Nie wiem; „rymy to jest ruchawka, jak przychodzą, tak się je bierze”, napisał Norwid. Mam wrażenie, że z tematami blogowymi wygląda to podobnie, więc skoro akurat się napatoczył, to przyjmuję wielkodusznie i sprawę rozwijam. Dziś, po raz kolejny zatem tutaj (i nie bez pewnej analogii z ostatnim wpisem o stosunku liberalizmu i katolicyzmu, który to problem muszę jeszcze porozwijać) o lewicy i prawicy, to znaczy: o co dokładnie z tym chodzi, i „z kogo” tak naprawdę był Gilbert?

Wielu to niepokoi; ja już mam te analizy sprzeczne skądinąd za sobą, niemniej istotnie oglądanie, jak z jednej strony bierze się Chestertona na idola konserwatywnego liberalizmu, atakującego wściekle „tyranię państwa”, a z drugiej za „pobożnego socjalistę” i dywersanta w szeregach prawdziwej prawicy, stanowiło doświadczenie faktycznie godne pamięci, tak też pozostaje ze mną nawet teraz, gdy już od niego uciekłem. Trudno, aby bezstronny obserwator patrzył na te spory bez pewnego niejasnego poczucia konfuzji. „NIE!” wołają jedni, „to nie jest prawica!” „Ależ tak, tak!”odkrzykują drudzy, „to jest prawica, to wy nie jesteście prawica!” „Ależ nie! To WY nie jesteście prawica!” Na straganie w dzień targowy takie słyszy się rozmowy – szkoda tylko, że „stragan” w tym wypadku to polska debata publiczna, dzień targowy to chyba wieczność, a podobnie niekonkretne przepychanki uskuteczniają nieraz ludzie naprawdę inteligentni, od których oczekiwałoby się raczej wyjaśniania sporów, niż ich gmatwania. Oczywiście, wszystko można zrzucić na niejasności pojęciowe; na to, po prostu, że różni ludzie bez ładu i składu podtykają pod pojęcie „prawicy” co tylko im się umyśli, i potem tłuką tym dowolnym agregatem w oponentów jak pałką, bo nie obchodzi ich porozumienie, tylko osobiste zwycięstwo (i, zapewne w wielu wypadkach, osobista popularność). A jednak ciężko uwierzyć, by coś, co angażuje tak wielu intelektualistów, i znajduje równie mocne umocowanie w podstawie teoretycznej (mówimy przecież nie o bagatelkach, a o całej wielkiej historii politycznej Zachodu) nie dawało się mimo wszystko sprowadzić do pewnej jedności (rzecz jasna ledwie jedności porządku); i rzeczywiście, daje się, tylko trzeba trochę posiedzieć. Jacques Maritain, w swoim słynnym Liście o niezależności, którym zrywał ostatecznie z Akcją Francuską i bronił prawa filozofa do braku bezpośredniego zaangażowania w spory partyjne (czego pewne środowisko nie może mu wybaczyć do dziś, bo pewien typ katolika nigdy nie wybacza – co tłumaczy przedziwne skądinąd farmazony, jakie się o tym wielkim człowieku dzisiaj wypisuje) ujmował sprawę tak: że wszystkie nieporozumienia biorą się, w sensie fundamentalnym, z niezrozumienia, że terminy prawica-lewica mają dwa, a nie jedno, znaczenia źródłowe: jedno polityczne (ściślejsze acz wtórne) i drugie, temperamentalne względnie osobowościowe (mniej ścisłe, lecz materialnie pierwotne). W temperamentalnym, chodzi zatem o pewne osobiste ustosunkowanie się do status quo, a także do praktycznych aspektów zmiany. Lewicowiec „w sercu”, to człowiek, który skupia się przede wszystkim na życiu wewnętrznym i abstrakcyjnym rozumowaniu, w związku z czym bezustannie  porównuje zastaną rzeczywistość z ideałami, które wydają się mu słuszne – i pragnie ją zmieniać, tak, by stawała się ona z nimi coraz bardziej zgodna; kwestionowanie – oto podstawowy impuls moralny lewicy. Niebezpieczeństwo podobnego ruchu tkwi w tym, że potencjalnie może iść w nieskończoność, kwestionując wszystko, podważając wszelkie rozwiązania, i ostatecznie nie pozwalając zestalić się żadnemu porządkowi, co czyni życie ludzkie zwyczajnie niemożliwym; maksymę skrajną tego typu odczuwania stanowią słowa Jana Jakuba Rousseau (którego nie znosił jak mało kogo, skądinąd trochę przesadnie): „Dobre jest tylko to, nie istnieje”. Prawicowiec zaś, to – rzecz jasna – po prostu dokładna odwrotność; to typ człowieka, który potrafi odnajdywać się w każdych warunkach, choćby i bardzo niedoskonałych, ceni spokój, stabilność, obawia się chaosu – w związku z czym jego impulsy moralne idą w kierunku tzw. „konserwowania”, „zachowywania” tego, w czym się urodził i w czym nauczył się żyć. Tutaj niebezpieczeństwo polega oczywiście na wytworzeniu w sobie takiej nienawiści do wszelkich nowych pomysłów, do wszystkiego, co choćby w najmniejszym stopniu kwestionowałoby porządek zastany, która skutkowałaby blokowaniem wszelkich tendencji do zmiany (w warunkach ludzkich do pewnego stopnia zawsze naturalnych) – i to blokowaniem ich nieraz z użyciem brutalnej siły, przy całkowitej bezwzględności, pod pretekstem, że waga sprawy suponuje zawieszenie kategorii etycznych (stąd najbardziej „formalnym” wyrazem tej postawy pozostaje słynny epigram Goethego: „niesprawiedliwość jest lepsza od nieładu”). Poglądy lewicowe i prawicowe, to zaś ledwie swego rodzaju intelektualna „sublimacja” tych podstawowych struktur psychologicznych: prawicowe są te systemy, które dążą do zachowania status quo – lewicowe to te, które próbują go podważyć. I właściwie tyle; reszta różnicuje się w zależności od punktu widzenia, stąd też są różne prawice i różne lewice dla różnych krajów, a nawet – partia lewicowa z jednego punktu widzenia może być prawicowa z drugiego i odwrotnie. Wszystko zależy od tego, czy jasno sformułuje się przedzałożenia.

Jak w takiej optyce należy określić położenie Chestertona? Z perspektywy poglądowej, jeśli za punkt wyjścia przyjmiemy rolniczo-dystrybutywną formę społeczeństwa angielskiego, jaką zyskała ona mniej-więcej w wiekach średnich (co wydaje się zasadne, bo to jest jednak to, co się wtedy zmieniało, oczywiście w sensie formalnym), powiedzieć należy, że Gilbert był nie tyle konserwatystą, co ultrakonserwatystą; sprzeciwiał się każdej zmianie, krytykował niemal każdą reformę, nawet takie, które dziś uznaje się powszechnie za modele politycznej roztropności i wielki krok do przodu, jak choćby ustawy o ochronie dzieci z roku 1908, wszelkie ustawy municypalne, dążące do modernizacji kraju i czuwające nad utrzymaniem „narodowego minimum” skuteczności, higieny czy produkcji, przymus ubezpieczeniowy czy legislację wprowadzającą obowiązek troszczenia się przez pracodawcę także o zdrowie i warunki domowe pracowników. Wszystko dlatego, że – choć pozornie szlachetne – prowadziły one według niego do rozkładu starych struktur społecznych, opartych na nawykach i usposobieniu człowieka wolnego, gospodarza, rzemieślnika, niezależnego kupca. Natomiast jeśli chodzi o osobowość, sprawa przedstawia się zgoła inaczej; i istotnie, trudno wyobrazić sobie człowieka bardziej „lewicowego” w sercu, niż właśnie Gilbert. Fascynowała go zmiana, sam ruch zmiany jako takiej – dlatego też uwielbiał wszelkiego rodzaju przewroty i rewolucje, o których sporo czytał, i które kontemplował z niemal literacką przyjemnością (trudno zbyt często przywoływać ów słynny cytat z jego publicystyki, w którym stwierdza, że sam fakt rewolucji 1905-07 powinien radować zdrowego człowieka; „Rewolucja zawsze objawia coś boskiego w człowieku – oto wszystko czynię nowe”). Płonął w nim ogień ideału i pragnienia sprawiedliwości, miał głęboką świadomość obowiązku walki o prawa najsłabszych, „wykluczonych” (jak byśmy dzisiaj powiedzieli), zepchniętych na margines, wyszydzanych i z wysokości katedr nowoczesnych uniwersytetów etykietowanych poniżającym mianem „niezdatnych”, „nieprzystosowanych”, „słabych”, „niepotrzebnych”; porywała go wizja walki uciskanych przeciw wyzyskiwaczom, narodów przeciw imperiom, dawał się czasem ponieść wizjonerstwu, ze względu na co do dziś (niesłusznie) wielu oskarża go o utopizm i oderwanie od realiów. Taki był – i tak działał; i z tego też względu, paradoksalnie, przychylnie odnosił się do socjalistów, zwłaszcza młodych, w których widział krótkowzrocznych, lecz szczerych idealistów, autentycznie pragnących zmienić społeczeństwo na lepsze (warto rzucić okiem w tej materii na opowiadanie o przygodach księdza Browna pt. „The Flying Stars”); dlatego też z sympatią odnosił się do polityków Partii Pracy, zwłaszcza w pierwszym okresie jej działalności, zanim jeszcze Ramsay MacDonald poukładał się z establishmentem i jako premier rządu narodowego ocalił, według Gilberta, w Anglii ustrój kapitalistyczny; i dlatego też był w stanie zgodzić się na reformy socjalistyczne jako alternatywę dla reform społecznych rządów liberalnych, które uważał za fasadę i betonowanie oligarchii (jak pisał w Autobiografii: „W młodości byłem skłonny pozwolić panu Webbowi [jednemu z twórców Ligi Fabiańskiej] zadbać o biednych, skoro nikt inny nie chciał o nich zadbać”). W swojej ciekawej rozprawce o Bellocu Victor Feske, badacz amerykański, sugeruje, że było to zresztą przyczyną pewnych tarć między przyjaciółmi, bo pan B., z usposobienia kompletnie inny, nie podzielał tutaj w żadnym wypadku opinii Gilberta, z wiekiem wpadając w coraz większe antylewicowe zacietrzewienie (s. 36) – no i też pewnie dlatego w latach 30 XX wieku relacje wewnętrzne Chesterbelloca znacząco osłabły (ku wielkiej uciesze pana Shawa, zapewne, który zawsze uważał, że Belloc wywierał na swojego towarzysza zły wpływ), jednak w wypadku Chestertona (samego, bezbelloca) zmieniło to stosunkowo niewiele (choć można przypuszczać, że miało niejaki wpływ na ogólne zniechęcenie do spraw politycznych, w które popadał z wiekiem — istnieje powód, dla którego najlepsze jego książki z tego okresu to „Chaucer”, „Św. Tomasz z Akwinu” i „Autobiografia”) – po prostu; taki był, i inny być nie chciał.

Teraz zapewne moglibyśmy postawić dość interesujące pytanie: jak się to wszystko łączy? I przede wszystkim: czy się łączy – czy podobne kombinacje w ogóle są możliwe? Łączy się, bez wątpienia, i to ze skutkiem moim zdaniem dosyć szczególnym, niemniej nie będę tutaj o tym pisał, bo wpis jak zwykle już jest trochę za długi; pozostaje zatem temat do osobistych medytacji, rzecz zawsze wskazanej i owocnej, plus pewien dylemat, mogący jak mniemam zapewnić inteligencji całkiem przyjemne chwile: bo co liczy się w polityce bardziej – wnętrze czy zewnętrze, wspólnota środków czy wspólnota celów, podobieństwa moralne, czy techniczne: i co to właściwie znaczy „podobieństwo moralne” w wypadku skomplikowanego, pluralistycznego świata, opartego na wieloideowości? Mnie tego nikt nie wyjaśnił, a cokolwiek dobrze byłoby poznać odpowiedź, natomiast na pewno  wchodzimy tutaj w gąszcz problemów, które naprawdę wymagają inteligentnego namysłu – i których nie rozwiąże łopatologiczne „klepanie” opozycjami binarnymi, dającymi poczucie pewności i wyższości co prymitywniejszym umysłom. Pytamy co robić w przyszłości – i jak sądzić to, co w przeszłości robili inni; z moralnego punktu widzenia to jest, pardon za banał, niezmiernie poważna sprawa. Warto więc zabrać się do niej poważnie, do czego też trzeba zachęcać wszystkich, a szczególnie siebie – a Gilbert niech nam towarzyszy. PAX.