No i cóż; skoro zacząłem iść pewną drogą, to może pójdę nią dalej; co mnie (dziś) martwi w Polsce, szczególnie po stronie „prawej”, tj. patriotycznej?

Gdybym miał ująć to w jedno słowo, powiedziałbym: antysystemowość; czy może lepiej – kontestacja. Niemniej, kontestacja specyficznie ujęta – i tak też, jak zawsze, należy to dobrze rozumieć.

O co chodzi? Niewątpliwie, jak zgodzi się każdy, kto ma choć trochę oleju w głowie, prawica polska (zgódźmy się chwilowo na tę bzdurną dychotomię) jest z natury swej kontestacyjna, tj. wyrasta z buntu przeciwko temu, jaki kształt przyjęło życie publiczne Polski po roku 1989, który to kształt ogólnie nazywa się w naszej debacie narodowej „III RP”. Jest to czynnik niemałej wagi, bo zupełnie szczególny. Wszystkie środowiska, zróżnicowane jak one są (do których, na ile mi doświadczenie podpowiada, zainteresowanie Chestertonem w Polsce póki co przynajmniej się ogranicza), środowiska od nacjonalistów, przez monarchistów, „PRL prawicę” (itd.) po libertarian (chyba? nie wiem, jak to się teraz multiplikuje), z korwinizmem w roli „centrum emanacyjnego” zresztą, kłócą się, zwalczają, bezustannie dzielą i różniczkują, niemniej to właśnie, ta jedna, jedyna rzecz pod słońcem, je łączy; wszystkie bez wyjątku potępiają ogólny kierunek przemian społecznych Polski, a także en bloc cały establishment, w który przemiany te wprowadziły nas w kontekście międzynarodowym, z Unią Europejską (oczywiście) i NATO (w ten lub inny sposób przynajmniej) na czele. Wszystko to stanowi kierunek fałszywy, wszystko to trucizna społeczna, narzędzie „nowej rewolucji”, która Polskę zniewala, wynaradawia, dzieli – i, słowem, wszystko to trzeba odkręcić i odrzucić w imię „zmiany systemowej” (niezależnie, jak się ją szczegółowo ujmuje). Tak to przedstawia się w przekazie popularnym, i w imię tego organizuje różne partie, stowarzyszenia, demonstracje, marsze, wydawnictwa i tym podobne rzeczy, pozwalające w krótszej lub dłuższej perspektywie oddziaływać na opinię publiczną.

I tak; muszę przyznać, że od pewnego czasu (czyli od kiedy nabrałem dość dystansu i – skąpego wciąż, ale już nie aż tak – doświadczenia), wszystko to zaczęło mnie cokolwiek zadziwiać.

Nie wiem, być może za dużo naczytałem się w liceum Jaspersa, niestrudzenie udowadniającego, że Kierkegaardowi i Nietzschemu chodziło zasadniczo o to samo (czyli przeżyciowe dotarcie do egzystencji i Transcendencji), ale mnie zawsze wydawało się, że tego typu sprzeciwy i kontestacje pozostają zasadniczo na poziomie bardziej powierzchownym. Przykładowo: jest w Polsce sporo środowisk, kontestujących Rewolucję Francuską, demokrację, republikanizm i pojęcie praw człowieka. Można tę kontestację, w moim odczuciu, rozumieć dwojako. Po pierwsze zatem, w sposób mniej oczywisty, który mnie wszakże wydaje się znacznie bardziej oczywisty, czyli paradoksalnie; kontestujemy (i proszę zważyć, że ja to mówię czysto hipotetycznie, bo jak to wygląda u mnie obecnie, to inna sprawa) pewne ujecie pewnych spraw, pewne konkretne formuły wyrazu, pewne formy działania, pojęcia, kontekst i nastrój – żeby tym lepiej oddać sprawiedliwość rzeczom, które te pojęcia, formy, formuły, kontekst i nastrój, pod pozorami hołdu i pielęgnacji, tak naprawdę duszą i zafałszowują. Prawa człowieka akurat zawsze stanowiły dla mnie przykład najbardziej oczywisty. Jeśli zatem krytykujemy, czy kontestujemy, „prawa człowieka” – takie, jak zostały one ujęte i przetworzone przez pewną tradycję intelektualną od Rewolucji Francuskiej aż do dzisiaj – to nie dlatego, jakobyśmy negowali rzeczywistość, jaką ujmuje się pod tym konkretnym terminem „prawa człowieka”, ale tylko sposób, w jaki się je ujmuje, choćby dlatego, że – nie wiem, tu jest dowolność – uznajemy, że są bzdurnie uzasadnione, że są antykościelne, że ideologiczne, czy że splatają się z błędną koncepcją natury ludzkiej (konkretnie russowską), która wypacza całe ujęcie problemu; no i, czy może przede wszystkim, dlatego, że sądzimy, że my właśnie ujmiemy tę rzeczywistość lepiej. Jeśli krytykujemy, na przykład, pojęcie „wolności słowa” to nie dlatego, że negujemy wolność słowa w sensie rzeczowym, ale dlatego, że obecne pojęcie „wolności słowa” wcale nie oznacza rzeczywistej wolności słowa, która lepiej realizowała się, powiedzmy, za pośrednictwem tradycji scholastycznej; jeśli kontestujemy „wolność polityczną” to nie dlatego, jakobyśmy nie chcieli wolności politycznej, ale tylko dlatego, że w starym systemie, w monarchii organicznej choćby, wolność ta realizowała się pełniej, lepiej, i w sposób bardziej ludzki, a obecnie to ledwie wydmuszka i pozór. Jak powiadam, ja to tak zawsze rozumiałem, i tak zawsze rozumiałem grupy kontestacyjne, kiedy jeszcze zachowywałem z nimi pewną intelektualno-moralną styczność.

Natomiast można ten sprzeciw rozumieć inaczej, to znaczy: zupełnie dosłownie. Po prostu tak: że jeśli sprzeciwiamy się wolności politycznej, wolności sumienia, wolności religii, wolności słowa, demokracji, republice, emancypacji i paru innym postulatom politycznym, to dokładnie dlatego, że sprzeciwiamy się wolności politycznej, wolności sumienia, wolności religii, wolności słowa, demokracji, republice, emancypacji i paru innym postulatom politycznym; bo są zdegenerowane, głupie i bezbożne, i trzeba je jak najszybciej usunąć, aby nareszcie społeczeństwo funkcjonowało „tak, jak trzeba”, czy w zgodzie z „odwiecznym porządkiem świata”.

I cóż rzec; w pewnym momencie, obserwując, czytając i wyciągając wnioski, zorientowałem się, że tym grupom chodzi dokładnie i po prostu o sens drugi. Że one faktycznie nie uznają, że coś takiego jak „prawa człowieka” (czy raczej pewne wymagania moralne, które kryją się pod tym pojęciem) w ogóle istnieje – i chcą organizować państwo kompletnie nie biorąc ich pod uwagę; że nie chcą demokracji, republiki, emancypacji – nie takich, jakie oferuje nam współczesny establishment, ale jasno i ogólnie; po prostu ich nie chcą.

Szczerze powiedziawszy, ja tego stanowiska kompletnie nie rozumiem; jakby nie spojrzeć, we współczesnym świecie jest sporo różnych udogodnień, których dawniej nie było, sporo dobrych elementów, o których wiele pokoleń ludzkości nawet by nie pomyślało, a które czynią, czy przynajmniej mogą czynić, życie bardziej ludzkim, piękniejszym, pełniejszym – lepszym po prostu. To dobrze, na przykład, że mamy system, w którym nominalnie przynajmniej przyjmuje się, że pewne rzeczy należą nam się (od społeczeństwa) po prostu dlatego, że jesteśmy ludźmi; że mamy wolność polityczną, dzięki której ludzie różnych poglądów mogą znaleźć dla siebie miejsce w przestrzeni publicznej; dobrze, że mamy wolność religii, dzięki której nie mordujemy się już wzajemnie, i nie rwiemy obcęgami, w imię Chrystusa Króla; i to dobrze, że mamy wolność słowa, dzięki której istnieje możliwość protestu społecznego, swoboda badań, swoboda lektury, swoboda samorozwoju, i dzięki której – by ująć rzecz najbardziej błaho, jak się tylko da – jeśli tylko nie nawołujemy do zniszczenia ładu demokratycznego możemy wypisywać sobie na blogach najróżniejsze bzdury, czego jestem akurat całkiem niezłym przykładem. To jest dorobek i wartość, którą każdy przy zdrowych zmysłach musi doceniać. To, co nie jest dorobkiem i wartością, to ta nieprawdopodobna pustota i płaskość, która się ostatnio do nich przyczepiła; to jest problem. Ale nie rzecz sama w sobie. Jak to ujął Maritain w „Wieśniaku znad Garonny”: wolność religijna to nie wolność wierzenia w to lub tamto w zależności od kaprysu czy nastroju; wolność słowa to nie wolność wypisywania kompletnych bredni bez żadnej odpowiedzialności, wolność lżenia się nawzajem i pogardzania merytoryką i autorytetem. Tutaj jest spora trudność – i ogromne pole do kontestacji. Wokół tego zresztą, zauważmy, obracała się w znacznej mierze twórczość Chestertona, i całe – w zasadzie – dzieło jego życia. By przypomnieć tutaj ten słynny passus z „Heretyków”, który z jakiegoś powodu wywołał w Polsce tyle zamieszania (proporcjonalnie mówiąc), a którego przekaz jest jasny i oczywisty. Nigdy nie napisał Gilbert niczego, co by sugerowało, że heretyków trzeba palić na stosach – na miłość Boską – nie ma w tej książce nic, jednego zdania, jednego słowa, które sugerowałoby podobną okropność; jest natomiast jedno stwierdzenie: „Głupotą, ogólnie mówiąc, jest by jeden filozof podpalał drugiego filozofa na Smithfield Market tylko dlatego, że nie zgadza się z jego teorią wszechświata. W schyłkowym, dekadenckim okresie wieków średnich czyniono to bardzo często, i skutki były żadne. Natomiast jest przynajmniej jedna rzecz nieskończenie głupsza i bardziej absurdalna, niż palenie ludzi na stosie za ich filozofię – twierdzić, że filozofia nie ma znaczenia”. Tyle. Cała ta książka, i wiele, wiele późniejszych obraca się wokół tej jednej, zdroworozsądkowej i klarownej tezy, którą z jakiegoś powodu ludzie obwołali wielkim paradoksem. Jeśli ze współczesną koncepcją wolności słowa czy religii jest jakiś problem, to polega on tylko na tym, że kompletnie te pojęcia zafałszowaliśmy; wolność religii polega na zupełnej irreligijności; wolność słowa na tym, że nikt nie ma niczego interesującego do powiedzenia; wolność polityczna – na tym, że nikt na serio nie proponuje postaw prawdziwie politycznych, i nikt nie interesuje się losem własnego państwa. Wyszliśmy z założenia, że człowiek jest istotą twórczą, duchową, poszukującą, pełną energii i pragnienia prawdy, zgodziliśmy się na to, i ustanowiliśmy w relacji do tego stanu rzeczy odpowiednie prawa; by teraz każdemu, kto naprawdę w coś wierzy, naprawdę poszukuje i naprawdę tworzy, przypinać łatkę wariata i debilnie wyśmiewać.

To jest, oczywiście, tylko jeden aspekt szerszego zamieszania, o którym staram się tutaj opowiedzieć; w Polsce na tym sprawa się nie kończy, a chyba i nawet nie zaczyna, i powodów do kontestacji znajdzie się sporo, sporo więcej – bo czy prawa człowieka są u nas faktycznie powszechnie akceptowane, nawet hipokrytycznie, można powątpiewać (i rzecz jasna nie mam bynajmniej na myśli kwestii administracyjno-legislacyjnych, tylko rzeczy poniekąd nieco głębsze). Tak na przykład, kto chce, może ponarzekać sobie, że nauka polska jest konfesyjna, czy że debata publiczna zideologizowana i kontrolowana przez dwa plemiona, dysponujące sporymi funduszami i rozdające karty, że ukręca się łby zdolniejszym, pogardza słabszymi, że czci się pieniądz i nagą siłę – tematów znajdzie się na pęczki. Natomiast nikt, powtarzam, nikt przy zdrowych zmysłach nie może, moim zdaniem, na serio, rzeczowo i po prostu potępiać w czambuł ładu współczesnej Europy, jej humanitaryzmu, pokoju, bezpieczeństwa i pewnych pojęć, które sobie wykształciła – o ile patrzy się na rzeczy, a nie na słowa, które te rzeczy oznaczają.

Kontestacja niewątpliwie jest zajęciem bardzo przyjemnym, a i też bardzo łatwym (z jakiegoś powodu zawsze lepszą prasę ma ten, który nie zdobył władzy), i często może człowieka w związku z tym nieco ponieść; natomiast nawet w najprzyjemniejszych rozrywkach warto zachować przynajmniej trochę zdrowego rozsądku.

Oczywiście, można powiedzieć, że problem ten dotyczy tylko politycznego planktonu; środowisk, które nigdy nie wyskoczą en bloc ponad (maksymalnie) 4% w wyborach. Po co zatem zajmować sobie głowę i przejmować się drobnostkami? A jednak, mnie wydaje się, że to nie taka drobnostka; bo jednak środowiska te, choć politycznie po prostu nie zaistnieją, mają jedną właściwość, której brakuje tzw. establishmentowi.

Formują; przemawiają do zwykłych ludzi, i uaktywniają ich politycznie; i nawet jeśli ci ludzie – jak to ludzie, na szczęście – czują potem, że coś nie gra, i jednak idą głosować na co innego, ten źródłowy, niepowtarzalny moment autentycznego przebudzenia zostawia trwałe ślady, które już zawsze potem, albo prawie zawsze, towarzyszą takiemu człowiekowi na jego życiowej drodze.

Kto się nie zgadza, może zawsze wyjrzeć przez okno, i jednak trochę posłuchać; a tak przypominam tylko, że pewne rzeczy nieco łatwiej zniszczyć, niż odbudować. I że jeszcze trzydzieści lat temu to, co nam się wydaje takie oczywiste, takie oczywiste wcale nie było.