No i tak; tak też czasem bywa. Człowiek musi mieć honor i umieć przyjąć – oczywiście porażkę, ale i fakt własnej ignorancji; a jeśli tak uczyni, aż się prosi, żeby o tym powiedzieć – niemniej, wszystko w swoim czasie.

Do rzeczy: kilka słów o Rosji; czy raczej o tym, co mnie zainteresowało.

Najpierw wstęp historyczny, bo o Rosji da się znaleźć w dorobku GKC coś, i nawet całkiem sporo. Tak też pierwsze przychodzą jego młodzieńcze dzienniki, w których piętnuje carat za przyzwolenie na antysemityzm i pogromy (pisał nawet, po tym, jak Anglię obiegła wieść o jakimś szczególnie brutalnym zajściu bodaj z Ukrainy, że miał ochotę bić po twarzach przypadkowych ludzi, ale się powstrzymał). Potem, było już nieco inaczej; i w miarę rozwoju jego rozumu politycznego, Chesterton upatrywał w Rosji coraz bardziej sojusznika we wspólnym sporze z Niemcami, więc skłonny był wybaczać jej błędy i akcentować dobre strony rosyjskiej kultury (jak choćby w Zbrodniach Anglii, gdy pisał o „Świętym” Przymierzu, które dla Rosjan prawdopodobnie faktycznie było w pewnym sensie święte) – szczególnym zaś podziwem darzył, rzecz jasna, rosyjskie chłopstwo, wbrew stereotypom bardzo niezależne i samorządne, którego bronił przed standardową zachodnią gadką o „ciemnocie” i „zacofaniu” (zazwyczaj stanowiących po prostu inne określenia na realny – i skuteczny – opór wobec rewolucji przemysłowej), i o którym z jawnym poczuciem tryumfu i szczęścia pisał w Irlandzkich impresjach (i jeszcze we wstępie do Post-industrializmu Penytego), że pokonało Lenina, i zmusiło go do układów; w związku z czym, przez krótki okres sprzeciwiał się jednoznacznie antybolszewickiej histerii krajów kapitalistycznych, zapewne licząc, że rewolucja październikowa przyśpieszy w Europie nowe otwarcie.

Cóż; Gilbert był bystrym obserwatorem, więc już w roku 1921 zorientował się, że chyba jednak kalkulował zbyt optymistycznie…

Tak to w każdym razie wyglądało. A jak wygląda teraz – nie w wypadku GKC rzecz jasna, ale – powiedzmy (bo kto ubogiemu zabroni) – moim?

Otwarcie mówiąc: nie wiem; nie wiem o Rosji zbyt dużo ponad to, co jest dostępne w przekazie powszechnym, ale jak natrafię na coś, co mnie zainteresuje, z oczywistych względów czytam. Niedawno zaś, natrafiłem dokładnie na coś, co mnie zainteresowało – i, jak powiedziałem, niemało zadziwiło.

Tak więc niejaki pan Ruchir Sharma, reklamowany jako „autor książki „The Rise and Fall of Nations: Forces of Change in the Post-Crisis World”, główny strateg międzynarodowy w Morgan Stanley Investment Management, uznany publicysta i pisarz,” postanowił napisać artykuł o współczesnej Rosji. Cóż się z niego dowiadujemy? Otóż, żeby nie przedłużać (poniżej zamieszczę „linkę” do oryginału, żeby kużdyn jedyn mógł porównać), głównie to, że choć Putin zapowiadał się tak dobrze, to jednak nie zamienił Rosji w nowe Stany Zjednoczone, zahamował postęp „neoliberalizmu” gospodarczego, i postawił na utrwalenie rdzennie rosyjskich rozwiązań ekonomicznych, czym wyłączył się ze świata, co spowodowało, rzecz jasna, „stagnację jak za Breżniewa” i de facto wyrzuciło Rosję poza wspólnotę niepodległych narodów.

Na czym polega katastrofa i jakie są jej objawy? Choćby takie: wysokie stopy procentowe i niska inflacja, stabilny rubel, dług narodowy wynoszący 15% PKB i niewrażliwość na „naciski światowe”. Tym jednak, co najbardziej zwróciło moją uwagę, jest jeden cytat, który pozwolę sobie tutaj przywołać:

„Rosja szybko się starzeje. Populacja w wieku produkcyjnym kurczy się w tempie przekraczającym 1 proc. rocznie, a przy mniejszej liczbie osób wchodzących na rynek pracy, jedynym sposobem na szybszy wzrost jest zwiększenie produkcji na pracownika, która jest obecnie prawie zastała. Aby zwiększyć produktywność, Putin musiałby zreformować gospodarkę, która wciąż eksportuje głównie ropę naftową, pszenicę i broń, i opiera się na wyjątkowej mieszance małych, rodzinnych firm i wielkich państwowych przedsiębiorstw tak, jak w czasach sowieckich”.

Może konkretniej; zwróćmy uwagę na ostatnie zdanie: gospodarka „opierająca się na wyjątkowej mieszance małych, rodzinnych firm i wielkich państwowych przedsiębiorstw tak, jak w czasach sowieckich”.

Dobrze widzę, czy zwariowałem?

No cóż; myślę, że konsekwencje są dosyć jasne, niemniej może powiem w ten sposób. Żaden dystrybucjonista nie negował nigdy konieczności istnienia pewnej dozy własności państwowej (nawet jeśli traktowali ją jako zło konieczne), szczególnie w dziedzinach strategicznych (surowce naturalne i infrastruktura), pod warunkiem, że jej ekspansja byłaby ściśle ograniczona i nie ingerowała w funkcjonowanie segmentów niższych, w której dominowałyby spółdzielnie, drobna własność nierynkowa i małe firmy rodzinne. Pan Sharma zarzuca Rosji, że nie wspiera rozwoju „małych i średnich firm”; cóż, nie wiem, co ma na myśli. Znając Amerykanów prawdopodobnie Microsoft. Wiemy jednak przynajmniej tyle, że z jednej strony zasłaniając się tarczą wielkich koncernów państwowych z sektorów strategicznych, jednocześnie skutecznie wspiera rozwój i broni istnienia małych firm rodzinnych, a także zapewne (bo to się łączy) drobnej własności nierynkowej (czyli handlującej wyłącznie przypadkowymi nadwyżkami), jak się można domyślać całkiem nieźle zaspokajających potrzeby rynku wewnętrznego, biorąc pod uwagę, że – jak stwierdza sam autor – na giełdzie rosyjskiej nie ma „producentów globalnych”. Skutek? To, co wyżej, plus może jeszcze jedna drobnostka: fakt, że „Kreml jest o wiele mniej zależny od zagranicznych interesów, niż jakikolwiek wschodzący [?] rząd na świecie, z wyjątkiem Tajlandii”.

Czyli co? Dystrybucjonizm jest utopią? O nie, drodzy Państwo; dystrybucjonizm – dokładnie tak, jak pisał GKC – jest twierdzą. Twierdzą pozwalającą zachować niezależność kulturową, i obronić się przed dominacją obcych mocarstw. Tak przynajmniej pokazuje tę sprawę, oczywiście kompletnie nieświadomie, pan Sharma. Jestem ostatnim, bezwzględnie ostatnim człowiekiem, który rozgrzeszałby czy bagatelizował „putinizację” czegokolwiek; i średnio pasuje mi państwo „znikających ludzi” i „zielonych ludzików,” co zresztą zdarzyło mi się raz czy dwa tutaj powiedzieć. Niemniej, staram się zawsze mówić prawdę; i jeśli prawda okazuje się korzystna dla Rosji, również ją powiem (szczególnie, że to przecież nie zasługa osobiście Putina, tylko całego narodu, pracującego nad tym jeszcze – jak się okazuje – od czasów sowieckich).

Oczywiście, pozostaje w tym wszystkim jeden mały szkopuł; ten mianowicie, że nie wiem, czy to prawda. Jak pisałem, mam o Rosji bardzo blade pojęcie, i trudno mi weryfikować; i nie jest niemożliwe, że geniusz amerykańskiej nowej lewicy („The New York Times”…) pokazał Rosję tendencyjnie, i w swoim mniemaniu z jak najgorszej strony, podczas gdy tak naprawdę wygląda to trochę inaczej, zresztą cała optyka: „wczesny Putin ‚nasz’ i późny ‚nienasz'”, jaką wyraźnie da się w tym tekście wychwycić, dość sugestywnie wskazuje na pewien cel polityczny, dość zrozumiały zresztą biorąc pod uwagę historię relacji dyplomatycznych Demokratów z „Niedźwiedziem”; i być może znajdzie się jeszcze w kraju Puszkina niejeden „mały i średni” Microsoft (swoją drogą, dlaczego p. Sharma nie wspomina w ogóle o tzw. „oligarchach rosyjskich” uwłaszczonych na majątku państwowym, fenomenie przecież dość powszechnie znanym?). Jak zwykle zatem, pozostaje szaraczkowi wyłącznie niepewność, ostrożność, i logiczna kalkulacja (w której zresztą mamy – „my”, czyli chestertoności – całkiem biegłych poprzedników), z mocną poprawką na międzynarodowe gry o tzw. „siłę miękką” (uwielbiam język nauki współczesnej), niemniej – tytułem zakończenia, niech mi wolno będzie powiedzieć przynajmniej tyle: że jeśli to prawda, to cóż…

Przyjaciele Moskale – brawo!

Wszystkie cytaty pochodzą z artykułu: http://fakty.interia.pl/new-york-times/news-putin-agresywny-za-granica-ostrozny-w-kraju,nId,2563529#utm_source=paste&utm_medium=paste&utm_campaign=firefox