Od pewnego czasu obserwuję w polskim życiu publicznym pewną charakterystyczną rzecz, której istnienie potwierdzają do tego różni bardziej doświadczeni ode mnie ludzie – no więc o niej napiszę, bo sprawa wydaje mi się poważna.

Otóż: dostrzegam na „prawicy polskiej” względnie w „stronnictwie patriotycznym” (bo podział patriotyzm-kosmopolityzm odpowiada mi znacznie bardziej, niż lewica-prawica; po PRL to się może źle kojarzyć, ale ja nie jestem z PRL) przedziwną niechęć do krytykowania w Polakach czegokolwiek i w jakikolwiek sposób. Zazwyczaj argument jest taki, że o naszych wadach mówi się już i tak za dużo, i teraz należy się trochę popocieszać, i zadbać o auto-estymę, bo inaczej mózg uschnie z braku endorfin; tak też zamiast spojrzeć pewnym problemom w twarz, zaczyna się uskuteczniać Wielkie Rozwadnianie, na zasadzie, że „prawda, ale”, „tak, ale bez przesady”, „nie wolno generalizować” (jak mówimy o Polakach generalnie to nie wolno generalizować??) i – moje ulubione – „mamy wady, ale nie odstajemy od reszty”. Otóż ja nie wiem, czy odstajemy od reszty czy nie, bo nie sprawdzałem (i nie wiem, jak można by to sprawdzić), ale wydaje mi się, że niekoniecznie trzeba się tutaj porównywać; i jeśli w domu ma się grzyba na suficie, to lepiej zacząć sprzątać, niż pocieszać się, że sąsiad ma jeszcze większego grzyba na suficie. Jest to kwestia zdrowego rozsądku. Argumentu „z ilości” natomiast, nie rozumiem przynajmniej tak samo, o ile nie bardziej (o ile można czegoś „bardziej nie rozumieć”), bo przecież nie chodzi o to, ile się o czymś mówi, ale jak się mówi; ba! – i istotnie, to jak się mówi zazwyczaj dzisiaj o polskich wadach narodowych, to istna katastrofa, i to nie tylko z winy stronnictwa kosmopolitycznego. Zachodzi tutaj narodowe pomieszanie zmysłów, o którym dużo by opowiadać (choć to zadanie bardziej dla psychiatry), ale którego skutki są bardzo proste; i, krótko mówiąc, sytuacja, w której krytyka Ojczyzny uważana jest z automatu za gest antypatriotyczny, to rzecz bardzo, ale to bardzo niebezpieczna.

Bo wady narodowe nie tylko można, ale wręcz trzeba krytykować z pozycji patriotycznych właśnie; i jest to, przypadkiem tak się składa, jedna z najważniejszych lekcji, jakie wyniesie z lektury książek Gilberta Keitha Chestertona każdy uważny czytelnik. Od młodości, gdy był jeszcze żyjącym złudzeniami liberałem, walczył Gilbert ze słynnym powiedzeniem angielskich dżingoistów (którym teraz, co symptomatyczne, zachwycają się polscy „prawicowcy”), „my country, right or wrong”. No właśnie, argumentował, jest dokładnie na odwrót; „my country – so better right than wrong”. Każdemu patriocie powinno zależeć na tym, żeby jego Ojczyzna była krajem sprawiedliwym i postępowała szlachetnie; jeśli tak nie jest, trzeba wrzeszczeć. Jak ktoś uchyla się od obywatelskiego obowiązku wrzeszczenia w imię prawdy, to tak jak gdyby ignorował sobie beztrosko pijaństwo własnej matki, powtarzając radośnie, że „moja mamusia – czy pijana, czy trzeźwa, zawsze ta sama”. Wiadomo, że jest to poniekąd złośliwa interpretacja tego sloganu, niemniej – żeby było śmieszniej – prawdziwa; bo na początku wieku dwudziestego, Anglia dzieliła się, zupełnie jak my teraz, na dwa obozy, z czego krytykowali ją właściwie wyłącznie internacjonaliści spod znaku Międzynarodówki komunistycznej, wszyscy zaś, którym choć trochę na tym kraju zależało, odwracali oczy, i czy chodziło o śmierć głodową iluś tam set robotników z „czarnych hrabstw” Anglii centralnej, czy o niegodziwą rzeź urządzaną narodowi burskiemu w imię interesów kilku potentatów górniczych, z uporem maniaka powtarzali „my country right or wrong” i cieszyli mordki, że żyją w tak pięknym Imperium, nad którym słońce nie zachodzi.

Jak powiadam, każdy, kto przeczytał choćby „Irlandzkie impresje” wie, co Gilbert myślał o tym stanie rzeczy. No i jasne czemu; bo nie trzeba być geniuszem, żeby się domyśleć, jakie to może mieć skutki. Tak też, zgodnie z tradycją radykalistyczną, a szczególnie za przykładem Williama Cobbetta, Chesterton bez ustanku „atakował” (jak byśmy to dziś powiedzieli) swój kraj za przeróżne wady, jakie w nim dostrzegał; za „prowincjonalizm”, pychę, arogancję, pogardę dla ubogich, zimny utylitaryzm, kult bogactwa, izolację i filogermanizm, a także kilka innych rzeczy; i istotnie, spadała na niego za to raz po raz fala krytyki, że jest „antypatriotą”. A jednak, usprawiedliwiona bywa mądrość od dzieci swoich – i jak ktoś ma wątpliwości, jaki dokonał się nad tym sąd historii, niech powie: dlaczego robotnicy francuscy nie chcieli się bić za swój kraj w 1939 roku? I jaki intelektualista jednoznacznie poparł rząd angielski w strasznej próbie roku 1914, a jacy się go wyparli?

To jest tak proste, że aż przykro o tym mówić (bo jakoś głupio); otóż niewątpliwie można krytykować swój kraj w celu udowodnienia, że go nie potrzeba, i cały świat powinien stopić się w jedno wielkie państwo, rządzone przez „miedzynaród” elity uniwersalnego rozumu (wzgl. „ludzkość”, cokolwiek ograniczoną w swoim zakresie); można natomiast krytykować go po to, aby uprzedzić tego typu oskarżenia i zawczasu wybić kosmopolitom zęby. Pierwsze to hańba, drugie – chwała i obowiązek.

Tak też dobrze byłoby porozmawiać czasem i na tym skrzydle, które Polaków lubi, o ich wadach narodowych; więcej – czasem mam wrażenie, że nie trzeba rozmawiać o niczym innym. Mam oczy i widzę, i to, co widzę napawa mnie lękiem; straszliwa znieczulica społeczna, arogancja, pogarda, kumoterstwo i pospolite cwaniactwo, miałkość intelektualna, kult przeciętności, zinstytucjonalizowana hipokryzja religijna – oto naród polski w pigułce; oczywiście, z pewnej perspektywy; bo z innej perspektywy nie jest źle, i Polacy potrafią zdobyć się ciągle na sporo przyzwoitości, i zrobić sporo dobrego. Niemniej, i o to mi chodzi, nastrój czasów promuje wszystko to, co w nas szpetne; i usprawiedliwia każde świństwo, jakiego tylko ludzie się dopuszczają. Wierzyć w Boga można, ale bez przesady, uczciwym trzeba być, ale tam, gdzie trzeba, dbaj o swoje, nie daj się, a twój egoizm działa zawsze na korzyść społeczeństwa – oto duch Polski współczesnej; i ducha tego strasznie trudno wyrzucić, a skutki sprawia na skalę masową; jak ktoś nie wierzy, niech wyjdzie z pokoju i przejdzie się po szerokim świecie – niechybnie przekona się, że tak jest wszędzie. A szczególnie, i to już zapiera dech w piersiach, w Kościele; słuchajmy, co mówią katolicy polscy o sprawach społecznych, i jak się odnoszą do innych, tych, którym się nie udało („łatwiej wyczuć niż opisać”, ale jak ktoś bardzo chce, to przechowuję kilka cennych wspomnień), a wrota się przed nami otworzą. Szkoda, że wrota piekieł raczej, niż nieba.

Na koniec wszakże, jedna obserwacja: bo ten duch, duch, który nas kusi, nie jest na świecie nowy; i jeśli ktoś poświęci sprawie chwilę namysłu, niechybnie zobaczy, skąd do nas przyleciał. Bo to przecież nie co innego, tylko  filisterski duch Anglii wieku XIX, z którym Chesterton walczył całe swoje życie, a który teraz co bardziej „narodowi” polscy publicyści „odkrywają” jako uniwersalną mądrość ludów. Co skłania do pewnego średnio wesołego namysłu, ale jednocześnie jakoś otwiera i podnosi; bo jeśli ktoś chciałby zacząć wreszcie nie tylko patrzeć, ale i widzieć, i zostać jednak ciemnym radykałem z klubu im. Williama Cobbetta, jednym z tych, z których wszyscy się śmieją za życia, o których wszyscy zapominają zaraz po ich śmierci, ale którym historia i aniołowie ostatecznie zawsze przyznają rację (i wtedy jest satysfakcja moralna) – niech się nie waha.

Broni i świadectwa znajdzie się pod dostatkiem.