Obserwuje się od jakiegoś czasu (konkretnie od wyborów roku 2015 i okolic) na polskiej scenie politycznej pewne interesujące zjawisko, które można streścić jak następuje: korwinista wyciąga rękę do ludu; no, właściwie nie korwinista jako taki (ci trzymają się mocno), ale – powiedzmy – neokorwinista, bo tendencja ta jest szczególnie widoczna w wypadku tych publicystów, którzy zaczynając z pozycji darwinizmu społecznego (na ile mogę to stwierdzić obserwacyjnie – bez najmniejszej świadomości, że to się nazywa darwinizm) przeszli teraz na stanowisko bardziej „narodowe”, i szukają inspiracji w pismach tzw. „młodej” Endecji, zwłaszcza Strasznego Romana, z istotnie strasznego okresu: również darwinistycznego (i tak, mnie też się właśnie zakręciło w głowie). Podśmiewałem się tutaj z tego trochę nie raz, i jeszcze podśmieję, bo przyzna czytelnik,  że mizantrop i oligarchista próbujący wejść w buty trybuna ludu to widok nieco zabawny (nawet w zupełnie niewinnym tego słowa znaczeniu), niemniej sprawa ma również wymiar bardziej poważny, i to o nim chciałem dzisiaj napisać. Jak wszystkie bowiem tego typu wolty dialektyczne, to również przejawia niepokojąco wiele podobieństw do przysłowiowego wylewania dziecka z kąpielą – i niesie ze sobą spore zagrożenie, którego nie należy lekceważyć.

Wiele powiedziało się na temat polskiego „salonu” cierpkich słów, i zapewne słusznie; osobiście jestem ostatnim człowiekiem, który by tego towarzystwa i jego „kulturotwórczych” wpływów w Polsce bronił. Natomiast jeśli odrzucić spory o wpływy i pozycję, i popatrzeć na rzecz czysto intelektualnie, nie wszystko, co ci ludzie mówią, jest kompletnie fałszywe – bo generalnie prawie nikt nie mówi tylko czegoś, co jest kompletnie fałszywe; w prawie wszystkim znajdzie się ziarenko prawdy. I tak też tutaj, gdybyśmy rozpatrzyli problem bezstronnie i z dystansu, moglibyśmy postawić następujące pytanie: bo czy faktycznie w wizji tzw. „polskiego chama”, demonizowanego i dehumanizowanego czasem niemalże jak Murzyni na starym „Południu”, otóż czy w tej wizji – ohydnej, powtarzam, i tworzonej z wyraźnie złą wolą – faktycznie nie ma nic z prawdy?

Zwróćmy uwagę, że także w literaturze demokratycznej znajdzie się pewien nośny termin, pozwalający się w tej sprawie odnaleźć: demoralizacja. W teorii demokratycznej nie ma niczego, co nakazywałoby płaszczyć się przed ludem, czy całować mu stopy (a śmiem twierdzić, ze wręcz przeciwnie, bo jeśli ty jesteś równy mnie – to ja jestem równy tobie; dlatego demokracja sprzyja konfliktom, które mogą być ożywcze, ale mogą być i groźne, tytułem dygresji); istotnie, wielu demagogów historii zdawało się przeczyć w praktyce temu twierdzeniu, niemniej – o ile byli inteligentni – stanowiło to ledwie wybryki retoryczne. I nawet tak wściekłemu populiście, jak Robespierre, wyrwało się (podczas przemówienia z 5 lutego 1794 roku), że „jeśli lud jest zepsuty, wolność jest stracona”. Potem oczywiście dodał, że lud francuski nie jest zepsuty, więc wolność nie jest stracona, ale logicznie wynika stąd, że przyjmował taką możliwość. Nasz Gilbert (o Bellocu, którego gniew i pesymizm w tym względzie może przerażać, nie wspominając), również nie zachowywał się w tej sprawie tak, jak mogłoby się wydawać ludziom powierzchownie obeznanym z przedmiotem. W „Co widziałem w Ameryce” znajdzie się przecież niejeden fragment na temat postępującej w kapitalizmie demoralizacji masy społecznej, na temat systematycznej „deobywatelizacji” Murzynów amerykańskich i angielskich robotników, z refleksją tą kończącą się gorzkimi słowami, że „prawdziwa filozoficzna obrona nowoczesnego ucisku sprowadzałaby się do stwierdzenia, że przez nasze dotychczasowe fatalne decyzje, nasi ubodzy stracili wszelką zdolność do decydowania o sobie samych. Niestety, żaden współczesny oligarcha nie jest w dostatecznym stopniu mężczyzną, by odważył się to powiedzieć”; a cóż powiedzieć o tym fragmencie z „Eugeniki i innego zła”, w którym wyczytać możemy (oczywiście częściowo między wierszami), że jedyną nadzieją normalizacji relacji społecznych i regeneracji lumpenproletariatu jest „zapewnić robotnikowi więcej pieniędzy, więcej czasu wolnego, więcej znaczenia w społeczeństwie, i ufać, że normalne instynkty racjonalnie szczęśliwego człowieka wydadzą za jakiś czas pokolenie lepiej urodzone, wychowane i szczęśliwsze, niż współczesne udręczone i tragiczne typy, które na coraz mniej przydać się mogły nawet kapitaliście”?

Czy z tych słów faktycznie wynika, że „prosty człowiek jest racjonalny”, i że generalnie zawsze wszystko z nim w porządku? Nie – wynika z nich ni mniej ni więcej tyle, że prosty człowiek może nie być racjonalny, i może być z nim wszystko nie w porządku. Że może się zdemoralizować. I pisze to ten, który, że tak powiem, na francuskiej teorii republikańskiej po prostu zjadł zęby (miał zresztą Gilbert pojęcie i na to – taki lud zbarbaryzowany nazywał „anarchistami”).

Co dowodzi, nawiasem, że jednak to ja mam rację, i słynna Chestertonowska „sympatia do prostego człowieka” czy „wiara w lud” (nieszczęsna „demofilia” Borowego) wynikały nie z sentymentów czy jakiejś „naturalnej sympatii”, jak zdaje się sugerować nawet badacz tak wybitny, jak William Oddie (Chesterton and the Romance of Orthodoxy, 2010[2008]), ale po prostu z racjonalnej i dobrze przyswojonej teorii politycznej, która – jako racjonalna – pozwala racjonalnie odnosić się do rzeczywistości.

Tak też, istotnie, według mnie, fala „demofilii” polskiej prawicy dotarła zdecydowanie za daleko, zatapiając sporo ze zdrowego rozsądku i zdrowego krytycyzmu. Prawda, że wizja „polskiego chama” z drugiej strony barykady jest przesadzona i złośliwa; niemniej zdarzają się w narodzie polskim chamy, którzy zachowują się po chamsku – ze wszystkimi tego konsekwencjami, mniej poważnymi i bardziej poważnymi. Zaczyna się od tego, że z jakiegoś powodu nie potrafimy nauczyć się jeździć po rondach,  czy nawet ustawić w kolejce; a kończy na skrajnym antyintelektualizmie, roszczeniowości, nieuczciwości, prymitywnej „walce plemion” (można też powiedzieć „anarchii feudalnej”) i chronicznej niezdolności do tworzenia instytucji prawdziwie społecznych. Innymi słowy: w Polsce stało się (oczywiście tylko w pewnym stopniu, ale stopniu zatrważająco dużym), to, co Gilbert pisał w „GK’s Weekly”, że się stanie: wychowaliśmy naród egoistów; i republika rozleciała się na milion atomów.

Republika rodzi się z ludu; ale lud jest ludem na tyle tylko, na ile funkcjonuje w ramach republiki (to się mówi po łacinie, że causae ad invicem sunt causae);  i, krótko mówiąc, jeśli chcemy naprawdę rządzić dla i w imię ludu polskiego, nie możemy poddawać się naiwnie dyktatowi kretynów, i fali najgorszych, najprymitywniejszych instynktów, jakie się teraz – w ramach (i to chyba jedyny wypadek, w którym termin ten coś realnie znaczy) populizmu wyborczego – głaszcze. Możemy krytykować wady narodowe Polaków, i powinniśmy to robić, i będziemy to robić, jak już zresztą tutaj kiedyś chyba wspomniałem, moim zdaniem tym lepiej, jeśli krytyka nasza wynikać będzie z postawy patriotycznej, „solidarnościowej”. Nie zmienimy się w „salon” tylko dlatego, że zobaczymy problem tam, gdzie naprawdę jest; a jakoś mam przeczucie, że wręcz przeciwnie. Nie wiem, czy to mizantropia, ale jeśli tak, to jej bronię; być może każdy rozsądny („w tendencjach” przynajmniej) człowiek musi być  trochę mizantropem.

I zakończę jak zwykle (bo mogę), jedną uwagą; bo jeśli ktoś chciałby inaczej, i wierzy, że można inaczej, to jest co czytać, jest nad czym myśleć, i są drogi, którymi można podążyć. Niestety, drogi te trzeba odkryć, a odkrywanie – jak wiadomo – wiąże się zawsze z wysiłkiem pionierskim; i sporo gąb trzeba by obić (z Gombrowiczowska mówię), sporo stereotypów wyśmiać, sporo głupich tez obalić i sporo książek wyrzucić na makulaturę, żeby zobaczyć sprawę z tej perspektywy, o którą mi chodzi. Niestety, takie coś wymaga odwagi; a Polacy za odwagą intelektualną raczej nie przepadają.

I tak; to też jest nasza wada narodowa. PAX.