Ze względów naukowych brnę sobie właśnie przez pisma niejakiego Jana Jakuba; Jan Jakub Janem Jakubem, rzecz jasna, i sporo by można o tym napisać, niemniej po ludzku nie mam na to czasu – więc dzisiaj wyłącznie ciut obocznościowo.

Tak się bowiem składa, że pan Bonhomme był dość pokaźnie eksploatowany w czasach szczęśliwie minionych, bo uważano go za protoplastę socjalizmu (oczywiście na zasadzie „dialektycznej”, tzn. nic, co napisał, z marksizmem się nie zgadza, niemniej wewnętrzne sprzeczności jego systemu pomogły umysłowi człowieka dojść do pełni wyzwolenia, czyli pojęcia, że nie jest autonomiczną władzą jakieś-tam „osoby” [co to w ogóle znaczy? burżuazyjny bełkot!], ale emanacją świadomości klasowej i funkcją masy), w związku z czym obecnie traktuje się go rzecz jasna bardzo niechętnie, i jedyne wydanie Emila, jakie udało mi się znaleźć, pochodziło z roku 1955 i przygotował je nie kto inny, jak profesor Jan Legowicz. Jeszcze sprzed Gomułki, myślałem sobie, cholera; przygotuj się, Maćku, na najgorsze. I jakież było moje zdziwienie, gdy okazało się, że oto spotkało mnie nie najgorsze, a właśnie najlepsze, co mogło mnie spotkać.

Oto bowiem dowiedziałem się, na przykład (profesor Legowicz okazał się tak miły), kto to „był” Platon. Cytuję:

„[Z]wolennik stronnictwa arystokratycznego, na czele którego stał jego brat […] W dziedzinie nauki i filozofii wypowiadał się zdecydowanie przeciw jońskiej, materialistycznej filozofii przyrody i sam osobiście chciał palić dzieła Demokryta. Jako gorący zwolennik arystokratycznego ustroju Sparty, napisał swą Rzeczpospolitą, w której bronił uprawnień warstwy arystokratycznej i posiadającej. Rousseau dał się porwać wyidealizowanej, platońskiej koncepcji człowieka, nie zdając sobie sprawy, że była to koncepcja klasy, którą sam zwalczał i dla której Platon tworzył filozofię jako wygodną dla niej ideologię”.

Prawda, że niesamowite? Mnie w każdym razie, a Platona i o nim zacząłem czytać w gimnazjum (choć nie przepadam, bo Witwicki z filologicznego punktu widzenia to jest dramat), przez myśl by nie przeszło.

Kiedy już otrząśniemy się z szoku i wrócimy do normalnej percepcji, niewątpliwie zaczniemy się z tego śmiać, co też zalecam, bo śmiech czyni zdrowiu lepiej. Pośmiejmy się z tego nadęcia nabudowanego na nieprawdopodobnym prymitywizmie, z tego pochodu anachronizmów, z redukowania jońskiej filozofii przyrody wyłącznie do Demokryta, z nazywania „materialistami” ludzi, którzy nie mieli pojęcia materii, wreszcie z kwiatuszków taki jak „dla której Platon tworzył filozofię jako wygodną dla niej ideologię” (bo naprawdę, od profesora humanistyki można by chyba oczekiwać nieco więcej). Z człowieka szydzić nieładnie; lecz z jego pychy, z oportunizmu, z zapatrzenia w siebie – wolno, a nawet trzeba, by przekłuć balonik. Kiedy już jednak skończymy się śmiać, popatrzmy w koło, i przyjrzyjmy się dobrze, a potem pytajmy uczciwie; co widzimy? Jaki jest świat, który nas otacza?

Zamieńmy „stronnictwo arystokratyczne” na „etatystyczne”, „ustrój arystokratyczny” na „paternalistyczny”, a „prawa warstwy arystokratycznej i posiadającej” na „wszechwładzę państwa dławiącego kontrolą i regulacją inicjatywę jednostki” (ciekawe, że naprawdę da się to w wypadku Państwa zrobić), i okaże się wszystko, co się okazać powinno. Spróbujcie dziś w Polsce, zwłaszcza w środowiskach, które mienią się być antysocjalistyczne (i w kwestiach zewnętrznych istotnie bywają), cokolwiek zniuansować, przedstawić w kontekście, czy przeanalizować z wielu punktów widzenia. Spróbujcie; przekonacie się, że mam rację. W komunizmie wszystkim przyczepiano łatkę „kapitalisty” i można było iść do domu; nie trzeba było faktycznie przeczytać Państwa Platona, żeby wiedzieć, o co w nim chodzi; można było sobie dać spokój z kontekstem, studium historycznym, próbą zrozumienia wrażliwości „człowieka starożytnego” czy rozróżnienia istoty i tego, co nieistotne. Furda! Prosty schemat proroka Marksa wystarczył, żeby dojść do sedna rzeczy; jedna notatka profesora Legowicza, czy innego pożałowania godnego oportunisty, zgrywającego „przyjaciela robotników” rozwiewała wszelkie wątpliwości. Obecnie, wszystkim wystarczy przyczepić łatkę „socjalisty” czy „lewaka”, i również iść do domu; nie trzeba czytać Rousseau, żeby wiedzieć, co mówił; nie trzeba czytać Robespierre’a, żeby wiedzieć, że był protobolszewikiem i nienawidził Kościoła (obydwa oskarżenia wyjątkowo ucieszne). Nie trzeba czytać Kapitału, żeby pamiętać, że to wszystko kłamstwa i nic nie jest tam sensowne. Można za to poczytać Misesa, i cieszyć się, że choć wszystkie źródła z epoki świadczą o czymś przeciwnym, i nikt, kto poświęciłby choćby dziesięć minut na uczciwe zapoznanie się z tematem nie powiedziałby nigdy podobnej bzdury, w Anglii wieku XIX nie było biedoty. Wątpliwości rozwiewa jeden tekst w internecie; sedno rzeczy odsłania jeden film na temat. Zresztą, nie chodzi przecież o to, żeby cokolwiek wiedzieć; a o to tylko, żeby czuć się lepszym od wszystkim, żyć w błogim przeświadczeniu, że ma się Wielki Intelekt, którego nikt nie rozumie, dostęp do „złotego klucza” otwierającego wszystkie drzwi, o którym prostackiej „gawiedzi” ani się nawet nie śniło, bo jest taka tępa. I tutaj docieramy, nareszcie, do jakiegoś sedna; bo można się zżymać na postmodernistów, którzy istotnie pisali straszliwe bzdury. Niemniej fakty są takie, że w praktyce większości ludzi nie zależy na prawdzie; a wyłącznie na tożsamości grupowej, czy fizjologicznej po prostu ekspansji swojego „ja”, z jakiegoś powodu nazywanej przez niektórych „wolą mocy”, jak gdyby chodziło o coś wysokiego.

Dlatego też warto czytać komunistów, i pamiętać o tych czasach. Dziś wielu chciałoby o nich zapomnieć, wierząc w przyjemna bajeczkę, że PRL był właściwie białą plamą w naszej historii, że nas w żaden sposób nie zmienił, i nie miał żadnego wpływu na prawdziwe życie narodu. Niestety – nie było tak. I z jakiegoś powodu cała Warszawa modliła się w 1956 roku za Gomułkę. Co by o komunistach mówić, byli skuteczni, i udało im się dużo zrobić. Na przykład (bo ja naprawdę daleki jestem od potępiania tego wszystkiego w czambuł, choć ocena zasadnicza musi, z oczywistych względów, być negatywna, i to bardzo negatywna) zelektryfikować kraj, zmodernizować wieś (która nareszcie zaczęła mieć cztery żywioły, a nie pięć; tak się mówiło w okresie międzywojennym: że wieść polska ma pięć żywiołów – ogień, wodę, powietrze, ziemię i błoto), wyplenić analfabetyzm i zabezpieczyć ziemie zachodnie; a także, przy okazji, uformować społeczeństwo kretynów.

Za mocno, powie ktoś? Otóż, nie; nie za mocno. Jeżeli, to za słabo.

A jak to się ma do GKC? Ano tak, że Gilbert po prostu tego wszystkiego nie robił. Nie był ideologiem; nie epatował tożsamościowo, nie „rozlewał” się przez swoje pisarstwo, i kompletnie nie zależało mu na przynależności do tego lub innego obozu. Dlatego też do dziś uważa się, że mało wiedział, i „nie pisał o faktach”. Otóż pisał o faktach, jak najbardziej, i wiedział bardzo dużo; i z tego względu właśnie pisał tak, jak pisał. Łatwość sądu świadczy zazwyczaj o niskim poziomie wiedzy; a przekonanie, że można cokolwiek „rozstrzygnąć” w małym tekście prasowym – o niskim poziomie inteligencji. To jest właśnie jeden z naszych odwiecznych problemów: mania „ostatniego słowa”. Chesterton nigdy nie chciał mieć ostatniego słowa; zapewne dlatego, że wiedział, że (zgodnie ze słowami, nomen omen, Gadamera) tylko Bóg może je mieć.

Warto by o tym pamiętać, i wykorzystać tę świadomość we własnej lekturze. To nie jest sprzeczność być katolikiem, i w sporze ancient regime’u z Dantonem popierać Dantona; to nie jest sprzeczność cenić naraz jakobinów i torysowską „Country Party”; to nie jest sprzeczność czytać i cenić zarówno św. Tomasza z Akwinu, jak i Rousseau, czy podziwiać zarówno Republikę Francuską jak i monarchię Karolingów. Może się tak wydawać tylko ludziom powierzchownym. W istocie wszakże, powtarzam, to nie jest sprzeczność; to jest mądrość.

A po co nam ta mądrość? Jeśli już ktoś zadaje to pytanie, wiem, że nic mu nie mogę odpowiedzieć; ale skoro już mamy się zniżać, to zniżmy się w ten sposób: bo dlaczego w Polsce polityka (ogólnie mówię, bez wdawania się w szczegóły) wygląda tak, jak wygląda? Dlaczego choć wszyscy narzekają, nic się nie udaje zmienić?

Pewnie dlatego, że coś nie gra; i że, jak lubię myśleć, nie czytamy w szkołach Chestertona.