Może ktoś jeszcze nie wie, więc śpieszę poinformować: 27 sierpnia 2017 miało miejsce wiekopomne wydarzenie; polscy celnicy zarekwirowali około 30 litrów nielegalnie sprzedawanego bimbru kołu gospodyń wiejskich z gminy Chąśno pod Łowiczem. Sukces jest godzien uwagi, więc nasi stróże prawa (gospodarczego) bardzo się tym chwalą.

I nie, to nie jest żart…

No, ale jak to z dziejami bywa, można wyciągnąć z tego smutnego widowiska pewne wnioski. Tak się bowiem składa, że obecna sytuacja w Polsce idealnie unaocznia jeden z najważniejszych punktów doktryny dystrybucjonistycznej, z rzadka tylko — niestety — rozumiany.

Jak napisał GKC: „Pół dnia spędzamy na tłumaczeniu kapitalistom, że nie jesteśmy socjalistami, drugie pół na tłumaczeniu socjalistom, że nie jesteśmy kapitalistami”.

Od czasów pana Gilberta nic się w zasadzie nie zmieniło i istnieją (z grubsza) dwa „paradygmaty” (ach te studia filologiczne…) roli państwa w gospodarce. Kapitalistyczny, czyli „państwu nie wolno nic” i socjalistyczny (w brytyjskim tego słowa znaczeniu, zupełnie co innego niż u nas): „państwu wolno wszystko” (oczywiście trzeba to rozumieć w pewnych proporcjach). Dystrybucjoniści płomiennie zwalczali tak pierwszą, jak i drugą postawę.

Ściągali tym na siebie, oczywiście, płomienną krytykę; no bo jak to? To czego oni u diabła chcą? Ani w tę ani we w tę — banialuki jakieś.

No, chyba każdy widzi, że nie banialuki, tylko czysta prawda. Jest różnica między kołem gospodyń wiejskich pędzących sobie bimber za 150 zł (to jest tylko symbol, nie liczyłem), a zespołem twardych i złych międzynarodowych skurczybyków, odpowiadających przed jakimś jeszcze twardszym i jeszcze gorszym międzynarodowym skurczybykiem, wyprowadzającym z kraju rocznie miliardy. To jest właśnie jeden z tych wypadków, w których łatwiej poczuć niż wyjaśnić; ale mniemam, że każdy przy zdrowych zmysłach poczuje.

Bo o to się właśnie rozchodzi; państwo ma być silne dla silnych, a słabe dla słabych; wyrozumiałe dla obywateli, którzy chcą po prostu dobrze żyć, a bezlitosne dla międzynarodowych pajęczyn, których celem (jeśli w ogóle jakiś mają), jest wyłącznie dobrze (i to jak dobrze) zarobić. Łatwiej powiedzieć niż zrobić? Pewnie. Ale „czcij ojca i matkę” też łatwiej powiedzieć niż zrobić. Tak to już z praktyką po prostu jest.

No i przy okazji: niedawno czytałem poniekąd dziwny zarzut, że dystrybucjonizm jest zupełnie przyjemny, tylko że „nie mówi, jak można powstrzymać ludzi przed czynieniem zła”. No, tego to nawet Chrystus Pan nie mówi, więc nie za bardzo rozumiem, dlaczego miałby to mówić GKC czy Belloc; ale tak się składa, że kulą w płot — bo jednak dawali pewną wskazówkę.

Bo, umówmy się, gdyby ci celnicy znali te panie i tamtą społeczność, na pewno nie popełnili takiego idiotyzmu; byłoby im po prostu wstyd. Doskonale wyraził to Artur Penty mówiąc o „zastąpieniu relacji gotówkowych relacjami interpersonalnymi”. A więc: możliwie najdalej posunięty lokalizm; albo, jak powiedziałby to Belloc, samorząd (tylko nie w sensie administracyjnym!). Ale kto w ogóle teraz myśli w takich kategoriach?

W każdym razie, zawsze można zrobić dwie rzeczy: zmienić własne myślenie (po pierwsze) i pomodlić się za swój kraj (po drugie); żeby ci, co trzeba, potrafili się w odpowiednim momencie walnąć czymś ciężkim w głowę.

Obraz, jak mniemam, znajomy; bo tak, tak i właśnie tak — to ma znacznie więcej sensu, niż to inne…