Nie wiem czemu (tego się nie wie), ale ostatnio nader często natykam się w Sieci na teksty o tym, że Polska się sekularyzuje, i jak tak dalej pójdzie, to się z-sekularyzuje; i oczywiście, tak kończą się zazwyczaj te jeremiady, „coś z tym trzeba zrobić”, bo inaczej będzie katastrofa. Ponieważ nie wierzę w przypadki (po prostu wiem, że się zdarzają), dam się porwać nurtowi życia – i dzisiaj o tym.

Krótko, proszę państwa: bo wszystkie tego typu analizy zaczynają się w niewłaściwym punkcie. Sekularyzacja Polski nie tyle nadchodzi czy nadejdzie, co nadeszła.

Nadeszła i działa, choć nie zawsze to jeszcze na pierwszy rzut oka widać. W gimnazjum były nas dwie klasy, razem koło 30 osób (szkoła prywatna). Można łatwo zgadnąć, kto jako jedyny z tych trzech dziesiątek rozsadzanych hormonami głupków o tłustej cerze (cudem jest życie, cudem) nie uczęszczał na zajęcia z religii i wywrzeszczał sobie, żeby mu wszyscy dali święty spokój. Reszta (w tym jeden deklarujący się jako „satanista”) grzecznie chodziła, powybierała sobie imiona, przyjechał biskup i było miło. Kolejna zagadka ilu z tej trzydziestki zostało, w sensie żywym, prawdziwym, przy Kościele, gdy zyskało nieco więcej wolności i rozumu? Na ile wiem: dwóch; w tym, rzecz jasna, ja. Bierzmowałem się na studiach (z takimi panami w garniturach w świecące pasy, ciekawe doświadczenie), no i sobie jestem (względnie trwam). Reszta: wiadomo. I naprawdę, naprawdę wiadomo. Ja do ludzi ogólnie jestem trochę bokiem i nie mam parcia na życie towarzyskie (bo mi instynkty ciała śmierdzą), ale trochę widziałem, trochę rozmawiałem, i pewne rzeczy wiem, po prostu. Pytamy, ilu ludzi praktykuje; zapytajmy, ilu ludzi wierzy w zmartwychwstanie ciała czy tzw. „realną obecność”; ilu w historyczność Ewangelii; ilu w aniołów; czy, najprościej: ilu w ogóle wie, czym jest Msza Święta? Nie wspominając już o szczegółach takich jak przestrzeganie zasad katolickiej etyki seksualnej, czy rozumienie szerokich implikacji przykazania „Nie kradnij”. To kwestia rozsądku: zwykłego doświadczenia; trzeba nie mieć rozumu, oczu trzeba nie mieć, żeby zachowywać złudzenia.

Po co to piszę? Szczerze, jak zwykle, nie wiem, być może po to, by się do pewnych rzeczy przygotować. Procesy dziejowe mierzy się nie na lata, a na dziesięciolecia,  o ile nie wieki; pewne rzeczy dokonują się w istocie, zanim zdążą dokonać się w fakcie; i występują w życiu społecznym skamieliny struktur, czy to obyczaju, czy choćby języka, jeszcze długo po tym, jak przestanie wypełniać je jakakolwiek treść intelektualna czy moralna. Niemniej, co naturalne, zawsze się z czasem rozpadają; i trzeba pogodzić się z perspektywą, że (o ile nie nastąpi jakieś wielkie odrodzenie, rzecz z natury swej nie do przewidzenia), w miarę upływu lat, w miarę, jak stare obyczaje będą okazywać się coraz mniej niezbędne do życia, jak pewne pokolenia będą dorastać, a pewne słabnąć i umierać, Kościół w Polsce będzie stawał się coraz mniejszy. Tego się nie da odwrócić. Po prostu, coś poszło źle – i katolicyzm polski (jakiś czas temu) odniósł ogromną ranę.

Jedyne zatem, co pozostaje, to pytanie nie o to, co zrobić, aby to się nie stało, ale co, by zminimalizować straty. W mojej skromnej opinii zresztą, taki stan rzeczy jest poniekąd korzystny, pozwala bowiem spokojnie wyzbyć się złudzeń. Do kiedy Kościół jest mocny instytucjonalnie, można mamić się, że ocalenie również zależy od środków instytucjonalnych; że wystarczy przykręcić śrubę, wzmocnić dyscyplinę, osaczyć ludzi „tożsamościowo” i wszystko będzie dobrze. Historia najnowsza dostarcza wystarczająco wielu przykładów, że tak nie jest, czego losy Kościoła hiszpańskiego i irlandzkiego (albo choćby protestantyzmu krajów Skandynawii) dowodzą aż nadto dobitnie. Czy dobrze to, czy niedobrze (a moim zdaniem świetnie), wiara religijna przestała być w naszych czasach częścią tożsamości politycznej, narodowej czy społecznej (różnie to można nazywać); stała się rzeczą głęboko osobistą. Jeśli chcemy zatem ją w jakiś sposób przekazywać, trzeba to robić właśnie osobiście, jak osoba osobie, a nie z punktu widzenia zachowania i korzyści wspólnoty doczesnej. Rousseau napisał sporo rzeczy średnio mądrych, ale w „czuciu” bytu osobowego nie miał sobie równych; i nieprzypadkowo wołał w Emilu, że wiary nie da się przekazać słowami (dzieciom, ale Emil ogólnie nie jest tylko o dzieciach), zwłaszcza słowami prawa, autorytetu, słowami, które nakazują (czyli słowem czysto materialnym, zewnętrznym): tylko przykładem. I nieprzypadkowo to on właśnie, co niedawno przeczytałem w pewnej monografii (autorem diagnozy Pierre-Maurice Masson, 1916) przygotował we Francji grunt pod odrodzenie katolicyzmu, którego reprezentantem stał się m.in. (co stanowi już paradoks rangi kosmicznej) De Maistre. Dowodzi to dwóch rzeczy: że człowiek miewa rację w stopniu większym, niż sam sądzi; i że miał rację Belloc, jak zwykle, choć nikt mu nie wierzy, a niektórzy się śmieją (jest to zresztą tragedia tego pisarza; pisał dla „odbiorcy popularnego” – ale wartość jego dzieł docenia się po pewnym przygotowaniu). Tak czy inaczej wszakże, pewne pozostaje jedno: że jeśli chcemy, by katolicyzm w Polsce przetrwał w jak najlepszym stanie, trzeba żyć tak, by pokazać, że ta wiara naprawdę coś znaczy; że zmienia życie; że w pełni nagradza poświęcenia, których wymaga; i że, co być może najważniejsze, faktycznie da się nią żyć bez hipokryzji: że słowa i czyny mogą stanowić całość. Innymi słowy: trzeba się skupić na sobie, i na tym, by być tak dobrym katolikiem, jak się potrafi; a reszcie zostawić wolność. Nie będzie, wprost mówiąc (i to cudowna ironia) wiary bez tolerancji.

Gilbert, skoro już o tym mowa, rozumiał ten stan rzeczy bardzo dobrze, nawet gdy warunki dziejowe nie były jeszcze aż tak oczywiste; i w książce, którą obecnie tłumaczę (z wielkim bólem, bo spadły na mnie trudności naukowe i rodzinne), pisanej podczas I wojny światowej, dawał jasny wyraz świadomości, że kluczem do zwycięstwa chrześcijaństwa w życiu społecznym nie jest wsadzanie ateistów do więzień za ich „immoralizm” czy „gaszenie ducha bojowego”, ale takie przeżywanie tego strasznego czasu, które czyniłoby zadość wyznawanej prawdzie. Był on, istotnie, prorokiem nowoczesności.

A jeśli już koniecznie chcemy edukować (tak na koniec), co mnie wydaje się całkiem logicznie, bo szkoła z natury swej wywiera wpływ formacyjny, to w moim przekonaniu jedyny rodzaj formacji republikańskiej, jaki przydałby się naszej sprawie (i w związku z tym jedyny, na jaki Kościół powinien naciskać) stanowi formacja moralna, to znaczy taka, która pomogłaby obudzić w młodzieży intuicję dobra: dobra wspólnego, a przede wszystkim dobra samego w sobie (z której wynika intuicja dobra wspólnego), a przynajmniej przygotowała grunt pod to przebudzenie; grunt pod budowę świadomości moralnej, dzięki której młody człowiek rozumiałby, że są pewne rzeczy, które warto czynić, bo są po prostu szlachetne, i takie, których czynić nie warto, bo są po prostu niegodziwe. Każdy, kto czyni cokolwiek dla samego dobra pojmując, co to znaczy, witalnie, nawet jeśli niekoniecznie świadomie (fachowo to się mówi in actu exercito) zwraca się duchem ku Dobru Absolutnemu, źródłu i zasadzie wszelkich dóbr skończonych. I choćby we własnym mniemaniu był niewierzący, ten kanał realnie istnieje: i realnie może popłynąć przezeń łaska. Mnie zaś wydaje się, że rozwój podobnej świadomości (do niedawna jeszcze w naszej kulturze normalny, obecnie wyszydzany, bo zależny od wizji, której nie da się zredukować do niczego innego) to znacznie konstruktywniejsze przygotowanie ludzi do poznania Boga, niż karne wysyłanie ich na majówki czy zmuszanie do wrycia na pamięć Litanii Loretańskiej. Znaczy, jak zwykle, każdy się może nie zgodzić, proszę bardzo; nie zgadzamy się na to od trzydziestu lat, i (o tajemnico natury) mamy wyłącznie coraz więcej Tego Samego – któreż To Samo przemieni się z czasem, jak historia pokazuje aż nadto dobitnie,  w Coś Jeszcze Innego: a wtedy będzie płacz, zgrzytanie zębów, i pretensje do całego świata, a zwłaszcza do „demokracji”, że wypuściła na wolność hydrę wielogłową.