Wiem, że może się trochę spóźniam, ale cóż…

„Dzieci, miłujmy nie słowem i językiem, ale czynem i prawdą”, słyszymy w dzisiejszych czytaniach mszalnych u św. Jana Apostoła (żywego dowodu na to, że wśród pierwszych chrześcijan, ba! – wśród tych, którzy wędrowali z Panem!, trwała, wbrew cokolwiek dziwnym przesądom, jakie się czasem tu i tam napotyka, żywa refleksja intelektualna nad wiarą).

Czemu to jest dla mnie ważne?

Od jakiegoś czasu (właściwie od początku istnienia tej strony) leży mi na wątrobie kwestia poglądów politycznych Gilberta, przez które – jak się obawiam – wielu z tych, którzy mogliby się z nim porozumieć, strasznie się obraża. No bo jak to? „Rycerz ortodoksji” bez ustanku gadający o Garibaldim, Wiośnie Ludów, demokracji, równości, więcej przecież! – o Rewolucji Francuskiej i „krwawym” Robespierze? Jak nieraz pisałem: dla mnie to było prawdziwe objawienie, bo choć z domu jestem antykomunistą (z domu dziadków wręcz przeciwnie, ale tak to się plecie), to serce mam po lewej stronie; i pamiętam, jak gapiłem się chyba bite dziesięć minut w książkę historyczną ze zdjęciem sztandaru „Za wolność naszą i waszą”. Niestety, dla większości (o ile wiem) czytelników bardziej tradycyjnie katolickich tak to nie wygląda, i po prostu nie potrafią przeskoczyć tej bariery.

Co w takim wypadku? No cóż – jedyne, co mogę zasugerować, to dogłębną refleksję nad przywołanym wyżej tekstem Jana, który per analogiam jak najbardziej rozciąga się przecież na sferę polityki. Nie każdy, kto napisze antyklerykalny pamflet jest z marszu satanistą i czcicielem złego. Nie każdy, kto się wystroi w ornat i odmawia różaniec dwadzieścia razy dziennie, jest naprawdę chrześcijaninem. Te rzeczy mogą się pokrywać, i (w drugim wypadku) powinny się pokrywać; ale rzeczywistość nie jest taka prosta. Ja już pomijam, że istnieje tu sporo mitów, i taki np. Robespierre wcale nie był (nigdy, co stwierdza nawet amerykańska „Encyklopedia katolicka” z początku XX wieku) wrogiem Kościoła, ale w sumie to kwestia logiczna, a nie historyczna; ostatecznie, wszystko jest kwestią właściwej próby. I oceniając jakikolwiek pogląd polityczny dobrze zrobimy, jeśli spróbujemy odpowiedzieć sobie na kilka pytań, na przykład (choćby, tytułem uproszczenia): jak to się ma do tego, co Kościół ogłosił grzechami wołającymi o pomstę do nieba, wstrzymywania sprawiedliwej zapłaty i uciskania wdów i sierot? To dobre kryterium, i bardzo praktyczna narzędzie sądu. Kto bardziej troszczył się o los wielodzietnych francuskich rodzin, Michelet czy De Maistre? Kto z większym szacunkiem odnosił się do robotników – francuski przedrewolucyjny establishment, który traktował balansowanie największego europejskiego eksportera zboża na granicy klęski głodu za rzecz całkiem normalną, czy Robespierre, wołający o chleb dla głodnych, i pracę dla opuszczonych?

„Bogacze, zdziercy, znajdźcie serce; waszym bogactwem będzie dobrobyt milionów francuskich rodzin!”

Sądzę, że w takim świetle, pewne rzeczy zaczną wyglądać nieco inaczej.

Oczywiście, nie chodzi o to, żeby teraz bić się w piersi i posypywać głowę popiołem, wrzeszcząc żałośnie, że „Kościół się pomylił”. To przećwiczona dobrze procedura, i katolicyzm jeszcze nigdy na niej nie zyskał. Po pierwsze, Kościół myli się bardzo często, i każdy szczery katolik rozumie chyba, że świętość Kościoła nie oznacza świętości wszystkich jego członków; to zwykła oczywistość, nad którą nie trzeba bić piany. Po drugie, ideały demokratyczne Europy, jak pisał sam Gilbert (w „Zbrodniach Anglii”) były niekompletne; i my dajemy im przynajmniej tyle samo, co one nam, a mniemam, że dużo więcej; bo czy tradycja demokratyczna Europy faktycznie zwyciężyła, czy nie, to już zupełnie inna sprawa. I spoglądając na krajobraz polityczny Zachodu, powiem tyle, że co najmniej mam wątpliwości.

Bóg, na ile pozwalają to stwierdzić teksty Objawienia, lubi ironię; i chyba odczuwa jakąś dziwną, wieczną „przyjemność” z odwracania świata do góry nogami. I wcale nie zdziwiłbym się, gdyby teraz przeznaczeniem katolicyzmu było stać się na świecie ostoją demokracji, którą tak długo zwalczał, i która tak długo zwalczała Kościół; tak jak był nią zresztą wiele, wiele wieków temu (choć w sensie oczywiście ledwie „wirtualnym”, jak powiedzieliby scholastycy), gdy głosił bezwzględną wartość ludzkiego życia przeciw zimnemu elitaryzmowi pogan – i obwieszczał światu równość dusz przed Bogiem, której tak bardzo potem miał nienawidzić Nietzsche.

Tak czy inaczej, może okazać się jeszcze, że Gilbert miał więcej racji (i więcej głębi), niż ktokolwiek mógłby prypuszczać; i że jego rozważania o katolickim „minimum demokratycznym”, od którego może „odbić się” jeszcze nowa demokracja Europy, są czymś więcej, niż się na pozór wydaje. Historia to zasadniczo splot upadków i nieporozumień; i jeszcze może zdarzyć się tak, że Pius IX i Garibaldi podadzą sobie ręce – dzięki ludziom mądrzejszym o błędy Piusa IX i wielkiego patrioty wolnych Włoch, samemu „nie zawsze mądrego, ale zawsze szlachetnego”.

Natomiast to wymaga ogromnie ciężkiej pracy; którą to jednak, i to tytułem zakończenia, zdecydowanie warto podjąć. Świat współczesny jest istotnie nieprawdopodobnie bezbożny, i trudno orientować się politycznie w tym gąszczu pogaństwa. Niemniej, zarysowany wyżej probierz pozwala nam przynajmniej nieco się w tym orientować; i uniknąć kilku pułapek, które stają się dla katolików, jak mam wrażenie, coraz bardziej zabójcze. Bo nieważne, ile razy Putin wykąpałyby się rytualnie w jakimś źródełku, a pop z krzyżem śpiewał mu nad głową, nie uczyni go to jeszcze politykiem chrześcijańskim, ani nie zmieni mafiokracji w katolicką filozofię społeczną; i nieważne, ile bzdur powiedzieliby w swej zapiekłej arogancji Francuzi, i ilu idiotyzmów się dopuścili, małe wsie Alzacji, które widziałem na własne oczy, pozostaną zawsze czymś realnym – czymś, co jest, i co jest czymś niezwykłym. I można pytać się, gdzie znajdzie prędzej swe miejsce człowiek wolny, chodzący własnymi drogami przed Panem?

Ja w każdym razie nigdy nie wątpiłem, że nie musimy się oglądać za bardzo na innych; i że Polska może mieć przed sobą naprawdę wielkie przeznaczenie – o ile odnajdziemy w sobie siłę i odwagę, by działać zgodnie z sumieniem, nie zważając za bardzo na  panujące trendy, modę, niemodę, czy obowiązujące wizje historii, które tyle mają wspólnego z faktami, co nic; i zawłaszczone przez propagandę sowiecką wciąż powtarzają, że wszystkie rewolucje bez wyjątku prowadziły do tej jednej, marksistowskiej, nawet jeśli dokonywały się pod kompletnie odwrotnymi nieraz hasłami.

Nie wątpię, że to trudne zadanie; ale tym bardziej takie poszukiwanie będzie, pardon za patos, aktem miłości.

„Miłujmy nie słowem i językiem, ale czynem i prawdą”. PAX.