Jak by ktoś miał wątpliwość, czy dystrybucjonizm (w sensie przygotowawczym) naprawdę jest stary i naprawdę katolicki:

„Uboga stolarka w przysionku u Świętej Barbary z płaczem rozpowiadała o chorym mężu i nędzy swoich dziatek. Skarga wstępuje na ambonę i pod wpływem tego opowiadania, kreśli rozdzierające obrazy i zachęca słuchaczy do zawiązania bractw miłosierdzia i banków pobożnych; była to myśl, z jaką nosił się od czasów podróży Włoskiej. Na gorąco Skarga zamiary swoje przeprowadza do skutku. Zaraz w dzień kazania oświadczyło się z wszelką gotowością osób siedm (7 października 1584); za tym przykładem poszło wielu duchownych i świeckich; już 21 października zawiązało się bractwo, 25 obrało starszym x. Mikołaja Tarnowskiego kanonika Krakowskiego, a Skargę ojcem duchownym, 28 przepisało sobie statuta i urzędników wyznaczyło. Celem bractwa było wspieranie potajemnie ludzi ubogich, a mianowicie trapionych niemocą, co się żebrać wstydzili, albo nie mogli, a znikąd nie znajdowali pomocy. Oczywiście, były przy tem wszystkiem zobowiązania dla braci, do modlitw i pacierzy, były i nabożeństwa brackie, i składki postanowione, ale ilość ich zależała od możności każdego. Urzędników dla ładu wewnętrznego oznaczała wielu ustawa.

[…]

Kampan prowincjał Jezuicki, bawiąc w maju 1586 r. w Krakowie, prosił Skargę aby do swojego bractwa przydał bank pobożny, i sam na ten cel wniósł pierwszą ofiarę. Skreślono natychmiast ustawy, zebrano naprędce potrzebne fundusze. Celem banku było pożyczenie pieniędzy na zastaw ruchomości, bez procentu, ale na pewny czas, aby biednych ludzi zasłonić przed lichwiarzami. Skarga po kapłańsku nie chciał korzystać z niemożności cudzej na rzecz układu. Ztąd pomiędzy innemi i ten przepis, że jeśli fanty na sprzedaż się wystawią, co się weźmie za nie nad dług bractwa powrócić ma do właściciela. Trudno gdzie znaleźć więcej ludzkiej ustawy i pod innymi względami: ułatwienia wszelkie są dla dłużników; zakładowi o to jedynie idzie, aby żył i ztąd aby swego nic nie stracił; rozwijać ma się dalej nie zyskami, ale ofiarami, jak urosł. Bank pobożny przyczepił Skarga do bractwa, które myśl prowincjała pierwsze poparło, ztąd wszelkie rozprawy pomiędzy stronami i urzędnikami banku, bractwo wyrokiem swoim rozwiązywało”.

Te słowa, napisane przez Juliana Bartoszewicza (zapis jak w oryginale) około roku 1862 w formie przedmowy do nowego wtedy wydania „Żywotów świętych” ojca Piotra Skargi SI, zawierają zatem wszystkie podstawowe elementy o których od jakiegoś czasu zdarza mi się coś napomknąć.

Po pierwsze zatem, jest oddolna akcja zbiorowa, lokalna i skuteczna (nadzór centralny państwa niepotrzebny).

Po drugie, jest świadomość koniecznej dystrybucji własności pośród mas (oczywiście tylko doraźnie i ad hoc, ale rzeczywiście); wobec nadchodzących wielkimi krokami idei o „samoregulacji rynku” — inny wszechświat. Jest to również jawna manifestacja owego ducha solidarności, niezbędnego dla funkcjonowania wspólnoty politycznej prawdziwie chrześcijańskiej, co warto nieustannie podkreślać, zwłaszcza w polskim kontekście.

Po trzecie, jest świadomość, że gospodarka chrześcijańska musi wyrażać się we własnych instytucjach (tzw. „bank pobożny”), konkurencyjnych wobec „rynkowych” (jak wiadomo z Belloca, już wtedy rozpowszechniających się mocno po Europie).

Po czwarte i piąte zaś, jest tutaj pewna świadomość kluczowa (w dwóch wymiarach); świadomość, że do ekonomii należy wprowadzać elementy, jak to się teraz mówi, „społeczne” — i że w ogóle działalność społeczna nie kłóci się z apostolatem. To jest zresztą temat na osobny wpis; być może jeszcze wrócę do tego, by wykazać, że taka działalność nie tylko nie kłóci się z istotą apostolatu, ale wręcz do niej przynależy. Jakkolwiek by z tym jednak było, o. Skarga na pewno tak uważał.

No i cóż? Tylko się cieszyć, że mieliśmy w Polsce — już tak wczesnego (zwłaszcza z perspektywy rozwoju narodu) czasu — tak znakomite przykłady chrześcijańskiej działalności gospodarczej, realne zręby chrześcijańskiego życia społecznego. Tylko że — i o to chodzi — to naprawdę nie było w skali europejskiej wtedy novum; takie instytucje działały wszędzie i to z niemałym powodzeniem. Że ostatecznie przegrały z gospodarką właściwie czysto pogańską, to inna sprawa; na pewno jednak ich burzliwe losy dowodzą dwóch rzeczy:

  1. Że cywilizacja chrześcijańska nigdy nie istniała w Europie w stanie czystym, tylko współistniała z wieloma innymi tendencjami.
  2. Że dystrybucjonizm nie jest żadną utopią, tylko bardzo realnym postulatem, pragnącym odnowić w świecie Zachodu to, co w nim kiedyś istniało (słynna maksyma GKC z „The Outline of Sanity”: „What men once did, men can do again”) — oczywiście stosownie do nowych warunków, w których przyszło nam żyć; tyle że odnowa ta wymaga jednej mało przyjemnej rzeczy. Mianowicie — świadomego wysiłku.

I to jest właśnie problem dystrybucjonizmem — doraźny i zależny od naszych pożałowania godnych uwarunkowań; a nie idea.

Niemniej, dysponując takimi przykładami — na gruncie losów własnej Ojczyzny przecież — trudno nie żywić nadziei. Ora pro nobis!

Powyżej: no a cóż innego mogłoby być?