…I jeszcze słów kilka na ten sam temat; znów, jak w wypadku liberalizmu, chodzi o sprawy fundamentalne, tym razem wszakże mniej bezpośrednio związane z samym Gilbertem (ponieważ, jako szczęśliwego katolika Wysp, średnio go obchodziły, a spór osiągnął kulminację sporo po jego śmierci), niemniej – również z nim związane; zresztą, to też jakby poza mną, i wszystko okaże się kiedyś, o właściwym czasie – byle powoli.

O co chodzi? Oczywiście, o kwestie „soborowe”, których nigdy nie przestanę chyba już tutaj poruszać.

Odkąd zacząłem interesować się sprawą, jedno uderza mnie niezmiennie (Bogu dzięki już nie wciąga) – postawa obronna; „Kościół jako oblężona twierdza”, każdy zna ten obraz, zawarty choćby w dziele „Rewolucja i kontrrewolucja” De Oliveiry. No, a skoro Kościół ma kryzys, i w sensie właściwym istnieje tylko w jednej małej organizacji założonej przez pewnego francuskiego biskupa, tęskniącego za Maurrasem, to cóż – trzeba podjąć to dziedzictwo; i niezależnie od tego, co by się działo, należy uważać, że jest się w stanie zagrożenia. Tak też „tradycjonalizm” (bo to naprawdę termin umowny, być może zresztą mało związany z rzeczywistością) nieustannie się „broni”; pisze swoje apologie, opisuje prześladowania, jakich doświadcza, nieustannie rozprawia, jak to „walczyć” musi o zachowanie w zdrowiu „całości” depozytu wiary. Niekiedy wydawać by się mogło, że polscy biskupi nie zajmują się właściwie niczym innym, jak tylko zwalczaniem tradycjonalistycznych wspólnot liturgicznych. Skądinąd wiem, że tak nie jest; i ogólnie, nawet na zdrowy rozsądek, podobny postulat musi uderzać „nas” jako poniekąd mało prawdopodobny.

I cóż? I istotnie, jest on mało prawdopodobny; czy, by nazwać rzecz po imieniu, po prostu nieprawdziwy. Wynika zresztą z dość charakterystycznego zjawiska, jakim jest – znana zapewne nam wszystkim, lecz nie przez wszystkich zwalczana – kompensacja. Ten ruch utknął; i teraz musi wytłumaczyć sobie dlaczego. Oczywiście, przecież nie może być tak, że owa rzesza wiernych prostych katolików, o których – i w których imieniu – tak się walczy, po prostu tzw. „starej Mszy” (i wszystkiego, co się do niej niestety z bliżej nieznanych mi powodów klei) nie chce; o nie; o – nie, nie, nie; dlatego też trzeba znaleźć wyjaśnienie alternatywne. I tak też utrzymuje się, ze wszyscy chcą starej liturgii, pragną jej, wyczekują, modlą się o nią; tylko że potem przychodzi zły, „modernistyczny” biskup, i wyrywa.

To, rzecz jasna, piramidalna bzdura. Większość polskich katolików ani starej Mszy chce, ani jej nie chce (pomijając, że jak na nią wchodzi, to często pyta, czy to kościół rzymskokatolicki, czy Świadkowie Jehowy, ale to inna sprawa); bo większość polskich katolików w ogóle o tym nie myśli. Większość polskich katolików, z duchowieństwem włącznie, chce robić tak, jak pamięta, że „zawsze było”; dlatego właśnie Kościół polski faktycznie jest nieprawdopodobnie konserwatywny (bo przypominam, że wielu konserwatystów argumentowało i argumentuje właśnie z porządku długiego trwania). Chodzi o pewien obyczaj, nie świadomą refleksję; i istotnie, kwestia ta załatwiana jest nieracjonalnie i po macoszemu. Niemniej, nie ma prawie żadnych świadomych ataków na tradycjonalizm katolicki – dokładnie z tego powodu; i jeśli chodzi o nieliczne u nas (na szczęście) wybryki modernizmu z jakimiś „liturgicznymi tańcami”, baletem, czy Bóg wie jeszcze czym, to atakuje się je tak samo mocno. I nie dziw to, że większość progresywistów (taki choćby Obirek czy Bartoś) odchodzi z kapłaństwa.

Natomiast, i to jest ważny punkt, tradycjonalizm ma swoich odbiorców; czasem ludzi faktycznie nieprzeciętnych. Ma wspólnoty, narzędzia propagandy, wydawnictwa (pieniądze) i sporo świadomych zwolenników. W sumie dobrze – tylko że fakt ten czyni assumpcję o „oblężonej twierdzy”, szturmowanej nieustannie przez tzw. „Kościół soborowy”, czymś jeszcze bardziej absurdalnym. Tym zaś, co nie ma ani wspólnot, ani narzędzi propagandy, ani wydawnictw, ani świadomych zwolenników, jest właśnie Sobór – oczywiście taki, jakim był, a nie taki, jakim miał być w oczach iluś-tam wariatów, którzy łączyli z nim wygórowane nadzieje i nie mogli przeboleć, że nie dali rady. Dokumentów Soboru nikt chyba nie czyta; na pewno nikt rzetelniej nie analizuje; w przestrzeni publicznej właściwie nie istnieją. W Maritaina, wielkiego dobrego ducha tamtej chwili, wali się jak w bęben (ostatnio w „Do rzeczy”) – i to jeszcze jednocześnie ostentacyjnie ignorując to, co napisał (bo Maritain był geniuszem, więc gdyby go czytać, zaczęłyby narastać niesympatyczne problemy – być może trzeba by nawet przyznać, że się czegoś nie wie). Jan Paweł II? Proszę mnie nie rozśmieszać (ktoś coś słyszał ostatnio? serio?). Benedykt XVI? A kto to był Benedykt XVI? Przecież najsampierw był „nasz papież”, który gadał o kremówkach i robił okularki z palców, a teraz jest Franciszek. Benedykt XVI? Kto to był Benedykt XVI?

Tak też właśnie, jeżeli cokolwiek wymaga autentycznej obrony, to właśnie to, nie tamto; to właśnie Sobów Watykański II, i wszystko, co się z nim wiąże; a co do dziś nie zostało w Polsce zrozumiane, ani przyswojone. A co przede wszystkim, jak mi się wydaje, można streścić w określeniu „pluralizmu katolickiego”. I na pewno jednym z ważniejszych przynajmniej elementów soborowego przesłania było dokładnie to: aby w Kościele, istniejącym w pluralistycznym świecie, było wiele form modlitwy, wiele wspólnot, wiele tradycji duchowości, wiele zakonów, wiele nurtów refleksji, wiele porządków liturgicznych. „Kończąc te rozważania świadczące o trosce i czci, jaką Stolica Apostolska okazuje różańcowi maryjnemu, pragniemy także przypomnieć, by w rozpowszechnianiu tej zbawiennej formy pobożności została zachowana właściwa miara i by jej nie wychwalać tak, iżby niesłusznie wydawało się, iż innymi się gardzi. Różaniec jest wprawdzie wzniosłym rodzajem modlitwy, jednak chrześcijanin winien czuć się w stosunku do niego wewnętrznie wolny. Ze wszech miar wypada, by do jego odmawiania spokojnie i w sposób właściwy był on pociągany raczej wewnętrznym pięknem tej modlitwy”, pisał Paweł VI w adhortacji „Marialis cultus”. Są takie fragmenty w literaturze, które zdają się jakby skracać, „kondensować” w sobie charakter całych tendencji dziejowych; ten wydaje mi się dokładnie czymś takim.

Jak to się ma do Chestertona? No cóż; krótko mówiąc, moim zdaniem takie podejście doskonale współgra z autentycznie Chestertonowskim duchem. W kwestiach politycznych, Gilbert zawsze opowiadał się za pluralizmem; pluralizmem obyczajów, tradycji, praw, rozwiązań ustrojowych. Jako katolik angielski, żył w społeczeństwie pluralistycznym od urodzenia. Całe życie odnosił się do innych kultur i kościołów z wielkim szacunkiem, i umiał działać w specyficznych warunkach ich koegzystencji, czego „Nowe Jeruzalem” dowodzi aż nadto dobitnie. Czy faktycznie świadome przeniesienie tego sposobu myślenia w polską sferę religijną byłoby aż tak straszne? Mniemam, że nie; i osobiście, bardzo chciałbym, aby „starą Mszę” odprawiano w każdej parafii – głównie dlatego (jestem Polakiem, więc argumentuję wyłącznie ze względów osobistych), że mógłbym sobie wtedy na nią spokojnie chodzić. Natomiast podobne odrodzenie nigdy, przenigdy nie nastąpi w logice „albo-albo”; po prostu – należy nauczyć się żyć ze sobą mimo pewnych drugorzędnych różnic, a nawet wręcz z nimi.

I wtedy odwróci Pan niewolę Izraela.

I znów, chcąc nie chcąc, dochodzimy do kwestii politycznych; bo pluralizm to nie relatywizm; i nikt z klasyków teorii pluralizmu politycznego nigdy nie twierdził, że wszystko jest tak samo prawdziwe, czy tak samo ważne. Dopóki się w Polsce tego nie nauczymy, republika pozostanie (jak jest teraz) papierową fikcją; a Kościół – cóż. Będzie Kościołem; „nie instytucją jak każda inna”. Niemniej przykład irlandzki jasno pokazuje co się może stać, gdy się osiądzie na laurach. Bo istotnie, pewien twórczy niepokój intelektualny jest po prostu wartością, dobrą dla człowieka; i rozpoznanie tego faktu to nie „modernizm”, tylko zdrowy rozsądek.