Oczywiście jednorazowa; robię to niechętnie, ale gdy trzeba, to trzeba („Przestawa być wymową spóźniona wymowa”).

Rząd Jana Olszewskiego ocenia się dziś różnie; a oceny te, które obecnie przecież masowo cyrkulują w przestrzeni, stanowią swego rodzaju „znaki typiczne” dwóch możliwych sposobów patrzenia na politykę. Człowiek jest bowiem (i jest to wielka prawda, którą zawdzięczamy Platonowi, ale którą Platon – i tak, ja wiem, że to do bólu sztampowe i w ogóle – skonceptualizował według błędnych założeń ontologicznych, nie dochowując wierności intuicji bytu, którą – ojciec nasz, 2500 lat stary – bez wątpienia miał) poniekąd podwójny; dwóch nas jest zawsze, w każdym z nas. Z jednej strony: jednostka, z drugiej – osoba. Jednostka to wszystko to, co w nas materialne i złączone z ciałem. Osoba – to duch, nieśmiertelny i istniejący sam dla siebie – i dla Boga, bo to, mirabilis, prosta konotacja. Jednostka, materialne ego, jest wplątana w świat przyrody i podlega jego prawom – i jak każdy byt materialny, musi dbać przede wszystkim o zachowanie swojego istnienia. Dlatego wszystko, co czyni, jest względne, zanurzone w czasie i przestrzeni, podległe wymaganiom aktualnych warunków. Wszelkie „wartości wyższe”, jakie może w tej przestrzeni wytworzyć, wszelkie ślady dobra i piękna, wszelkie zapowiedzi inteligibilności, prześwity serca, to ledwie „nadbudowa” – niekonieczny dodatek, który trzeba w razie konieczności bezwzględnie poświęcić. Osoba, twórcze „ja”, o istnienie swoje obawiać się nie musząc, te warunki przekracza, istniejąc poniekąd „poza” i „ponad” nimi, dotykając w ten sposób tego, co uniwersalne, wieczne; jest centrum aktywności prawdziwie intelektualnej i moralnej, żyje Prawdą i Dobrem wziętymi w sobie.

No i teraz pytanie – jak, w takiej perspektywie, oceniać działania polityczne? Kiedy rząd jest dobry, a kiedy zły? Co tak naprawdę służy ludzkiej społeczności, a co ją niszczy? Makiawelizm, na przykład, to po prostu genialna konstrukcja teoriopolityczna oparta na empirycznej analizie człowieka jako ego. Co zrobić, aby zwyciężyć; aby zgnieść innych; aby, w walce materialnych interesów, być górą, wyjść na swoje. Wszyscy dzisiaj niby potępiają makiawelizm; potępiali go, nawiasem mówiąc, także najlepsi makiaweliści, np. Fryderyk Pruski zwany (z niewiadomych przyczyn) Wielkim, pomni nauk mistrza („Kłam, bo wszyscy kłamią”; „Nie dotrzymuj umów, bo nikt ich nie dotrzymuje”). A jednak, rząd Olszewskiego ocenia się dzisiaj przede wszystkim jako rząd słaby, niemający wielkich osiągnięć. Jeden z polskich publicystów (którego akurat naprawdę lubię), napisał na przykład, że największą wadą premiera Olszewskiego było to, że był uczciwy; że wraz z ministrem Macierewiczem postanowił nie grać sprawą lustracji, nie szantażować przeciwników politycznych, nie ubijać korzystynych deali, nie zapewnić sobie dwóch kadencji, szerokiej koalicji i poparcia w mediach, ale po prostu przystąpił do realizacji (bo nie zrealizował, co zresztą jest skądinąd jasne i trudno czynić komukolwiek o to zarzut) uchwały sejmowej tak, jak to zostało napisane. Przegrał. No a jak przegrał, to znaczy, że był słaby. Najważniejszą rzeczą, jako się rzekło, jest zwycięstwo. Czyli, tłumacząc na polski, osiągnięcie jak największych korzyści materialnych ad hoc i pognębienie wrogów.

Niemniej, dzisiaj, w tych smutnych dniach, widzimy jak na dłoni krótkowzroczność i ograniczoność podobnego rozumowania. Człowiek nie jest bowiem tylko jednostką, ale również i osobą. Nie rządzą nim tylko prawa przyrody, prawa przetrwania i potrzebnej (w ostatecznym rozrachunku) przetrwaniu dominacji (doboru naturalnego, czy jak to tam teraz biolodzy definiują), ale również prawa ducha, które także są – i to w sensie ściślejszym – prawami; które przynoszą owoce w swoim czasie. Nie zawsze to widzimy. Duch, ponieważ z definicji nie jest materią, działa inaczej, we własnym rytmie. Nieprzypadkowo pisał już Arystoteles, Filozof przecież (ukryć się tego nie da), że człowiek wielkiego ducha postępuje wolno. Ale działają – byt fruktyfikuje; równie realnie i równie nieubłaganie, jak jego materialne przejawy (a więc jednak Platon: „Ja wiem, że to niesłuszne”[1]). Nikt nie pamięta obecnie, mogę się założyć, ani jednego wydarzenia z czasów prezydentury Aleksandra Kwaśniewskiego; nikt nie pamięta tego, co działo się, gdy premierem był Tadeusz Mazowiecki. Wałęsę się pamięta, ale nie za prezydenturę. A Olszewskiego pamiętają wszyscy – przynajmniej wszyscy ci, którzy interesują się polityką. Pamięta się jego niezłomność, jego bezkompromisowość, jego uczciwość, wreszcie to, z jak nieprawdopodobną, nie-ziemską (a „nieziemską” to nie metafora) godnością i wolnością umiał przyjąć porażkę i upokorzenie. Nie wiadomo, co stanie się z tą pamięcią za dwadzieścia lat. Ale być może dla mojego pokolenia (o którym jakoś nikt ze współczesnych komentatorów zdaje się nie pamiętać, ale my istniejemy i wchodzimy w życie) stanie się ona świeżym źródłem, z którego wytryśnie czyste, a przynajmniej czystsze życie narodu; stanie się źródłem i prawidłem sumienia. Bo – jak pisał Norwid – nie ma narodu bez sumienia. W każdym razie – zaręczam – kiedykolwiek ktoś z nas będzie sięgał w przeszłość w poszukiwaniu autentycznego wzoru, kogoś, na kim będzie się można oprzeć, w kim można będzie znaleźć drogowskaz, wreszcie – zobaczyć lepszego siebie, siebie takiego, jakim się nie jest, a by być można i powinno się być, na pewno nie znajdzie go ani w Kwaśniewskim, ani w Mazowieckim, ani w Wałęsie. Może właśnie w Olszewskim?

Czas pokaże. Dokładnie dlatego, że człowiek jako osoba, a zatem i wszelkie jego czyny moralne, są – ściśle mówiąc – poza czasem.

Temat zaś jest nie bez związku, bynajmniej, z tym, co najbardziej nas tutaj zajmuje. Jeśli bowiem Gilbert rozumiał cokolwiek (rozumiał wiele rzeczy, ale to taka figura), to na pewno to. Jego Zbrodnie Anglii, na przykład, to po prostu doskonałe studium klęski makiawelizmu politycznego udokumentowanej przez dzieje. Od czasów rewolucji przemysłowej, a szczególnie od czasów rewolucji demokratycznej, Anglia robiła – z punktu widzenia „naukowej” (czyli biologicznej) polityki – dokładnie to, co robić powinna. Rozrosła się jako organizm nieprawdopodobnie, stając się mocarstwem, nad którym nie zachodzi słońce. Zdominowała handel międzynarodowy. Wyznaczyła trendy rozwoju światowego. W pewnym momencie historii każdy chciał być Anglikiem. Ale patrząc z perspektywy długofalowej, z perspektywy nie jednego, a kilku pokoleń – jakie były tego skutki? Co przyniosła, ostatecznie, zapiekła wrogość Anglii w stosunku do Francji (czyż naród nie musi mieć swojego „geopolitycznego” wroga?), jej wyniosła niechęć do porewolucyjnego demokratyzmu, bezwzględny kolonializm, mieszczańska („racjonalna”) religijność, „filozofia zysków i strat”, elastyczność polityczna i mistrzowskie „rozgrywanie” przeciwników i sojuszników? Pomijając już skutki wewnętrzne – pauperyzm, zduszenie energii obywatelskiej, wywłaszczenie mas, zanik tradycji narodowych, laicyzację i oligarchizację życia społecznego – okazuje się, że jedną rzecz: wzrost potęgi niemieckiej (potęgi maszyny) i pierwszą wojnę światową. Po prostu: bo nie igra się z rzeczywistością. Nie igra się z osobą ludzką. Nie igra się z Bogiem. I straszna odpowiedzialność spoczywa na tych, którzy tego nie rozumieją.

W Polsce, niestety – kraju podobno-katolickim – również się tego nie rozumie. Ale mamy jednak w naszej historii „kapitał” innego myślenia i działania (nie tylko o Olszewskim teraz mówię, ale dalej), choćby i ono było ślepe i trochę naiwne – ale jest prawdziwe, a to się tak naprawdę liczy. Miejmy nadzieję, że nie zmarnujemy tego kapitału. I że, wyzwoliwszy się nareszcie z kultu zysku i bezpośrednich korzyści, niskich interesów i wątpliwych umów, pozwolimy, aby kapitał ten, czy lepiej zasiew (bo to jakoś ładniejsza metafora) przyniósł swój owoc we właściwym czasie: stokrotny, pięćdziesięciokrotny, czy choćby dwudziestokrotny. A wtedy – co się stanie? To już naprawdę Bóg jeden raczy wiedzieć. Ale mam dobre przeczucia. Tak dobre, że nie mogą być prawdziwe.

Maciej Wąs

  1. To jest, oczywiście, jedna z sytuacji „mądrej głowie dość w dwie słowie”. Posługuję się Platonem, a raczej jego – że tak powiem – czuciem intelektualnym (wybacz, Mistrzu; zresztą nigdy nie wolno posługiwać się człowiekiem) gwoli krótkości wywodu, bo nie za bardzo chcę wchodzić w szczegółowe rozważania metafizyczne, na których personalizm jest ufundowany, a które – jak się wielokrotnie przekonałem – interesują chyba tylko mnie i nikogo poza mną. Wydaje mi się to dosyć jasne. Zresztą materię pierwszą można, jako czyste determinabile, nazwać w pewnym sensie rodzajem niebytu, więc to rozróżnienie (byt prawdziwy ducha i byt nieprawdziwy materii) jest tutaj zupełnie zasadne i może razić tylko tych, którzy uważają, że naukowość myślenia polega na niewolniczym przywiązaniu do litery, a więc że krytyka naukowa to czepianie się słówek, bez choćby próby zwrócenia uwagi na sens ogólny, który jest w całej sprawie jak gdyby nieco ważniejszy (różne rzeczy można wyrażać na różne sposoby, a znaczenia się nieustannie właściwie „przesuwają” per analogiam, i to jest prawda). Nie muszę chyba tłumaczyć, jak w gruncie rzeczy kretyńska jest ta postawa, i jak dalece nie ma najmniejszych związków z prawdziwą naukowością czy racjonalnością, zamieniając jej językowe formuły (co tym boleśniejsze, gdy mowa o formułach prawdziwych) w, jak pisał Maritain, wygodne zasłony dla umysłu, które pozwalają nie patrzeć w oczy innym ludziom. A jednak, rodzaj ten – niestety – liczniejszy jest, niż by można przypuszczać, a sporo jego przedstawicieli znajdzie się także choćby wśród recenzentów artykułów naukowych, co zresztą może wpędzić młodego badacza w rodzaj obsesji, a pisanie zamienić w mechaniczne produkowanie nienaturalnych i wykastrowanych z energii zdań, do których – daj to wreszcie Boże! – nikt już nie będzie mógł się przyczepić. Uciążliwe to jak cholera, a i niepotrzebne, bo i tak zawsze ktoś się do czegoś przyczepi (a więc się leczę, choć niestety powoli). Ale to ledwie dygresja. Reasumując: Czytelniku drogi, krytykuj, gdy widzisz potrzebę, ale się nie czepiaj, bo wyjdziesz na złośliwego jołopa. Z pozdrowieniem, mw.