Majówka, więc można sobie spokojnie czytać; i takie oto odkrywa się perełki.

„Wolność, jak wykazaliśmy, zależy od dwóch nierozdzielnie połączonych warunków: własności i udziału w rządzie, we władzy ustawodawczej i w administrowaniu sprawami ogółu. […]

Sploretryzowanie różni się od niewolnictwa tym, że proletariusz, wolny prawnie, jest prawdziwą osobą, niezależną pod tym abstrakcyjnym względem od wszelkich innych osób; upodabnia się ono do niewolnictwa w tym, że proletariuszowi i niewolnikowi w równym stopniu brak materialnych warunków wolności, czyli własności.

Tak więc określenie środków, za pomocą których proletariusz będzie mógł osiągnąć brakującą mu własność i dopełnić w ten sposób swego wyzwolenia – oto w końcu, na płaszczyźnie zewnętrznej, ów problem, który trzeba rozwiązać; i nie tylko czysty rozum ze swą ścisłą logiką stawia go tak, jak to ukazaliśmy – czyni to cała historia.

Trudno wprost zrozumieć, że niektórzy sądzili poważnie, iż go rozwiązują, proponując absolutne zniesienie własności. Jest to na pewno jedno z niepoślednich cudactw naszego stulecia.

[…]

Ale idźmy dalej; zapamiętajmy sobie tylko, że ponieważ własność jest warunkiem koniecznym wolności, problem tego rozwiązania, problem rzeczywistego i całkowitego wyzwolenia proletariusza polega na określeniu środków, za pomocą których będzie on mógł dość do wytworzenia sobie własności.

Aby więc wolność była indywidualna – a wolność albo jest indywidualna, albo nie ma jej wcale – również własność musi być w swej istocie indywidualna. A własność indywidualna napotkać może dwie przeszkody: jej kształtowaniu się może przeszkodzić albo nadmierne rozszerzanie się samej własności indywidualnej, które koncentrując w rękach nielicznych substancję własności nie pozostawia nic więcej, co mogłoby być własnością innych, albo krańcowy stopień tegoż nadużycia – skoncentrowanie w rękach państwa całej własności”.

I tak dalej, i tak dalej; przez kilkadziesiąt stron jest  mniej więcej podobnie.

Jaki stąd wniosek? Oczywiście, jeden; bo jeszcze raz okazało się, że nie jesteśmy sami. Że Gilbert i Belloc to nie dwaj wariaci, którzy wyskoczyli na świat jak Filip z konopi, głosząc nieznane nikomu utopijne ideały, które wcześniej sami wymedytowali sobie podczas długich romantycznych wędrówek wzdłuż angielskich klifów. Dystrybucjonizm nie jest utopią; dystrybucjonizm jest potęgą, jest najdojrzalszym owocem rdzennie europejskiego ducha, który ukochał przede wszystkim wolność – pragnął jej, rozumiał, i umiał znaleźć drogę jej ugruntowania.

No dobrze, dobrze, tylko gdzie to się (Panie) czyta, takie rzeczy? Skąd się to bierze? Ano właśnie; i tutaj powraca do nas jak bumerang to, o czym pisałem już chyba tysiąc razy, i postaram się napisać jeszcze tysiąc, jeśli będzie trzeba. Bo nie wziąłem tego z Leona XIII, ani z „Summy teologicznej”, ani nie z kazań bpa Wilhelma Kettlera – tylko z nieznanego kompletnie w Polsce dzieła „O przeszłości i przyszłości ludu” autorstwa niejakiego Hugues’a-Félicité-Roberta de Lamennais’go.

Kto to był Hugues-Félicité-Robert de Lamennais?

W każdym razie warto się dowiedzieć, bo skupia się w tej postaci, niczym w soczewce, cały problem, z którym mierzymy się rozważając podobne przypadki; ksiądz i antyklerykał; chrześcijanin i liberał; człowiek dobry, ale nie święty; niesprawiedliwie potępiony, i samemu za mało wielkoduszny; który powiedział wiele mądrych rzeczy – ale i wiele głupich rzeczy. I wymieszał prawdę z fatalnymi błędami. A jednak, to właśnie z tej strony, czyli po raz kolejny ze strony francuskiej tradycji republikańskiej, rewolucyjnej i antyklerykalnej, przychodzi wsparcie dla naszej sprawy; i raz jeszcze okazuje się, jak wielką mądrością wykazywał się Gilbert, samemu przecież intelektualny wychowanek tej tradycji, gdy mówił, że antyklerykalizm to ledwie katolicki nastrój.

A niekoniecznie antykatolicyzm; jeżeli, rzecz jasna, patrzeć na istotę rzeczy, nie na pozory, czasem głośne i, delikatnie mówiąc, ciężkostrawne.

No, w każdym razie można to przemyśleć, i zastanowić się nad problemem; co przyda się każdemu, a szczególniej polskiemu katolikowi, próbującemu odnaleźć własną świadomość polityczną. Bo istotnie, „oferta” idei jest tutaj naprawdę skąpa; i wielu ludzi, jak mi się zdaje, czuje się skazanych na umieszczenie się na mniej lub bardziej skrajnym skrzydle tego, co nazywa się (i pal licho, czy słusznie, czy nie) „konserwatyzmem” czy „konserwatywnym liberalizmem”, a co na pewno trafnie roboczo określić można jako „korwinizm”. Niekiedy jest to „korwinizm” maskowany, niekiedy bardziej otwarty, ale zawsze mniej-więcej sprowadzający się do tego samego. Bo „korwinizm”, jeśli jest czymkolwiek, to na pewno arystokratyzmem, czy wprost oligarchizmem, czyli, ostatecznie, systematyczną teorią dominacji silnych nad słabymi; przede wszystkim dominacji ekonomicznej. I każdy, kto ma oczy do patrzenia – zobaczy. I nieważne, powtórzę, czy mówimy o wersji bardziej czy mniej szlachetnej, o otwartym szydzeniu, że ludzie są za głupi, żeby sobą rządzić, więc powinni nimi rządzić milionerzy, i używać dla własnego zysku (to się podobna nazywa „darwinizm”), czy też bardziej wysublimowanych próbach ubrania tego w sentymentalną tęsknotę za starym światem, ideę restauracji porządku monarchii organicznej, czy, ogólnie mówiąc, ancient regime’u. Bo, abstrahując już od kwestii teoretycznej słuszności czy niesłuszności podobnych postulatów, prawda jest taka, że arystokracji w Polsce nie ma; jest natomiast kto inny, kto odgrywa społecznie w sumie podobną rolę, mecenas kultury, ojciec rodu, polityczny organizator i wychowawca maluczkich. I obawiam się, że w praktyce wszystko i tak kończy się mniej więcej na tym; że skoro nie można mieć starego świata, monarchii organicznej, czy ancient regime’u, można poprzeć tych innych, bo lepszy rydz niż nic.

Jestem ostatnim człowiekiem, który nie czułby przyjemnego ciepła w okolicach serca, gdy czyta „Ivanhoe”; tylko że – jak mówię – trzeba patrzeć na realia. I po prostu obawiam się, że niedługo możemy doczekać się toastów za króla (oczywiście przyszłego) i Microsoft. O ile już nie da się ich gdzieś usłyszeć.

Nie wiem, może przesadzam; każdy może to ocenić we własnym zakresie. Niektórym, jak zauważyłem, to się bardzo podoba; i nie uważają, żeby Ewangelia mówiła na temat cokolwiek przeciwnego. Ale jeśli ktoś przypadkowo uważa, że nie przesadzam, i że – być może – w moich obserwacjach jest choć ziarno prawdy, być może niedługo dojdzie także do wniosku, że cała polska scena polityczna, szczególnie niszowa (odgrywająca w znacznej mierze rolę wychowawczą) jest do gruntownej przebudowy, szczególnie jeśli mówimy o umownej (zawsze i niezmiennie) „prawicy”; i że być może nie warto brnąc w te zastarzałe spory, po raz setny odgrzewać kazań o „silnej, wolnorynkowej Polsce”, „odkrywać”, że słabsi mają w życiu ciężej, czy mędrkować, że nie należy nikomu pomagać, bo każdy powinien pomóc sam sobie (ple, ple, ple, ple, ple), tylko szukać innych dróg, świeższych, szerszych, bardziej otwartych, zaczynających się gdzie indziej, i gdzie indziej prowadzących; kto wie? Może i do małych, słonecznych wsi Alzacji, które – jak powiadam – widziałem na własne oczy, i które są dokładnie takie, jak pisał Chesterton.

Nawet dziś; choć czasy mamy niełatwe.

Bo istotnie, jeśli ktoś będzie chciał się podjąć takiego dzieła, nawet czysto prywatnie, i zacząć tworzyć politycznie coś w Polsce prawdziwie nowego, źródeł znajdzie się pod dostatkiem. PAX.