Blog się dywersyfikuje, i to bardzo dobre zjawisko; natomiast wypływają przy tej okazji na powierzchnię także pewne różnice zdań, unaoczniające „wewnętrzne” linie podziałów w środowisku zwolenników myśli Gilberta Chestertona. A ponieważ takie różnice zdań, czyli nie totalne, a właśnie zachodzące w ramach jednego frontu myśli i działania, zawsze są czymś inspirującym, wydaje mi się, że dobrze zrobię, jeśli spróbuję umiejscowić się mniej-więcej w zaistniałym horyzoncie i wyjaśnić pokrótce (raz jeszcze, bo w sumie nic innego tutaj nie robię) o co mi chodzi. Tak się bowiem składa, że — zbiegiem okoliczności — pozostaję w stosunku do większości mojego zacnego towarzystwa w opozycji, przynajmniej w kwestii jednej sprawy, która to jednak sprawa ma swoją wagę, i może w wielu wypadkach grać rolę przesądzającą.

O jakiej sprawie mowa? Oczywiście o Rewolucji Francuskiej.

Jak wiadomo (albo i nie) GKC był Rewolucji Francuskiej gorącym zwolennikiem. Dużo o niej czytał, dużo o niej pisał, a jak pisał, to praktycznie zawsze dobrze. Z niej czerpał zasadniczą inspirację do własnej myśli politycznej, ją analizował, ją niestrudzenie rozgrzeszał, ją stawiał za wzór współczesnemu światu.

No i, rzecz jasna, można się tutaj z Gilbertem zgadzać, albo i nie zgadzać. Większość współczesnych „chestertonistów”, jako związanych z tradycjonalistycznym nurtem myśli katolickiej, traktuje tę okoliczność w kategoriach „wypadku przy pracy”. Gilbert był prorokiem naszych czasów, człowiekiem szczerze wierzącym i mężnym, świetnym apologetą, żołnierzem Pana Boga, który niestrudzenie bronił Kościoła i chrześcijańskich tradycji społecznych przed atakami ze strony „partii postępu”, i to naprawdę narażając się nieraz na poważne nieprzyjemności — natomiast zdarzyła mu się po prostu w ferworze walki (z tych lub innych przyczyn) pewna pomyłka, którą można i trzeba mu wybaczyć, ale która jednak zawsze pozostanie pomyłką i powodem do niepokoju.

W moim wypadku (a mam nadzieję, że nie tylko w moim, zresztą to w sumie kwestia rozsądku) jest zupełnie inaczej. Ja preferencje Gilberta w tej kwestii nie tylko rozumiem, ale i w pełni popieram, i uważam, że w tym sporze zdecydowanie się nie pomylił — i to nie tylko z czysto ludzkiego, ale i chrześcijańskiego punktu widzenia.

Czemu? Św. Tomasz z Akwinu w dziele De regno  (de facto „podręczniku” chrześcijańskiej teologii politycznej — skądinąd w kwestiach czysto praktycznych poniekąd suchym) stwierdza, że celem chrześcijańskiej społeczności politycznej jest „dobre życie”, które analizuje na zasadzie analogii z życiem jednostki. Otóż jednostce, stwierdza, do „dobrego życia” potrzebne są dwie rzeczy: „Pierwsza podstawowa, którą jest życie według cnoty (cnota bowiem jest tym, dzięki czemu ktoś dobrze żyje), i druga wtórna i jakby narzędna, mianowicie dostateczna ilość dóbr cielesnych, które są niezbędne do działania cnotliwego” (tłm. o. Jacek Salij OP).

Warto zatrzymać się na moment nad tym zdaniem i dobrze je przemyśleć; ściśle mówiąc bowiem, nie jest to zdanie, a dynamit, potrafiący wysadzić chrześcijańską myśl polityczną aż do fundamentów.

Co bowiem, w zasadzie, stwierdza „doktor powszechny” Kościoła? Że nie ma państwa chrześcijańskiego bez dobrej, godziwej, sprawiedliwej gospodarki.

Oczywiście, zaraz powie ktoś, przecież owa „dostateczna ilość dóbr materialnych” nazwana zostaje w tym fragmencie ledwie „narzędziem” życia według cnoty. Pełna zgoda. Natomiast nie oznacza to, że należy ją lekceważyć. Że coś nie jest wartością najwyższą, to nie oznacza, że nie jest wartością; że coś nie jest celem ostatecznym, nie oznacza, że nie jest celem. Św. Tomasz wyraźnie stwierdza, że bezpieczeństwo materialne jest niezbędne do cnotliwego życia. A zatem — że „życie według cnoty”, czyli naczelny cel państwowy, jest bez tego „minimum” po prostu niemożliwe. Logicznie wynika stąd, że domaganie się od ludzi życia cnotliwego w wypadku, w którym nie mają odpowiedniego zabezpieczenia bytowego, stanowi przejaw zwykłej hipokryzji. Tak też państwo chrześcijańskie powinno najpierw zadbać o ogólny dobrobyt materialny, a dopiero potem wstąpić na wyższe szczeble „drabiny Jakuba” i zacząć myśleć o bardziej wzniosłych kwestiach. „Kto w małej rzeczy jest wierny, i w wielkiej będzie wierny”. Forma, skoro już krążymy po orbitach wokabularza filozofii tomistycznej, może urzeczywistnić się wyłącznie w odpowiednio „przysposobionej” do tego materii. Tak też najważniejszy składnik formalny społeczeństwa chrześcijańskiego (nieważne, jak by go szczegółowo definiować, bo są w tej materii spory, w które teraz nie wnikam) może realizować się wyłącznie przy spełnieniu odpowiednich warunków; a jednym z tych warunków jest, pardonne-moi, sprawiedliwość społeczna. Jak ją wprowadzać, co ona tak naprawdę oznacza, jakie powinny być tutaj rozwiązania systemowe — to już inna sprawa. Ważne jest tylko to, że społeczeństwo, w którym istnieją jawne niesprawiedliwości, w którym spora część ludzi nie ma jak pracować, nie może się rozwijać, nie ma nawet naparstka „swego”, na którym mogłaby zacząć normalne dorosłe życie, a nawet — w wypadkach skrajnych — po prostu nie ma co jeść, nie jest i nie może być społeczeństwem chrześcijańskim. I nic tutaj nie pomoże ucieczka w oficjalne profesje, celebracje, w przepych i bogactwo publicznego rytuału, w teologiczne frazesy o „naturalnej hierarchii świata” czy potęgę starej i jak stal mocnej administracji. Bez spełnienia warunków podstawowych, bez zadbania o mocny fundament, bez zatroszczenia się właśnie o „rzeczy małe”, będzie to tylko jakaś groteskowa wydmuszka, która tylko dramatycznie wszystko pogorszy; bo większość ludzi, jak trafnie zauważają to w każdej epoce subtelni piewcy reakcji, nie jest filozofami, i patrzy prosto. I widzi, kiedy jakiś ideał się kompromituje, a kiedy nie.

Jeśli popatrzeć z tej perspektywy, kwestia Rewolucji Francuskiej jawi się w nieco innym świetle. Wszyscy katolicy (?) wiedzą, że społeczeństwo ma obowiązek wspierać rodzinę. Tylko pytanie, kto ją wspiera bardziej: ten, kto daje jej chleb, czy ten, kto nic jej nie daje, tylko moralizuje z ambony o „chrześcijańskim pożyciu” i „Bożym ustanowieniu”? I nie, nie jest to kpina z pojęcia „chrześcijańskiego pożycia” czy „Bożego ustanowienia”, bo to pojęcia prawdziwe i słuszne (ani z ambony, bo to też dobry wynalazek). Tylko dla człowieka, który nie może zarobić na utrzymanie dzieci, nie będą one przedstawiać większej wartości. Jakobini, co by o nich powiedzieć (a może powiedzieć wiele złych rzeczy), zatroszczyli się o wielodzietne rodziny francuskich chłopów. Przeprowadzili reformę rolną. Zapewnili ludziom stabilność, która procentuje do dzisiaj. Nie zrobiła tego natomiast podobno katolicka arystokracja starego systemu. Nie zrobił tego Kościół, dysponując tak wielką własnością i tak ogromnym wpływem. Dlaczego? Nie wiem. Wiem tyle, że gdyby jednak to zrobił, Rewolucja nigdy by nie wybuchła.

Tak też właśnie przedstawia mi się, w dużym skrócie, problem stosunku Chestertona do Rewolucji Francuskiej. Rewolucjoniści działali przeciwko Kościołowi; czasem mniej, a czasem bardziej drastycznie (bo jednak projekt „dechrystianizacji” pojawił się bardzo późno i nie jest tak prostą sprawą, jak się go zazwyczaj przedstawia). Czynili to jednak wyłącznie dlatego, że sam Kościół o paru ważnych rzeczach zapomniał. W „What’s Wrong with the World” Gilbert napisał, że Rewolucja wybudziła chrześcijaństwo ze „snu”, w jaki zapadło ono w wieku osiemnastym; i naprawdę, o ile nie wybudziła, to przynajmniej powinna była to uczynić. Jacques Maritain w swojej filozofii historii opisywał to w ten sposób, że pewne instytucje ludzkie mają z Bożego nakazu coś do zrobienia; jakieś zadanie, które powinny wypełnić. Ale że człowiek ma wolną wolę, więc nie muszą tego wcale zrobić. Ludzki sprzeciw wszakże, nie może przeszkodzić zrządzeniom Opatrzności, w związku z tym owo zadanie zawsze ostatecznie zostanie wykonane, choć przez zupełnie inną siłę, nieświadomie, w sposób poniekąd zwyrodniały — i w geście sprzeciwu wobec tego który zawiódł (i tak, to jest właśnie tzw. „kara Boża”). Warto zastanowić się nad tą kwestią. Jeśli bowiem Kościół wciąż ma w sferze społecznej coś do wykonania, być może czym prędzej powinien przemyśleć, czy rzeczywiście robi wszystko, co może, aby to wykonać. Wiadomo przecież, z jakim odzewem spotkała się w środowiskach katolików wieku dziewiętnastego genialna encyklika „Rerum novarum” Leona XIII; z żadnym. Jeden rzut oka na „katolicką” Polskę wystarczy, aby zobaczyć, co katolicy wiedzą o nauce społecznej papieży i jak ją realizują. Nie wiedzą nic. I nic nie realizują. I nieważne, jak spoglądać by na to z perspektywy historiozoficznej, fakt pozostaje faktem, że człowiek, który codziennie modli się „chleba naszego powszedniego daj nam dzisiaj”, a sam jest nieczuły na krzywdę, zimny, skąpy, okrutny i chciwy, to nie jest nawet człowiek, a wampir; abominacja, która woła o pomstę do nieba.

Tak też Gilbert ma nam wciąż sporo do powiedzenia, co zresztą zostało już nie raz stwierdzone i nie ma kwestii. Pytanie tylko, czy potrafimy go słuchać; i czy pozostajemy otwarci na owocowanie łaski, które nie jest oczywiste, i nie raz potrafi — no cóż? — zgorszyć wierzącego. Często nie jesteśmy tak pobożni, jak się nam wydaje; a Bóg, z jakiegoś powodu, lubi znajdować przyjaciół tam, gdzie nikt inny ich nie szuka. „Wiele wdów było w Izraelu za czasów Eliasza, kiedy niebo pozostawało zamknięte przez trzy lata i sześć miesięcy, tak że wielki głód panował w całym kraju; a Eliasz do żadnej z nich nie został posłany, tylko do owej wdowy w Sarepcie Sydońskiej. I wielu trędowatych było w Izraelu za proroka Elizeusza, a żaden z nich nie został oczyszczony, tylko Syryjczyk Naaman”.

Panem nostrum quotidianum da nobis hodie; szczęśliwy, kto odmawia tę modlitwę z lekkością serca.