Ależ mnie korci, ależ mnie boli — no ale przecież nie mogę, nie mogę!, dawać tutaj pola osobistemu chciejstwu, bo byłoby to trochę bez sensu…
 
…No to znowu pójdę sobie na spacer przez krzaki.
 
Każdego zainteresowanego myślą GKC musi uderzyć jeden fakt: że to istota polimorficzna, zmieniająca skórę w zależności od tego, kogo poczytać. I tak, by ująć rzecz w telegraficznym skrócie, dla jednych to jakobin i liberał, dla drugich — reakcjonista i „amant Mussoliniego”; oczywista, tego typu sądy opierają się na uproszczeniach skali gigantycznej, ale jednak — na czymś się opierają. Celem zapobiegania nieporozumieniom zatem, tudzież stworzenia dobrego klimatu do dalszych osobistych dociekań, warto skreślić na ten temat kilka słów.
 
GKC to, jak wiadomo, znakomity teoretyk demokracji; i jedną z wielu jego zasług intelektualnych jest fakt, że robi za „wielkiego uświadamiacza” — w niezliczonej ilości miejsce dobitnie wykazując, że demokracja a republika to nie to samo; niby banał, ale jednak — dowodów na to, że te dwa pojęcia się ze sobą ludziom mieszają, nie brakuje.
 
Demokracja u Chestertona to, w skrócie, realna partycypacja w polityce tzw. „przeciętnego człowieka” i realizacja jego interesu; czyli „paradygmat” Bellokowski. To wszystko zachowuje łączność z paroma innymi sprawami, czerpie z teorii woli powszechnej J.J. Rousseau i, co więcej, świadome jest różnych problemów, jakie się z nią wiążą, ale nie ma sensu o tym teraz mówić.
 
Republika, to — wg własnych słów Gilberta — „system elektywny”; ale nie tylko o wybory chodzi; ale, znów — najogólniej, system ograniczający skuteczność działań jednostki. GKC nasiąkał w młodości myślą oświeceniową i często wysuwał się w jego esejach na plan pierwszy ten właśnie, oświeceniowy przecież, aspekt negatywny: „powściąganie zapędów tyrana”.
 
Z demokracją problemu, jak można mniemać, nie ma, z republiką — bywa, więc może postaram się wyjaśnić, na ile mi wiedza pozwala.
 
W pięknej książce powstałej w wyniku podróży po USA (malutko, jakże malutko jeszcze…), Gilbert ujął problem chyba najjaśniej jak tylko można; a napisał tak: że republika to dla niego istotnie, prawdziwa świątynia — ale kompletnie zrujnowana. W teorii, zawsze sympatyzował z myślą republikańską; natomiast na płaszczyźnie praktyki zawsze z bólem przyznawał, że ten projekt się nie sprawdził; że się zdegenerował. A degeneracja polegała dokładnie na tym, że skomplikowana „maszyneria” ustrojowa, mająca w założeniach zapewnić demokratyczność rządów, stała się narzędziem utrzymywania oligarchii; skomplikowany system ograniczeń, mający bronić lud przed tyranią — siecią kruczków i knifów uniemożliwiających zdecydowane reformy, chciane przez społeczeństwo i konserwującą ład obcy woli narodowej; a więc de facto — nową tyranią.
 
Tak też, stosownie do kierunku swoich zainteresowań (i pod niemałym wpływem intelektualnego dialogu z Bellokiem), zaczął GKC zwracać większą uwagę na postać „demokratycznego despoty” — silnej władzy centralnej, działającej w interesie narodu. Przykłady czerpał z historii antycznej (by wymienić tu choćby Cyncynata i Pizystrata), ale i współczesnej; i politykiem wieku XIX, którego darzył bodaj największym szacunkiem, był Andrzej Jackson, generał i siódmy prezydent USA, „Napoleon nowego świata”, człowiek, który wypowiedział wojnę bankowi centralnemu, mając, by zacytować samego zainteresowanego, „za sobą niemal cały lud, a przeciw sobie niemal wszystkich polityków”.
 
Trzeba ten punkt dobrze zrozumieć, aby nie wpaść w łatwe i modne dzisiaj przypisywanie GKC skłonności proautorytarnych. Gilbert nigdy nie powiedział, że dyktatura (czy raczej quasi-dyktatura, bo największą sympatią zawsze darzył projekt „prezydentury plebiscytowej” czy silnej monarchii na wzór średniowieczny) jest lepsza niż ustrój republikański; bynajmniej. Nigdy nie przestawał podkreślać, że republika jest dla demokracji lepsza — w teorii; przyznawał po prostu, że w praktyce bywa inaczej.
 
No i tak, z tym Mussolinim — to naprawdę jakiś absurd…
 
Z tego wszystkiego płynie sporo ciekawych wniosków — i sporo materiału do namysłu na te trudne czasy, dla których jednym z głównych problemów jest dialog ideologów „maszynerii republikańskiej” z ideologami woli ludu; bo obecnie łatwo się określać — ale przez ogólny chaos pojęciowy i niechęć do teorii politycznej, trochę trudno zrozumieć warunki swego określenia. Łatwo wydawać sądy, trudno je analizować logicznie. Ja to oczywiście zostawiam wszystko do refleksji własnej, ale osobiście (i na szybko) najważniejsze wydają mi się dwa wnioski, skądinąd mało odkrywcze:
 
1. Że, jak się powiedziało, obrona ładu republikańskiego nie zawsze służy demokracji,
2. i że w ramach ładu republikańskiego nie da się przeprowadzać działań radykalnych — bo dokładnie po to jest ten ustrój. Działania radykalne zawsze wymagają silnej władzy jednostki. Jak ktoś mniema, że można inaczej — po prostu się myli.
 
Tutaj otwiera się debata nad kwestią „prerogatyw nadzwyczajnych” oraz wszelkich wątpliwości, jakie się z tym wiążą; bo trzeba przyznać, że osądzenie, kiedy zachodzi stan wyjątkowy, a kiedy nie — no i jakiej jednostce można by powierzyć nadzwyczajną władzę, to są bardzo trudne do rozstrzygnięcia dylematy. Bo taka też natura jednostek — że „jak się wzięło, to potem ciężko oddać” (cytując klasyka). I oto też chodzi, co zawsze będę starał się podkreślać, w myśleniu politycznym (zwłaszcza u GKC): nie „walić cepem”, a nieustannie lawirować, zostawiać miejsce, pozwalać sobie na wątpliwości.
 
Ale, i to ostatnia rzecz, z tym też jest pewien problem: bo w wątpliwościach łatwo się zakopać; a zatem po raz kolejny dochodzimy do wielkiego Chestertonowskiego paradoksu, który można by sformułować tak: na bezpieczne wątpienie mogą pozwolić sobie tylko ci, którzy mają pewność; oczywiście — chodzi o pewność teoretyczną. I tylko jasne określenie celów i ideałów pozwoli wszystkim znaleźć ostatecznie odpowiednie środki działania, odpowiednią artykulację, należytą transparentność. Jak napisał Gilbert na innym miejscu: „Największą tragedią angielskiej klasy średniej było to, że wyklęła z polityki wszystkich idealistów”. Szczęść Boże.
Powyżej: Lucujsz Kwinkcjusz Cyncynat (V w. p.n.e.), rzymski dyktator, ciekawie potraktowany w nadchodzącej książce.