w życiu więcej niż trzy książki i względnie dobrze je zrozumiał, każdy kto wyszedł dwa razy na spacer albo chociaż wyjrzał przez okno zgodzić się musi co do tego, że to jest właśnie, w sensie absolutnym i bezdyskusyjnym, naczelne, pierwsze, i w zasadzie jedyne przykazanie naszego życia politycznego. Nie wszyscy wierzą w duchy; i to błąd, bo duchy istnieją, co widać na załączonym obrazku. Ktoś kiedyś powiedział mi, że zna całkiem sporo porządnych ludzi, którzy szli do polityki z zupełnie szczerą intencją, z której potem nic nie wychodziło. I nie ma się co dziwić: po prostu dlatego, że wszyscy, wszyscy, w polityce współczesnej, świadomie czy nie, ostatecznie ożywiani są jedną wiarą, która potem fruktyfikuje w trwałe struktury: wygrywaj, łap swoje; tu i teraz, ile możesz – bierz: i nie oddawaj ani guzika.

Istotnie, bywa, że działający według tej zasady niepozbawieni są pewnego osobliwego typu patriotyzmu, szczerze pragnąc, by ich ojczyzna rządziła i zwyciężała (a zatem, co samo w sobie niezmiernie ciekawe, wyznają jak gdyby makiawelizm bytu zbiorowego). No tak – bo cóż może być piękniejszego, niż by ojczyzna rządziła i zwyciężała? Temat na dłuższą debatę, i nie mam rzecz jasna zamiaru mówić tutaj akurat o nim, może poza tym, że mnie osobiście republika stanowiąca w swych odruchach moralnych analogat zawodowego parlamentarzysty wydaje się średnio pociągającą wizją. Natomiast zasadniczo niezależnie od naszych osobistych opinii w tej kwestii, i niezależnie od pewnej szlachetności, która się czasem w nie wkrada, wszyscy musimy zgodzić się co do tego, że podejście takie nie ma, z istoty i z wszystkich skutków, najmniejszych związków z chrześcijaństwem. Chrześcijaństwo ma, jako religia, wpisany w siebie pewien kodeks wartości, z których pewne uznaje się za wartości bezwzględne; chrześcijaństwo wymaga od swoich wiernych trwania przy tych wartościach nawet do postradania życia. Polityka „chrześcijańska” wyzuta z tego podstawowego elementu, z umiejętności tracenia w imię wyznawanych zasad, nie może być niczym innym, jak tylko wydmuszką i cynicznym udawaniem, kompromitującym, i to ogromnie, czasem niemal nieodwracalnie (gdyby istotnie imały się Kościoła, jak pięknie ujął to Belloc, „prawa śmiertelnych”) niby to „wyznawany” ideał. Causa finita. Gilbert zauważył to, jak to on, z ujmującą prostotą w Irlandzkich impresjach; zero kantów; zero oszustwa; zero kombinatorstwa. Jeśli Anglia chce ocalić siebie politycznie, musi wyrzec się gry o niskie korzyści, i zdobyć na kryształową uczciwość, stając – jak pisze w innym miejscu – „w dolinie upokorzenia, zupełnie jak ci, których zwykło się nazywać chrześcijanami”.

„Ależ”, powie ktoś, „przecież to kompletna dziecinada! Przecież to się nie ma szansy sprawdzić”. Być może i tak, w tej chwili nad tym nie debatuję. Ale jeśli to się nie sprawdzi, to znaczy, że chrześcijaństwo się nie sprawdzi. Wszystko można powiedzieć, i wszystko można uważać. Można powiedzieć, że takie podejście jest głupie, że jest naiwne, prymitywne, wsteczne czy jakiekolwiek inne, że to wytwór resentymentu słabych przeciw silnym czy objaw wypartego masochizmu wkodowanego w mentalność niewolnika – ale będzie to oznaczać tyle, że to chrześcijaństwo jest głupie, naiwne, prymitywne, wsteczne, że jest wytworem resentymentu moralnego i religią niewolnika. Myślcie i mówcie cokolwiek chcecie, ale, taka propozycja, bądźcie choć logiczni; i nie nazywajcie się potem politykami chrześcijańskimi.

A ty wyborco – nie nazywaj się chrześcijańskim wyborcą.

Tak się w każdym razie przedstawia w mojej opinii zasada ogólna, pozwalająca przynajmniej dobrze ukierunkować dyskusję. Jak to zrobić dokładnie, to już inna sprawa. Osobiście mam w tej materii przekonania cokolwiek ekscentryczne, czy tak by się o nich mówiło, podobnie jak (z zachowaniem wszystkich proporcji piszę) Gilbert, Jacques i kilka innych osób, co do których przekonuję się coraz wyraźniej, że to „my” właśnie zmieniamy świat, a nie tzw. „twardzi realiści”. Niewątpliwie, polityka chrześcijańska, tak (czyli jedynie słusznie) zdefiniowana, nie zdarza się często; pytanie, czy zdarza się w ogóle. Ale pytanie, czy chrześcijaństwo w ogóle często się (ostatnio przynajmniej) zdarza; i czy faktycznie można jeszcze w tym społeczeństwie hipokrytów kiedykolwiek uwolnić się w relacjach z innymi ludźmi od tej śmierdzącej gry sprzecznych interesów, tego wzajemnego „próbowania” się i bezustannego kramarzenia o pięć jajków (to oczywiście tylko metafora), „znajomości transakcyjnych”, na które natyka się człowiek na każdym kroku. Na pewno jednak sama świadomość tego, o ile bierzemy pewne sprawy na poważnie, jak powinna taka polityka wyglądać, gdyby się jednak zdarzyła, pozwala w jakimś-tam stopniu zorientować się w kwestii, i bardziej świadomie działać w przedziwnych warunkach owego czasu, w którym przyszło nam żyć. A z działaniem, jako się rzekło, różnie bywa, i jego prawdziwa wartość nie tkwi wcale w tym, czy nam przyniesie pięć jajków czy nie. „Sioł pietruszkę”, śpiewa w pieśni swej wiekopomnej lud polski, „a cebula się urodziła”.