Co wpis obiecuję sobie, że tydzień przerwy; z każdym razem, gdy przekonuję się, że świat współczesny jest głupi, obiecuję sobie, że przestanę się dziwić. No i, ogólnie mówiąc, klapa na całej linii; więc może nie ma co wierzgać, tylko pogodzić się z samym sobą.
 
Po prostu nie mogę powstrzymać słów podziwu, jakie cisną mi się na usta (czy w tym wypadku na palce) wobec ogólnego zahipnotyzowania Hilarym Bellokiem. Oczywiście, szanowałem go już wcześniej, choćby tylko z tego względu, że szanował go GKC, ale jednak — dopiero jak się poczyta trochę tego, co napisał, człowiek może zrozumieć, o co chodzi.
 
Ktoś powiedział o nim (w komentarzu na facebooku zresztą), że miał dar widzenia; i istotnie, trudno o lepsze słowo. Czytanie książek Belloca może być zajęciem poniekąd upiornym — bo czasami wygląda to tak, jak gdyby zajrzało się do scenariusza współczesnego świata. Może i świat współczesny jest zresztą tylko sprytnie przygotowaną inscenizacją, a wielka elita „reżyserów” największą przyjemność czerpie z obserwowania jak biedne szaraczki, przeświadczone, że mają na coś wpływ, uwijają się beznadziejnie wokół swoich spraw. Trudno zaprzeczyć. Ale nawet jeśli tak, to Belloc nic o tym nie wiedział; a mimo wszystko, trafiał w punkt — raz za razem, bez ustanku, w każdej książce, czasami niemal w każdym akapicie. Widział jak się rzeczy mają i widział, jak się będą miały. Opisywał, diagnozował, proponował środki zaradcze…
 
I co? No właśnie, problem w tym że raczej pstro. Bo jeśli można mówić o czymś takim, jak ucieleśnienie dziejowego „antyideału”, to ucieleśnieniem antyideału naszych czasów jest właśnie Hilary Belloc.
 
I nie chodzi tylko o to, że nie pasuje tzw. kulturze liberalnej, na fali wznoszącej już od jego czasów i już od jego czasów traktującej go jak pariasa; ale że sporo pozmieniało się w kulturze katolickiej. W 1934 Belloc otrzymał od Piusa XI Krzyż Wielki Orderu św. Grzegorza Wielkiego; obecnie, nie mówi się o nim zgoła nic, a jeśli cokolwiek, to tylko po to, żeby sobie posarkać. I nawet biografowie GKC przebąkują nawet czasami, że — wiadomo — persona imponująca, ale gdyby jednak GKC Belloca nie poznał, to…
 
Sprawa jest dosyć ukryta i wymaga zdolności czytania miedzy wierszami, ale coś udało mi się już ustalić. Pozwolę sobie zatem rozważać na przykładach.
 
Tak też podczas mojej przygody z tematem okazało się, że:
 
1. Belloc był za bardzo kłótliwy i konfliktowy; nie budował mostów, a mury, nie jednoczył, zrażał, czasami bardziej szkodząc sprawie, niż jej służąc. Trzeba było inaczej.
2.Belloc miał zbyt radykalne teorie, które przedstawiał zbyt apodyktycznie; przesadzał, szokował, szedł na zwarcie, manifestacyjnie zaprzeczał powszechnie znanym i uznanym ustaleniom; wielu zrażał w ten sposób do sprawy, o którą walczył. Trzeba było inaczej.
3. Belloc miał wiarę zbyt zimną i zbyt obiektywną; nie było w niej miejsca na wymiar uczuciowy, empatię, spotkanie z drugim człowiekiem. Dla wielu było to odpychające. Trzeba było inaczej.
 
Jak to zwykle bywa, mnie osobiście (ponieważ spadłem z księżyca) każdy z tych zarzutów wydaje się nie zarzutem, co raczej pochwałą. Wyjaśnię.
 
Po pierwsze zatem — no i był kłótliwy. A co, to źle? Od kiedy? Eliasz też był kłótliwy; św. Piotr; św Hieronim. Wielu ludzi, kwestia naturalna. Oczywiście, nie ma sposobu, aby poznać, ilu do sprawy katolickiej przyciągnął, a ilu odrzucił, ale pewne jest, że np. GKC był niezmiernie ugodowy; a ani Shawa, ani Wellsa, których Belloc nie znosił (Wellsa nieporównanie bardziej) i — jak się można domyśleć — nie bardzo się z tym krył, również nie udało mu się jakoś bardzo zmienić. Więc skutki praktyczne wydają raczej porównywalne. Natomiast Belloc swoją postawą dawał po prostu dowód szczerości i tego, że bierze pewne rzeczy na poważnie. Można się spierać, czy człowiekowi głoszącemu konieczność „depopulacji” Matki Ziemi trzeba podawać rękę, czy właśnie nie wolno; ale odpowiedź daleka jest od oczywistości. W każdym razie, tacy ludzie też są potrzebni, a jak jeszcze mają cięty język (a Belloc miał, bo był znacznie lepszym mówcą niż pisarzem, choć pisarzem przecież świetnym), to potrafią zdziałać bardzo różne rzeczy; i kto wie, co by się stało w dzisiejszym świecie, gdyby było takich więcej po „naszej stronie”?
 
Zarzut drugi jest jeszcze bardziej absurdalny. No bo jakie teorie trzeba mieć, jak nie radykalne, jasne, sprecyzowane? Jak ktoś nie lubi trudnych przepraw, to lepiej niech da sobie spokój z myśleniem en bloc, natomiast nawet ja, w moim krótkim życiu, przekonałem się już nie raz, że ludzie najbardziej kontrowersyjni i uznawani powszechnie za wariatów (w tym sam Belloc) zazwyczaj mają rację; i to wtedy, gdy osiągają apogeum tej „kontrowersyjności” i „wariactwa”. Przy czym wiadomo, jak obecnie wygląda model „pracy intelektualnej”; i że nic nie jest równie miłe „umysłowi współczesnemu”, jak towarzyskie kiszenie się we własnym sosie. Ale nie jest to, delikatnie rzecz ujmując, najbardziej przekonujący argument przeciw Bellokowej wersji historii Anglii.
 
Nad trzecim w ogóle nie chce nawet mówić; bo boję się, że wpadnę we wściekły słowotok. Według mnie, dotykamy tutaj jednego z najpoważniejszych obecnie problemów Kościoła, i dobrze byłoby, gdyby zajął się nim ktoś kompetentny i z realnym wpływem na rzeczywistość, bo inaczej utoniemy w ciepłym błocie. Ale gdybym miał jakoś zwięźle ująć moje zdanie na temat, powiedziałbym tak: nigdy nie jest tak zimno i obiektywnie, by było dość zimno i obiektywnie. Zawsze może być zimniej, i zawsze może być obiektywniej. Im zimniej i im obiektywniej, tym doskonalej. Ja niczego tak nie łaknę w Kościele, jak zimna i obiektywizmu. To jest właśnie jedyne źródło, jedyna nadzieja, jedyna szansa na lepsze jutro i jakąś poprawę naszego losu. Jak ktoś tego nie dostrzega, no cóż — trudno; może i lepiej żeby było jak jest teraz; może i lepiej zmieniać życie religijne w serię emocjonalnych uniesień „jak dobrze nam ze sobą”, a modlitwę w krążącą adorację wzajemną „ja i MÓJ Bóg”. Natomiast jeśli chce się mieć katolicyzm silny, prężny i zdatny do działania, to im szybciej wyleje się na te misie-patysie kubeł zimnej wody, tym lepiej.
 
W każdym razie, ja tak uważam; i śmiem twierdzić, że niebezzasadnie. Oczywiście, ktoś się może nie zgadzać; ale zawsze ktoś może się nie zgadzać. To zresztą też jakoś łączy się z Bellokiem; też bowiem zarzucił mu ktoś kiedyś, na przykład, że miał zbyt „dyktatorski” sposób pisania; za mało upewniał czytelnika, że dopuszcza różnicę opinii.
 
No ale nie bardzo rozumiem; to co miał zrobić? A czy on komuś odbierał prawo do głosu i własnego zdania? A jeśli nie, to po co miał co drugie słowo wpychać na siłę jakieś „rzecz jasna moim zdaniem”, czy „zawsze można się nie zgodzić”, czy „nikomu nic nie narzucam” — po co, po jakie licho śmiecić tak sobie w tekście? Żeby się komuś „przykro” nie zrobiło, nie wiem? Zapewne tak, bo trudno, żeby inaczej.
 
I to jest, wbrew pozorom, niezmiernie poważny problem współczesnej kultury.
 
Tak czy inaczej, Belloc na pewno jest dla tej kultury, czy chrześcijańskiej czy nie, ogromnym wyzwaniem; i dobrze. Szczególnie, że pomalutku dochodzimy w tej kulturze do ściany, a drogi powrotnej nie ma, bo zabrnęliśmy za daleko. Dlatego też nieuniknione wydaje się to, ze prędzej czy później nadejdzie ta przykra cokolwiek konieczność; i trzeba będzie użyć tarana.
 
I wtedy wszyscy zaczną biegać po Europie w dzikiej panice; modląc się, by jakakolwiek książka Belloca zachowała się w piwnicach lewicowych bibliotek.
Powyżej: portret pana B. (w wieku późnym) z hali dyskusyjnej Związku Oksfordzkiego; fotografia: Martin Beek.