Jak to zwykle. Bo taka też jest natura bloga (upadła).

Krótko: dlaczego nikt, jak to zwykle w Polsce, nie ma racji?

Po pierwsze, dlatego, że zorganizowanie uniwersytetu jak przedsiębiorstwa nie jest słusznym rozwiązaniem. A o to właśnie, ogólnie mówiąc, w ustawie chodzi; o zorganizowanie uniwersytetu jak przedsiębiorstwa. Nie wiem, kto to pierwszy podlał ideologicznym sosem jakiejś rzekomej „jakobinizacji”, z rektorem jako mini-Robespierre’em, ale to kompletne bzdury, odwracające uwagę od głównego problemu. Uniwersytet Gowina to nie Francja Komitetu Ocalenia Publicznego, ale po prostu zachodnia korporacja, z wszechwładzą szefa, absolutną dyscypliną, wymaganiem absolutnego poświęcenia się wykonywanej pracy i nastawieniem w stu procentach na zysk, generowany choćby po trupach. Każdy, kto ma choć dwie klepki na swoim miejscu, rozumie, jakie efekty przyniesie wymóg rentowności badań naukowych. Najbardziej rentowne rzeczy na świecie to reklamy; reklama zaś, to pospolite kłamstwo.

Po drugie zaś, ponieważ jednak przedsiębiorstwo ma pewne cechy pozytywne, o których nie można zapominać. Na przykład: przejrzystość działania; jasność celu; wymóg efektywności pracy; profesjonalizm stosunków; czy też (bagatelka) to, że faktycznie można w nim robić tzw. „karierę”, to znaczy: że mogą przebić się w niej jednostki, które przychodzą znikąd, bez namaszczenia, ale dobrze wykonują swoją pracę. Z jakiegoś powodu, wielu liberałów rozbijało korporacje zawodowe dokładnie po to, aby dać pole wolnym przedsiębiorstwom; i choć szybko okazało się, że przedsiębiorstwo również może stać się tyranem, to jednak nie można temu posunięciu pewnej logiki.

Dlatego też, naprawdę na szybko, kilka pytań, które – gdyby cokolwiek ode mnie zależało – zadałbym polskiej kadrze naukowej w kwestii kwestii.

A zatem: czy uniwersytet działa przejrzyście dla społeczeństwa, poddając się woli narodowej i kontroli zewnętrznej?

Czy uniwersytet umie pokazać społeczeństwu po co właściwie istnieje?

Czy uniwersytet śrubuje standardy, stawia na merytorykę, wymaga od pracowników i domaga się realnych rezultatów w badaniach?

Czy na uniwersytecie dominują stosunki profesjonalne, czy osobiste?

Czy uniwersytet otwiera ścieżkę rozwoju dla ludzi z zewnątrz, czy tylko dla ludzi z wewnątrz – i czy stawia na niezależność, czy zadaniowość i sprawność wypełniania poleceń?

No i, na koniec, czy ktokolwiek z polskich naukowców zrobił cokolwiek, aby zatrzymać tryumfalny pochód „społeczeństwa zysków i strat”?

Nie wiem, ja się tylko zastanawiam; jestem doktorantem, więc „żyję poza siatką” i nie wiem właściwie niczego. Być może, że na wszystkie te pytania można by odpowiedzieć powiedzmy że „prawidłowo”. Ale skoro tak, dlaczego wszyscy zgadzają się, że poziom en bloc jest niski, i jakaś reforma jest potrzebna, i to w trybie pilnym? Niemniej, przecież sam projekt reformy wyłoniono na drodze konkursowej właśnie spośród projektów wewnętrznych; jak to się ma jedno do drugiego?

Co też chyba stanowi odpowiedź na pytanie ostatnie.

Jak to ktoś ładnie powiedział? Dziwne, że najwięcej o „post-prawdzie” biadają ci, którzy od pół wieku wmawiają wszystkim, że prawda to pusta kategoria; i tak to jest i w tym, i w wielu innych wypadkach. Ostatecznie wszystko jest kwestią kultury, ta zaś się zmienia; i istotnie, być może niedługo wszelka prawdziwa nauka stanie się domeną amatorów. Co by nie było w sumie może aż tak niekorzystne, jak to Gilbert wykazał zresztą niezbicie w kwestii sprawy znacznie poważniejszej; czyli piwa. PAX.