Wiem, że dobrze byłoby coś zmienić, bo strona jest głównie od tłumaczenia, ale niestety: straciłem na weekend dostęp do komputera, na którym mam zapisane wszystkie teksty, więc póki co znowu będzie mała wprawka na tematy rozmaite; na szczęście – moja prawa ręka i głowa wracają do mnie już dziś wieczorem, więc będzie też nowy Belloc, oczekujący na ostatnie szlify.

Póki co: coś, co mnie boli.

Zauważyłem już (i obserwuję od pewnego czasu), że gdy rozmawiam o sprawach politycznych ze starszym pokoleniem, to w przedziwny zupełnie sposób nie umiem się z nim porozumieć. To jest po prostu jakiś koszmar, i naprawdę idzie od tego zwariować. Jeśli tylko zejdzie się na tematy bardziej teoretyczne, wygłosi najostrożniejszy nawet sąd na temat tego, że ze społeczeństwem jest coś nie tak, zaproponuje – choćby najbardziej niezobowiązująco – konkretniejszy nieco kierunek zmian, zawsze (bez żadnego, ŻADNEGO wyjątku) zaczyna się upupianie.

„Pan jest jeszcze młody, pan to nie wie, pan się nauczy; pan tak wszystko podważa, tak wszystko krytykuje. Ale jak to, jak to? Tak panu źle? Nie ma pan co jeść? Nie ma pan pracy? (no nie bardzo) A, ale to będzie, będzie – takie niskie bezrobocie teraz. Wie pan, ja to się wychowywałem w komunie, w reżimie, ja to poznałem życie – jak by pan poznał, to by inaczej zaraz pan na to patrzył. A w ogóle trzeba było iść na inne studia”.

I tak sobie można. Warto przyjrzeć się, przy okazji, dokładniej strukturze tych „argumentów” (które stanowią naprawdę skróty autentycznych wypowiedzi, które skrzętnie zbieram i noszę w serduszku). I tak nie wiem, na przykład, co sobie trzeba zrobić w głowę, żeby odpowiedzialność za przewidywanie rozwoju rynku pracy pięć lat do przodu zrzucać na osiemnastolatków; albo żeby mitologizować się etatowo na wielkiego bohatera „Solidarności”, nawet jeśli nic się z nią nie miało wspólnego. Przecież to wprost nieprzyzwoite. I ciekawe, że są ludzie, którzy potrafią przyznać pewne rzeczy otwarcie, i powiedzieć, jak moja babcia, że ponieważ żyli z dala od spraw politycznych, to nigdy nie doświadczyli ze strony władzy czy milicji żadnych nieprzyjemności („wiesz, dziecko, ja naprawdę nigdy bym nie przypuszczała, że to tak wyglądało”). To są jednak wszystko dygresja i rzeczy, w sumie, drugorzędne (bo pewien margines głupoty w życiu społecznym zawsze trzeba zakładać). Największym problemem jest właśnie ta obrzydliwa, niemożliwa do zniesienia miałkość, ta bezideowość, to lenistwo intelektualne, które każdy większy projekt zbywa hasełkiem, że „pan jest jeszcze młody” i że przecież „to niemożliwe, niemożliwe, nie-nie-nie-nie-nie-nie”. Niczego nie ruszać, o niczym nie myśleć, niczego nie planować i nie proponować, nie wkładać choćby krztyny wysiłku w sprawy społeczne, bo wszystko toczy się i tak swoim torem, i „będzie jak zawsze było, czyli tak, jak będzie”. I cokolwiek się dzieje, człowiek stoi przed tym bezradny, no bo przecież „chciałbym, ale cóż tu można poradzić?”

Ot, scheda po „demokratyzacji ludowej”…

Można by się z tego nawet śmiać, gdyby nie to, że sporo ludzi doświadcza teraz przez to osobistych nieprzyjemności; i gdyby historia nie dostarczała skądinąd ponurych przykładów, co z takiego nastawienia może wyniknąć (niezależnie od jego genezy, bo ta może być bardzo różna). Chesterton znał to aż za dobrze; i nieprzypadkowo na przykład w „Epoce wiktoriańskiej w literaturze” (która kiedyś na pewno u nas będzie) napisał, że największą tragedią polityki angielskiej stała się w wieku XIX awersja do idealizmu. Po doświadczeniach Rewolucji Francuskiej, klasy posiadające w geście samoobrony zdecydowały się blokować jakiekolwiek bardziej radykalne ruchy zmian, i wyniosły kompromis do rangi najwyższego ideału politycznego; co równało się po prostu zniesieniu ideałów. Największą cnotą stało się unikanie trudnych tematów, przemilczanie realnych problemów, porzucenie – jak to się dzisiaj idiotycznie mówi – „wielkich narracji” i mocnych przekonań (z żywym chrześcijaństwem  na czele), dogmatyczna wiara w „konieczne działanie praw ekonomii”, wobec którego „nic się przecież nie da zrobić”, a przede wszystkim: nieustanne podkreślanie „sukcesu” i „szczęścia” tej dalekowzrocznej i ostrożnej polityki. Było, oczywiście, mnóstwo ludzi nieco mądrzejszych, którzy tego bagna nie cierpieli i z całych sił starali się je osuszyć, każdy na swój sposób; którzy widzieli, jak to angielskie „szczęście” wygląda w praktyce. Był Cobbett, Newman, Carlyle, Ruskin, wreszcie (i przede wszystkim) Dickens; ci, którzy dostrzegli jakie bogactwo „przyrastało naturalnie” w zaułkach febrycznych Londynu i jakie prawa „działały nieomylnie na Bleeding Heart Yard”, w smrodzie, ubóstwie, patologii społecznej, wśród chorób i przemocy, w środowisku osób sprowadzonych do poziomu dzikich psów na śmietnisku. To już nareszcie nie były wcale kwestie dogmatów i poglądów; tylko realne fakty, dostępne każdemu, kto – jak Dickens – przeszedł się choć raz po zaułkach Londynu. A jednak, niestety, każdy z tych samotnych proroków poniósł porażkę. „Anglia”, a właściwie ci, którzy ją zawłaszczyli, ich odrzuciła; ta Anglia się z nich śmiała.

Bo prawda była ustalona, i żadne fakty nie mogły jej zmienić.

I cóż? No nie wiem. Każdy to sobie może przemyśleć we własnym zakresie. I zapytać, na przykład, czy kilkadziesiąt lat świętego spokoju, gdy nie trzeba się o nic martwić i zawsze można się usprawiedliwić, było warte dwóch wojen światowych (które wybuchły, jak to doskonale pokazał choćby niedoceniany Penty, dokładnie  ze względu na ten typ polityki). Po prostu. Życie społeczne nie robi się samo, tylko my je robimy; i każdy wybór, nawet jeśli jest tylko ucieczką od wyboru, prędzej czy później przynosi konsekwencje.

Innymi słowy, brak ideałów w życiu politycznym jest zawsze iluzją; w tym sensie, że stanowi rzecz dokładnie odwrotną, niż się zazwyczaj uznaje. Pragmatyzm nie jest pragmatyczny; realizm nie jest realistyczny; najbardziej pragmatycznym i realistycznym czynnikiem życia politycznego jest bowiem zawsze ideał – nie tylko dlatego, że daje plan działania, który może być lepszy lub gorszy (w zależności od ideału), ale przede wszystkim dlatego, że zawsze zasadza się na przekonaniu o konieczności działania. A tak to właśnie wygląda: że w polityce trzeba działać. Jak to ładnie napisał Straszny Adam (godny spadkobierca Strasznego Romana) – nic nie może zwolnić człowieka z konieczności wysiłku moralnego, i należy natychmiast przestać myśleć inaczej (choć istotnie, myślą tak – i marzą o tym – bez ustanku kolejne pokolenia materialistów). Adam miał różne pomysły i trzeba z nim uważać, ale tutaj na pewno się nie pomylił; i zachęcałbym – jeśli miałbym okazję – starszych ode mnie do zrozumienia tego faktu. I to jest w ich własnym interesie – bo, o ile mnie pamięć nie myli, pieniądze na emerytury się nie „odkładają”, tylko ktoś je musi na bieżąco wypracować; i jeśli komuś wydaje się, że to się zrobi „samo”, albo że zrobią to imigranci ze wschodu, to cóż.

Myli się.

Już pomijam, że zazwyczaj społeczne panowanie „ideologii kompromisu” wskazuje na coś jeszcze innego; i ktoś ją przecież musiał upowszechnić. Tak też zazwyczaj takie „racjonalne, rozsądne i dalekowzroczne” społeczeństwo wygląda tak: że ci, którzy mają rządzić, rządzą; a ci, którzy nie mają, cieszą się, że są „racjonalni, dalekowzroczni i realistyczni”. Chesterton pisał o tym właściwie cały czas, również w tej pięknej książce, o której już była mowa. No, ale dopóki jej nie przełożę, to nikt się o tym nie dowie, a szybko to się nie stanie, bo nikt mi tego nie wyda.

No pewnie; bo po co?