Ot, tak sobie dni płyną; książki przetłumaczone, poprawione, potraktowane najlepiej, jak potrafiłem, sprawy akademickie pchnięte do przodu o całe eony, więc… nudno. A jak tak nudno jest, to człowieka różne myśli nachodzą.

Nigdy nie wiem, czy powinienem „brudzić” ten blog czarną sadzą konkretu, szczególnie, gdy chodzi o konkret polityczny – ale, z drugiej strony, głównym celem, jaki sobie tutaj postawiłem, jest popularyzacja dystrybucjonizmu jako myśli politycznej: jasno, bez ogródek, i bez rozwadniania, a to bez konkretu politycznego raczej trudno zrobić, więc – no cóż; krótko mówiąc, będzie politycznie.

Oczywiście nie za bardzo, bo też bez przesady; po prostu chciałem zwrócić uwagę na setne już chyba przemówienie urzędującego premiera na temat „Konstytucji dla Biznesu” (i tak, z tego, co widzę, to naprawdę jest duże „B”), jakie to przełomowe, wspaniałe, świetne, wielkie, cudowne, potrzebne, jaki krok do przodu, jaka rakieta księżycowa, kosmiczna, jakaż moc dziejowa (jak moc parowozu) – no i, rzecz jasna, jakiż to impuls odrodzenia „patriotyzmu gospodarczego”, zarodek nowej harmonii, przedśpiew Wielkiej Zmiany, która zjednoczy Polskę w spójny organizm społeczny i otworzy drogę ku wiekom świetlanym. „Chciałbym, żeby symbolicznie dzisiejszy dzień był takim dniem przecięcia wstęgi przy budowie pomostu zaufania pomiędzy administracją publiczną szeroko rozumianą a światem przedsiębiorców. Moim prawdziwym, głębokim celem jest to, żeby zbudować równowagę, harmonię pomiędzy światem przedsiębiorców a administracją rządową”.

O, oto właśnie – to jest klucz do rzeczy. „Między światem przedsiębiorców a administracją rządową”. I niestety, trudno nie odnieść wrażenia, że obecne rozumienie patriotyzmu gospodarczego oscyluje wyłącznie między tymi dwoma biegunami, i nie przejmuje się właściwie niczym innym. Dwa są byty – Państwo (w sensie administracji oczywiście, bo jakim innym?) i Biznes; a reszta to szary międzyświat.

Ja się tam tym, co gadają obecnie politycy za bardzo nie przejmuję, bo i po co? Pisałem już tutaj (cytując Drzewca): „nie jestem po niczyjej stronie, bo nikt nie jest po mojej stronie”, ale patrząc do kupy wolę tak, niż inaczej, i cieszę się, że rolę premiera gra pan M., a nie kto inny, natomiast to jedno naprawdę zaczyna mnie martwić; bo do dzisiaj to patriotyzm właśnie stanowił główną, ostatnią być może, zaporę na drodze tryumfalnego pochodu neokapitalistycznego „biznesizmu”. Nie chodziło nawet o kwestie intelektualne, ale raczej o nastrój; o pieśni o ziemi ojczystej, kult heroizmu, podniosłą atmosferę, pamięć wielkich historii i wielkich ludzi – wszystkie te pradawne wartości i ideały, które średnio raczej komponują się z głupkowato lekką psychologią „Wilka z Wall Street”, dla którego nawet zwracanie się do ludzi na „pan/pani” jest zbyt poważne (niedawno postawili mi na środku wydziału tipi, grała muzyka i młode dziewczęta zagajały z ofertą roboty w pewnym banku „hej, słuchaj – masz chwilę”?; „lecz historię tę przywołuję tutaj wyłącznie po to, aby uświadomić ci, czytelniku, że u siebie znajdziesz równie interesujące rzeczy”). No ale wiadomo, jak to jest: „sól piłki nożnej, czyli gniotą, gniotą aż wgniotą”, i jak się okazuje, dwadzieścia pięć lat takiego gniecenia wystarczy, by kompletnie różne sprawy zaczęły się mieszać; i jeszcze doczekamy się Orła Białego ze świecącymi logo PWC, Deloitte’a czy Capgemini po bokach.

Oczywiście, ja nie mówię, że prowadzenie interesów to grzech, czy że przedsiębiorcy to diabły; biznes stanowi normalną część gospodarki kraju, ma swoje prawa i trzeba się z tym godzić, natomiast – jak mi się wydaje – „tu jest coś więcej, niż biznes”. I Europa wyrosła na innych tradycjach, niż ustawiczne nakręcanie się na „sukces międzynarodowy” (to też cytat z przemówienia), czy jakaś niepokojąca podnieta, że „Polacy się bogacą”, czy „Polacy chcą się bogacić”, o czym mówi się tak, jakby było nadejściem Milenium Chrystusa. „Każdy człowiek, jakim go Bóg stworzył”, pisał Gilbert w „Williamie Cobbecie”, „musi zarabiać pieniądze”. To oczywistość, i jak ktoś tego nie rozumie, to jest półgłówkiem. Niemniej pieniądze to również co innego – i znacznie straszniejszego: to „krew ubogich”, według genialnej intuicji Leona Bloy; i każdy dystrybucjonista wie, każdy „czuje całym sobą”, że pieniądze, które zarabiamy, „powinny być równie namacalne i prawdziwe, co zboże i owoce, które zastępują, że muszą one pozostawać w ścisłym związku z rzeczywistością, której są ledwie symbolem”; i tak też każdy z nas, jak William Cobbett, nasz wzór i prorok, czy chce czy nie chce zawsze ostatecznie „wypowiada straszną wojnę wszystkim owym nieuchwytnym i czasem wręcz zmyślonym zjawiskom, nakręcanym przez spiralę długów, udziałów, obietnic i procentów”, i odbierającym gospodarce smak i rzeczywistość; i toczy ją samotnie, często nie samemu o tym nie wiedząc. I to jest właśnie ten patriotyzm gospodarczy, o którym tyle się kiedyś mówiło (i który znalazł wyraz w pięknym ideale „Polski wolnych gospodarzy”), a który teraz wykorzystuje się – chciałbym wierzyć, że nie cynicznie – jako narzędzie postępującego wywłaszczenia, teraz już głównie w sensie mentalnościowym; to patriotyzm ziemi moich ojców, to pług czy pióro w moim ręku, to tradycja mojej rodziny i duma moich dzieci, rzeczy, których się nie sprzedaje, bo nie da się ich sprzedać – to gospodarka, która właśnie nie jest „biznesem”, ale faktycznie stanowi społeczną siłę kraju; i która stała się dla Europejczyka fundamentem, na którym mógł budować dalej – i prowadzić swój wielki eksperyment wolności, nieznający paraleli w całych dziejach świata.

I tak, istotnie; sądzę, że przedsiębiorcy to w tej perspektywie nie bożyszcza narodu, ale obywatele pośród obywateli; i że zadaniem dobrego polityka jest tutaj, jak zawsze, utrzymanie równowagi; i pamięć o wartościach wyższych. Natomiast jeśli pamięta się o tych wartościach tylko pozornie, i z rozmysłem używa jako maski dla interesów wielkiego kapitału (przy czym, zaznaczam, nie mówię, że tak jest w tym wypadku), to cóż; nie chcę nawet myśleć o tym, i zaczynam się bać. Bo „nie w duchu samo-usprawiedliwiającego się cynizmu czy też wulgarnej wymówki, że ‚biznes to biznes’, ale w mocy gromu, jakby z jakiejś ukrytej siedziby królów, wychodzi z winnicy Nabota jakiś straszny głos; głos tego typu ludzkiego z każdej epoki i każdego narodu: ‚Niech mi Bóg miłościw będzie, żebym ci nie dał dziedzictwa ojców moich!'”.

Straszny głos; „głos Boga na głowy złych”.