No tak; dopiero co skreśliłem kilka słów na temat, i niby to niekorzystna sprawa tak się powtarzać, ale cóż – wobec konkretu życia, tego źródła świeżego a niewyczerpanego, tej wody żywej dla myśli i chleba powszedniego dla moralności, nawet najświętsze przykazania pisarskie muszą czasem iść na dalszy plan.

Tak też, co się wydarzyło.

Przypadkowo natrafiłem na odbywającą się w pewnej telewizji internetowej debatę (czy raczej „mini-debatę”) na temat tak intensywnie dyskutowanej (dopiero teraz) propozycji reformy szkolnictwa wyższego; uczestników było dwóch. Pewien profesor historii (kto wie, co dzieje się teraz „wokół” inicjatywy Pobożnego Ministra ten będzie wiedział, o kogo chodzi), człowiek w średnim wieku, stosowany, spokojny, z nieco pociągłą twarzą, klapniętym włosem czarnym i w „za dużej” marynarce na chudym tułowiu – i wiceminister nauki i szkolnictwa wyższego, na oko młodszy o jakieś dwadzieścia pięć lat, zdrowy, dynamiczny, zarost typu „rough man”, okularki takie, że ho-ho (-ho; RayBan na oko), garnitur pół-sportowy, doskonale uwydatniający linię muskularnych barków i fryzura strzelista, błyszcząca, dynamiczna tak samo, jak jej właściciel o ile nie bardziej, wiecie Państwo zresztą – taki częsty dzisiaj typ (w mojej rodzinie mówi się na nich „Wilcy z Wall Street”). Sam ten kontrast zapowiadał, że oto dzieje się przede mną coś więcej, niż to na pierwszy rzut oka widać – i istotnie, gdy wyglądania przyszło do mówienia, moje odczucia zaczęły się stopniowo zmieniać, tężeć, konkretyzować się i krystalizować, aż w końcu zestaliły się w przekonanie, przekonanie zaś na moment poczęło rzednąć w niegroźne rozbawienie, by zaraz potem ściął je dziwny mróz – i zrobiło mi się, jak to się mówi, „niezazbytnio”.

Czemuż? Oto w pewnym momencie pan profesor pokusił się o skrót historyczny, sprowadzający się zasadniczo do czegoś takiego: że istnieje w kulturze europejskiej pewien ideał uniwersytetu, który – choć przybierający bardzo różne formy historyczne (ostatnia to tzw. „uniwersytet humboldtowski”) – od średniowiecza zasadniczo się nie zmieniał; i jeśli chcemy w ogóle mówić o reformie szkolnictwa wyższego, należy ten ideał zachować, wszystko jedno w jakiej formie, nowej czy starej, bo odrzucenie go równa się likwidacji uniwersytetu w takim sensie, w jakim rozumiemy to pojęcie dzisiaj, a więc – co logiczne – po czymś takim o „szkolnictwie wyższym” w jakimś względnie chociaż racjonalnym znaczeniu nie będzie mogło być mowy. Dynamiczny interlokutor wziął głęboki oddech, oczy mu złowrogo błysnęły, po czym sarknął: „No oczywiście, istotnie; zgadzam się z panem profesorem. Naszym ideałem na pewno nie jest wracanie do średniowiecza”, po której to strzelistej frazie nastąpił znany aż za dobrze czytelnikowi współczesnemu refren: „świat się zmienia, świat się zmienia, świat się zmienia”. Pogadali.

No i cóż? No i mała refleksja.

Bo to, co wydarzyło się wtedy w studio pewnej internetowej telewizji stanowiło nie tyle rozmowę na temat, co raczej dziejowe zderzenie dwóch światów – w formie miniaturowej, lecz jak najbardziej realnej (był to jeden z tych „półsakramentów”, z których poskładana jest cała nasza rzeczywistość – Chesterton dicit) – przy czym, na dodatek, jak rzadko jasne było, kto gra w tej kombinacji rolę „dobrego”, a kto „złego”; i po prostu od razu wiedziałem, a nie da się zbyć tak lekko intuicji moralnej, w jakim świecie chciałbym żyć, i w jakim nie – i w jakim prawdopodobnie żyć będę, choć mi się to bardzo nie podoba. Dość powiedzieć, że wiceminister szkolnictwa wyższego, który nie rozumie tak prostego i logicznego wywodu, wyśmiewa się, złośliwi i macha jak cepem populistycznym nonsensem o „wracaniu do średniowiecza” to… Cóż; może niech Państwo mi powiedzą, uwzględniając jeszcze, że jestem doktorantem sporej uczelni, jaki to jest widok.

No i teraz pytanie zasadnicze: co się stało? Co zaszło „między” światem starego typu profesora, poukładanym, logicznym, rozsądnie uhierarchizowanym i dowodzącym z zasady tożsamości, a światem nowego typu wiceministra (nauki i szkolnictwa wyższego), nieco jakby mniej poukładanym, mniej logicznym, mniej rozsądnie uhierarchizowanym i dowodzącym nie z zasady tożsamości, ale z faktów dokonanych (jeszcze w przekonaniu, że to najwyższy stopnień na drodze do pełnej emancypacji rozumu)? Jak zwykle, przecież nie będę się ograniczał, pozwolę sobie tutaj Państwa nadużyć, i rozsnuć przed czytelnikiem szaloną wizję dziejową, łączącą to co duchowe z tym, co materialne; i powiem, że moim zdaniem przyczyna leży w wydarzeniach bardzo dawnych – i współczesny regres nauki to po prostu jeden z dalszych aspektów podstawowego procesu, jakim jest progresywna eliminacja rzemiosła z produkcji. Tutaj jest klucz do rzeczy i – że tak powiem – „korzeń rzeczywistości”; bo tak jak drzewo nie rośnie od korony w dół, tylko właśnie od korzeni w górę, tak społeczeństwo – nie co do czasu, ale co do natury – wznosi się na pewnym fundamencie, i tylko tak się rozwija, jak ten fundament (czy „nośnik”) pozwala. Nie da się mieć idei wartości nieutylitarnych na uniwersytetach, jeśli jej nie ma na targach; nie da się mieć standardów niewymiernych w sztuce, jeśli ich nie ma przy produkcji mydła. Wszystko to się łączy, i wszystko się jakoś zazębia; i choć życie duchowe, kultura, czy jak to tam zwać, może się bronić przed pewnymi procesami dłużej, a na pewno bardziej dramatycznie (bo czy faktycznie dłużej, to można polemizować), i trwać jeszcze wobec przeciwności na zasadzie „oporu materii”, to jeśli odetnie się jej wolę społeczną, nieodzowne źródło życia rzeczy wspólnych, koniec zawsze będzie taki sam; i istotnie, na własne oczy widzimy, jak te słowa stają się faktem.

Wszystko to opisał rzecz jasna Artur Józef Penty, nie tylko w „Odrodzeniu ustroju cechowego”, ale przede wszystkim w „Post-industrializmie”, który już niedługo zawita w naszych skromnych progach (nie tylko on zresztą, ale takie to już dziwne prawidło, że to co u Belloca i Chestertona da się znaleźć w formie rozproszonej i niemal „maskowanej”, u Pentyego znajduje się w stanie kondensacji, i łatwo to uchwycić; z punktu widzenia propagandy gorzej, ale na pewno lepiej z punktu widzenia jasności myśli, stąd Penty będzie dystrybucjonistom zawsze potrzebny, szczególnie gdy przyjdzie do „przygważdżających” pytań „jak to zrobić”); uderzenie w rzemiosło było od początku do końca uderzeniem w poczucie historyczne, w przekaz międzypokoleniowy, we wspólną tradycję, w standard jakościowy (czyli niewymierny), w szacunek do mistrzostwa, w pierwszeństwo empirii, w zdrową wizję indywidualnej roli twórcy. Industrializm planowo i metodycznie niszczył całe to mądre dziedzictwo bardziej ludzkiego świata, miażdżył je niczym walec w imię większego zysku, maksymalizacji produkcji, dynamizacji handlu i umiędzynarodowienia gospodarek ziemi – a wielu profesorów (o ironio) my przy tym klaskało, i pisało setki książek, byle tyko udowodnić „naturalność” takiego biegu rzeczy. No to mamy za swoje; i jeśli ktoś zastanawia się, jak to możliwe, że nauka porzuca to, co dla niej niezbędne, rezygnuje ze zdrowego uznania autorytetu, wspólnoty myśli, krytycznej refleksji nad światem zastanym i pewnej wspólnej tradycji, jako historycznie określonego języka, dzięki któremu akademia może się względnie skutecznie porozumiewać – cóż; niech skorzysta z tej wyjątkowej okazji, weźmie to stare dzieło (którego, notabene, nie napisał profesor) i czyta. Znajdzie wszystkie potrzebne odpowiedzi, a pewnie jeszcze i nadto.

Niemniej, to ledwie dygresja; w sprawie reformy jako reformy zaś, powtórzę tylko to, co już powiedziałem: żeby w ogóle mogła zaistnieć, potrzebna jest wielka inicjatywa reformatorska na skalę społeczną – i to nie w sensie instytucjonalnym, tylko sporo głębszym. Bo cały kryzys, z jakim się dzisiaj mierzymy, to w dziewięćdziesięciu procentach kwestia mentalności. Dlatego też, jeśli chodzi o jakiekolwiek szczegółowe projekty, jestem po prostu sceptyczny; bo umówmy się (a ja to wiem, bo przecież od pewnego czasu obserwuję „od wewnątrz”), że i w systemie obecnym, z jego dziurami na cztery kilometry, niedopowiedzeniami, kruczkami, chaosem i jawną anarchią (eufemistycznie nazywaną „autonomią uczelni”), dałoby się zrobić sporo dobrego, gdyby tylko ludzie działali z nieco lepszym nastawieniem, bardziej się przykładali, nie myśleli tylko o sobie i – ogółem – robili wszystko to, co im babcia mówiła, żeby robili. Niestety, słowa babci nie są obecnie za wysoko cenione; i jeśli państwo profesorowie usiłują pozować na inteligentnych ludzi, niech mają chociaż tyle konsekwencji, żeby nie płakać nad tym, o czym wiadomo było, że się stanie; i nad czym nie od trzydziestu, a od pięćdziesięciu chyba lat ciężko pracują. Inaczej będzie to wyglądać po prostu trochę śmiesznie. Ale śmieszne czy nie, szkoda tylko, że to nasza rzecz zbierać za to po głowie, i dowiadywać się na każdym kroku, że doktorat warto mieć, bo z nim łatwiej o pracę zagranicą. Chapeau bas.