Pisałem już o tym trochę, ale chyba nie zaszkodzi jeszcze – bo w Polsce to z jakiegoś powodu rzecz bardzo ważna; i właściwie dziewięćdziesiąt procent dyskusji politycznych rozbija się o kwestię przynależności. Kim jesteś, gdzie stoisz: „lewactwo”, „prawactwo”? Rewolucja, kontrrewolucja? Kapitalizm, socjalizm? Konserwatyzm, liberalizm czy „lewicowo-liberalizm”? Określ się, wyraź, daj się jakoś złapać, i powiedz wreszcie – raz a dobrze – po czyjej ty jesteś stronie?

Otóż nie jestem po niczyjej stronie (mały orku), bo nikt nie jest po mojej stronie. Tak by to można podsumować. Ludzie kłócą się w Polsce i przepychają politycznie o przeróżne rzeczy, bardziej lub mniej realne, mniej lub bardziej wzniosłe, ale prawie zawsze drugorzędne; nie neguję sensowności podobnych zabiegów. Człowiek jest istotą wolną, i jak debatowanie nad różnymi rzeczami radość sprawia – proszę uprzejmie, będę ostatnim, który na to sarknie. Natomiast prawda jest taka, że wszystkie debaty ustrojowe o monarchiach, republikach, endecjach, wolnościach gospodarczych, kontrrewolucjach i katechonach i tak dalej psu na buty (no, pardon) się zdadzą jeśli zabraknie tego, co sprawiło, że polityka europejska w ogóle mogła wpłynąć na wody podobnych debat, i debaty owe prowadzić sensownie i realnie; to znaczy: pewnego typu człowieka, ukształtowanego pod wpływem tego, co Belloc ujął w znakomity skrót „doświadczenia i psychologicznych skutków posiadania”. Tyle. Europejczyk stał się politykiem,  bo najpierw był gospodarzem; i zaczął na poważnie rządzić państwem, bo rządził na swoim. A potem coś się stało („źle że coś się stało”), i cała ta wielka tradycja zaczęła umierać; a wszyscy „mądrzy i wykształceni” przechodzili nad tym do porządku dziennego, prawdopodobnie uznając – dokładnie tak jak dzisiaj – że „co to niby zmienia?”

Oto historia Europy naszej ery w pigułce; dystrybucjonizm bierze się dokładnie z tego, że się ją uznaje i próbuje się działać; cała reszta bierze się z tego, że się o niej zapomina. „Dystrybucjonizm i cała reszta” – brzmi poniekąd fantastyczne, trochę jak „my i świat”, ale to po prostu prawda, i można to stwierdzić na podstawie mnóstwa przykładów historycznych; ta sama opowieść powtarza się w wypadku nas wszystkich, raz za razem, bez ustanku. „Swój sekret zabrał ze sobą do grobu”, pisał Gilbert, „a jest on taki, że Cobbettowi naprawdę zależało na prostych Anglikach. Był konserwatystą, bo kochał ich przeszłość – i liberałem, bo troszczył się o ich przyszłość. A jednak – był także kimś znacznie więcej”. Do porównania z tą wielką postacią się oczywiście nie poczuwam, bo znam proporcją (mocium panie), ale co do podstawowej zasady wygląda to podobnie; i niewątpliwie wywiera bardzo charakterystyczny wpływ na orientację polityczną. Dystrybucjonista nie ma (obecnie) ideowych przyjaciół, ale miewa sojusze (trawestując Lorda Palmerstone’a), które zawiązuje właśnie w interesie „prostych Anglików”, czy – w naszym wypadku – prostych Polaków, czy ogólnie wszystkich prostych obywateli wolnych narodów. Jeśli prostym Polakom sprzyjają pewne rozwiązania socjalistyczne, to można je poprzeć; jeśli przypadkowo jest nam po drodze z jakimś nadętym pomyleńcem, utrzymującym, że głodujący robotnicy północy Anglii to była „ciemnota, która nie potrafiła pogodzić się z postępem techniki” (a niestety czasem się to zdarza), to w porządku, również; ale w każdym wypadku cel, kontekst i idea naczelna jest zupełnie inna, i nikt nie rozumie, o co tak naprawdę takiemu wściekłemu Cobbettowi chodzi. „Nobody cares about the forests anymore”.

A chodzi po prostu o to, żeby nie było prawicowo, ani lewicowo, ani nijak – tylko dobrze. A świat współczesny po prostu  nie rozumie, co to znaczy „dobrze”. Świat współczesny jest światem „obozów”, stronnictw, różnych grup, grupek i klubów; po tym się go poznaje. Dystrybucjonistę poznaje się po tym, że nie ma „obozu;” i, właśnie – nocuje po lasach; ale przynajmniej może pocieszyć się, że coś wie. A wie tyle, ile wiedział zawsze, w figurze swojego zacnego reprezentanta z początku wieku XIX: że to „nie od królów i republik, jakobinów czy antyjakobinów”, ale od wielkiego kapitału, wielkiej produkcji, wielkich finansów i wielkiej maszyny, chciwości, łajdactwa, i zimnej pogardy dla słabszych „nadejdzie (i nadeszła) zguba i ucisk czasów przyszłych”; i teraźniejszych; i przeszłych.

I jest to dla współczesnych wielka tajemnica; i my możemy tylko patrzeć smutno, jak reszta polityków „kręci się i skacze” wokół nas, jak w wizji Chestertona, niczym fakirzy tańczący wokół świętej skały; tańcząc, niestety, na swym własnym grobie.

Oczywiście, taka sytuacja – mówiąc ogólnie – nie ułatwia, co wynika też w znacznej mierze ze specyfiki świata współczesnego. Cobbett miał swój „two-penny trash”, był poczytny, popularny, ludzie go kochali, bo stali po jego stronie (choć nie wiedzieli czemu, i on sam zresztą nie wiedział). Obecnie jest sporo gorzej, i my nie mamy – mówiąc wprost – praktycznie nic; a gdybyśmy mogli mieć, na pewno nie byłby to „two-penny trash”, który każdy może kupić – i który ludzie chcieliby kupować. Kapitalizm, tryumfując cały wiek dziewiętnasty, ale jednak bez ustanku w odwrocie (bo przecież wszędzie byli i są socjaliści, i tylko dlatego nigdy nie było i nie jest na świecie cudownie) wypaczył nie tylko ludzi, ale i gazety, edukację, stosunek do siebie i całe mnóstwo innych rzeczy; i to już nie te czasy, gdy można było niemal wywołać zamieszki w Manchesterze domagając się, aby ludzie mogli wychowywać własne dzieci, piec własny chleb, zbudować własny dom, i kształtować swoje życie, i trzeba to określenie naprawdę dobrze rozumieć, własnymi rękoma.

I to jest, właśnie, najlepsze podsumowanie tej historii; i najlepszy dowód na to, że polityczna diagnoza dystrybucjonizmu jest po prostu słuszna. Więc powtórzę może, na koniec, żeby nie było niejasności: można napisać tysiące mądrych książek, agitować tysiąc lat i zainicjować tysiąc inicjatyw politycznych w imię jakiegoś ideału; ale nie zda się to absolutnie na nic, jeśli nie trafi na podatny grunt.  tym gruntem może być, co samo w sobie stanowi – co zauważał Gilbert – piękną metaforę, tylko ktoś, kto odciska piętno swojego istnienia na obliczu świata, wie co to znaczy i umie to robić; człowiek aktywny; wolny; z poczuciem godności i sensu istnienia; Europejczyk – w sensie duchowym, a nie geograficznym.

A cała reszta, to jest bicie piany, albo realizacja cudzych, i ciemnych, interesów; i choć wszystko rozumiem, bo miły chłopak jestem, mnie osobiście szkoda byłoby na to czasu. „Jak byś ty umiał taką bryjkę warzyć, to być nie musiał przed panami karu giąć”. PAX.