Generalnie wywodzę się z rodziny o tradycji bardzo liberalnej.

O ile w ogóle można mówić o jakiejś tradycji. Jesteśmy z awansu, i nasza sytuacja przypomina nieco sytuacje tego wieśniaka z Micheleta, który krzyczał: „Ja jestem przodkiem!”; jak by nie patrzeć wszakże — tu są moje korzenie i istotnie, liberałem byłem dosyć długo (zwłaszcza jak na smarkacza); w tym gospodarczym

A potem nieco się pozmieniało i nim być przestałem. Chociaż — właściwie — wcale nie przestałem. Wymaga to jednak dłuższego wyjaśnienia.

Jako jednostka, wykazuję tendencje wysoce anarchistyczne i indywidualistyczne; i zawsze najbardziej fascynowała mnie politycznie kategoria wolności. To właśnie ta wolność, fakt że w gębie raczej, niż w rozumie, pchnęła mnie w kierunku znanej & czytanej w mojej rodzinie myśli liberalnej. Dlatego też miałem z Gilbertem u zarania pewien problem; i jak wielu jego krytyków (zachowując, rzecz jasna, wszelkie proporcje) nie bardzo mogłem zrozumieć, jak podobnie mądry człowiek mógł być socjalistą.

Na szczęście, z lektury nie zrezygnowałem. I co się okazało — że Gilbert nie był socjalistą! Był natomiast, dla odmiany, liberałem — i to przez pewien czas nieomal „oficjalnym”, bo partyjnym. Również kochał wolność, dużo o niej pisał, i to ją właśnie pragnął zapewnić (na ile leżało to w granicach jego możliwości jako publicysty, rzecz jasna) człowiekowi.

GKC tym jednak różnił się od liberałów typu „klasycznego”, że dostrzegał w całej kwestii jedną przynajmniej niepokojącą rzecz: że wolność nie jest sprawą prostą. Że jest, innymi słowy, diablo skomplikowana; i że utrzymanie jej w kontekście politycznym wymaga czasem diablo skomplikowanych działań.

Poniekąd natchniony a poniekąd zmącony ruszyłem na powrót w świat z tą refleksją w głowie. I rzeczywiście, wszystko zaczęło wyglądać nieco inaczej. Proste problemy przestawały być proste, skomplikowane stawały się jeszcze bardziej skomplikowane, rzeczy „głupie” i „niepotrzebne” okazywały się mądre i konieczne, a z „mądrych” i „niezbitych” argumentów wypełzała czcza sofistyka.

Po tej krótkiej podróży, wróciłem do GKC i już z nim zostałem. I toczy się to wszystko tak, jak widać.

Mniemam, że jest w tych moich osobistych perypetiach coś z większej prawdy. Liberalizm nowożytny, zwłaszcza wieku XVIII, przyniósł wiele rzeczy pożytecznych i pięknych, i trudno się z pewnymi elementami tego dziedzictwa nie zgodzić. Z drugiej strony wszakże, powstawał w epoce szczególnej — i jak wszystkie jej elementy, przejawia poniekąd niebezpieczną tendencję do uproszczeń. Sprawa jest złożona, ale można chyba mniej-więcej wyobrazić sobie dlaczego. Był to okres wielkiego rozwoju — i wielkiego spokoju, zwłaszcza jeśli spojrzeć na rzecz z perspektywy straszliwych wojen religijnych wieku XVII. Taki nagły spadek napięcia, jak gdyby spadało się niespodzianie w dół jakiejś miękkiej próżni, wywołuje w człowieku bardzo dziwny nastrój; i może właśnie ze względu na ten nastrój, najtęższe intelekty epoki niepokojąco często dochodziły do wniosku, że problemy — a szczególnie trudne problemy — rozwiązuje się bardzo łatwo, wystarczy tylko pozbyć się zabobonów i niewoli myśli. I myśl liberalna nosi to znamię do dziś; umie głosić rzeczy słuszne, trafnie diagnozować, czarować logiką wywodu — ale jednocześnie wciąż traktuje siebie przeważnie jak dorosłego wśród dzieci, przez co skraca, upraszcza, bagatelizuje, wbija się w pychę i nie chce cofnąć, gdy jej własnej ideały wyślizgują się jej z rąk, a miejsce naturalnego dobra i harmonii ludzkich interesów zajmuje brutalne prawo pięści.

Pamiętam, jak ze zdumieniem przeczytałem kiedyś u Misesa, że w wieku XIX biedota angielska „po prostu zniknęła”. Jeśli to sąd historyczny, to bardzo słaby. Jeśli czarny humor, to bardzo dobry. I w tym problem.

Tak też, krótko mówiąc, osobiście wolę nieco inną drogę — i ją też głoszę, ją chwalę, na nią zapraszam, o niej mówię („i żebyś nie mówił, g***niarzu, że nie mówię!”). No, oczywiście, w kwestii skali i siły wpływu nie ma w ogóle porównania; ale, jak historia długa i szeroka, jeśli trafia się na kogoś, z kim (ja tutaj piszę w przybliżeniu) nikt się nie zgadza, kogo nikt nie rozumie i z którego wszyscy się śmieją, czasem w jednym momencie najgorsi nawet wrogowie, to można z dużym prawdopodobieństwem założyć jedną rzecz.

Bo znaczy się — że prorok!

A wolność człowieka to istotnie wielka sprawa, więc można się dla niej trochę poużerać.

Powyżej: Prorok Eliasz pana Ferdynanda Bola, malarza holenderskiego (niestety, Anglicy w tej materii nie błyszczą); Duch tchnie kędy chce, ale wielkich szans na zostanie prorokiem nie mam. I czasem sobie myślę, że całe szczęście (i dla świata — i dla mnie).