Nawiązując do poprzedniego wpisu, dotyczącego regulacji handlu niedzielnego, chciałem dodać tutaj jeszcze krótką uwagę, które może – moim zdaniem przynajmniej – wnieść coś do dyskusji.

Otóż omawiając problem wyzłośliwiłem się – jak zwykle – na tzw. „liberałów” (ja tak biorę te terminy w cudzysłów, bo dziś już właściwie nikt nie wie, co one oznaczają), którzy każdą próbę regulacji czegoś na drodze prawnej odbierają jako świętokradczy gwałt na ich osobistej wolności, rozumianej czysto negatywnie (w sensie braku zakazów); i specjalizują się zasadniczo w bezlitosnym wykazywaniu luk i niedoskonałości proponowanych praw, bez dostarczania żadnej alternatywy. Pomijam już, że w mojej opinii (skądinąd chyba nie do końca nieuzasadnionej) argument „bo ja nie chcę” to w sprawach społecznych dosłownie żaden  argument (i dosyć niebezpieczny, szczególnie jeśli dojdzie się do kwestii bardziej poważnych – bo ciekawe, jak w tym momencie przeciwstawiać się orientacji „pro-choice”, będącej zasadniczo emanacją identycznej mentalności; to właśnie jeden z tych „wyjątków”, o których pisałem wcześniej, ale to ledwie dygresja), albo że każde prawo jest w pewien sposób umowne i teoretycznie mogłoby wyglądać inaczej (dlaczego 140 km/h na autostradzie?; czemu nie 150?; czemu nie 130?; a jak 130, to czemu nie 120?; czemu akurat 3 lata za kradzież, a nie 2 i 3/4?; i tak się można bawić bez końca – a jednak prawo musi istnieć, i jakoś trzeba tę granicę ustalić, co jest trudne, dlatego właśnie istnieje instytucja władzy, zajmująca się tym oficjalnie i z poruczenia narodowego), ale taka postawa po prostu nic nie wnosi, bo złota recepta na wszystkie problemy: „po prostu ich nie rozwiązuj!”, to – umówmy się – raczej średnia recepta. Niemniej, w jaki sposób w takim razie ustalić, czy jakieś zarządzenie państwowe jest dobre, czy złe, i jak bronić się przed tyranią? Perspektywa dystrybucjonistyczna korzysta tutaj z jednej podstawowej zasady, i ją właśnie postaram się tutaj krótko przybliżyć.

Jest to zasada bardzo ogólna, można przypuszczać, że bardzo stara, i ma wiele sformułowań; Chesterton – jak to on – odwoływał się do niej raczej aluzyjnie, Belloc bardziej bezpośrednio (choćby w „Państwie niewolniczym”), ale najlepiej wyraża ją chyba istotnie nośny cokolwiek epigram Jana Jakuba Rousseau z „Umowy społecznej” (stanowiący tutaj naprawdę ledwie pewną ilustrację, a nie tekst natchniony): „Państwo ma prawo i obowiązek zmuszać obywateli wyłącznie do tego, aby byli wolni” (parafrazuję, aby tym mocniej zaakcentować mój katolicki dystans wobec tego przebrzydłego deisty). Moim zdaniem wyczerpaliśmy temat, i możemy iść do domów.

Oczywiście, wiadomo, że sprawa nie jest jednak tak prosta, i wymaga pewnego namysłu; który jednak – jeśli zostanie przeprowadzony spokojnie, a nie w tej prostackiej gorączce, jakże charakterystycznej dla naszych czasów, która każdą złożoność widzi jako nielogiczność i niepotrzebną przeszkodę na drodze tryumfalnego marszu ku założonej tezie – szybko wykaże, że nie zdanie to nie zawiera sprzeczności, tylko bardzo życiową prawdę, którą można przetłumaczyć jak następuje. Otóż każdy widzi przecież, że w społeczeństwie (oto moment doświadczalny) pewne zajęcia są akceptowane, a za inne grozi kara; szewc, sklepikarz, lekarz, a także – nie wiem – biegacz, filatelista czy miłośnik architektury gotyckiej chodzą po ziemi swej ojczystej i nikt ich nie nęka; natomiast oprychów, złodziejów, szarlatanów, trucicieli, dilerów narkotyków czy pornografów ściga się i wsadza do więzień.

Dlaczego? Przecież jakie zagrożenie sprawia dla bytu całego państwa jakiś jeden złodziejaszek czy – o, to zwłaszcza – diler czy pornograf? Zostawmy ludziom wolność wyboru; jak będą chcieli, machną na nich ręką, a może nawet skorzystają – jeśli nie, to zlinczują. Dlaczegóż nie zostawić spraw własnemu biegowi? Przecież to bezpośrednio zainteresowani wiedzą najlepiej, czego im potrzeba – i dlaczego nie zostawić im w tych kwestiach pełnej swobody?

Otóż właśnie; według przywoływanej wyżej interpretacji, widzącej państwo jako stróża wolności, pewnych działań zakazuje się dokładnie dlatego, że – choć wolne, jak wszystkie ludzkie działania – w skutkach bezpośrednich lub tylko w implikacji oznaczają zniesienie wolności na skalę społeczną (i znaczenie kontekstu społecznego właśnie, nie daje się przecenić); w ten lub inny sposób zniewalają innych ludzi – niekoniecznie teraz, i niekoniecznie w wypadkach jednostkowych; ale, przypominam, w kontekście społecznym nie myśli się w kategoriach jednostkowych – i gdyby rzeczone działania stały się regułą, społeczeństwo podzieliłoby się stopniowo na dwie grupy: wolnych i zniewolonych, panów i niewolników – w związku z czym o „wolności” na skalę ogólną (czyli grupie wolnej en bloc, grupie, w której wolni są wszyscy i w której funkcjonowaniu przejawiają się realnie nawyki i usposobienie wolnego człowieka) nie mogłoby być mowy. Dlatego są groźne i nie-godziwe, i dlatego ściga się tych, którzy się im oddają, tępiąc zapobiegawczo i z zasady sprawiedliwości, stosując do tego prawo i oficjalne instytucje, które pozwalają szybko reagować, szczególnie jeśli mowa o społecznościach bardziej złożonych (w oczywisty sposób, w pewnych warunkach lincz to nic niegodziwego i normalny wyraz woli społecznej, niemniej jeśli tak, to tylko dlatego, że w takich warunkach po prostu nie jest on linczem; i struktury państwowe opierają się wyłącznie na świadomości i bezpośredniej akcji obywateli, oraz obyczaju). Oprych jako reguła to rządy siły, czyli negacja wolności; dilerka jako reguła to masowe uzależnienie, czyli negacja wolności; masowa szarlataneria to masowe życie w kłamstwie, czyli negacja wolności; i tak dalej, i tak dalej, w ten sposób daje się wyjaśnić naprawdę każdy przypadek konwencjonalnie uznawanego wykroczenia. Dlatego też, dodajmy, toleruje się społecznie różne wypadki wyjątkowe, które choć jako reguła okazałyby się dla narodu w ten czy inny sposób szkodliwe, to nie szkodziłyby mu pod tym naczelnym względem; tak też choć gdyby wszyscy pozamieniali się w zakonników, społeczeństwo szybko by wymarło, to jednak akt wstąpienia do zakonu – nawet w najdalszej implikacji – nikomu nie odbiera prawa do działania w inny sposób. Tak też właśnie, może trochę paradoksalnie (w sensie najprostszym, to znaczy werbalnej gry przeciwieństw), wolność wyboru trzeba czasem ograniczyć, aby ludzie dalej mogli wybierać; czyli sprawdza się to nawet w tym sensie negatywnym, zazwyczaj uznawanym przez „liberalizm” za sens jedyny. W teorii dystrybucjonistycznej wszakże, wolność pojmuje się nieco inaczej; i nie chodzi tylko o wybór, który jest ledwie punktem wyjścia, zupełnie oczywistym zresztą, i pewnym warunkiem, ale o to, aby każdy człowiek – zgodnie z przysługującą mu godnością – osiągnął możliwie jak największą pełnię swej jednostkowej natury, doskonalił się, rozwijał, i wyrażał to potem realnie odciskając ślad swojego bytu na otaczającym go świecie, przekształcając swoje otoczenie i „nasycając je”, że tak powiem, sobą, na dobro swoje i bliźnich – żeby każdy człowiek był faktycznie twórcą, nawet w bardzo tylko ograniczonym zakresie; czyli o wolność w sensie, jak to się mówi, „pozytywnym”. Nie przepadam za filozoficznym żargonem, szczególnie jeśli utrudnia a nie ułatwia (jak dzieje się w większości wypadków), ale niezależnie od terminologii stwierdzić trzeba, jak mniemam, że jeśli popatrzy się na zagadnienie z tej perspektywy, maksyma Rousseau (przefiltrowana przez niepospolitą umysłowość pana B.) zaczyna jaśnieć nieco mocniejszym światłem.

Tak też, odpowiadając na pytanie z początku tekstu: regulacje państwowe – wszelkie – powinno się rozpatrywać właśnie pod tym kątem. Jeśli jakieś prawo chroni i pobudza wolność społeczną – wolność wszystkich, wolność „strukturalną”, czy jakkolwiek to jeszcze nazwać – spełnia swoje zadanie i jest słuszne; jeśli ma skutki odwrotne – uderza w samo istnienie państwa (czy tego typu państwa, o którym mówimy, bo on też nie stanowi oczywistości), więc sprzeciwia się własnej naturze, i jest niesłuszne (dowód z zasady tożsamości). To jest nareszcie zdrowa zasada filozoficzna, i dystrybucjonistów „złoty klucz do rzeczy”, tym jednak różniący się od większości innych opcji, że dostarczający nie odpowiedzi, a narzędzi analizy; które ułatwiają myślenie, ale nie znoszą jego konieczności. Tak też rozpatrując na przykład kwestię tak drugorzędną, jak regulacja handlu, należy postawić sobie pytanie: czy nieregulowane procedury handlowe sprzyjają wolności społecznej, czy przeciwnie – grożą jej stopniowym zniesieniem? Odpowiedź (na przykład): nieregulowane procedury handlowe, czyli warunki w których drobny kapitał nie ma ochrony przed wielkim, w implikacji (jak wskazuje doświadczenie) prowadzą do likwidacji ustroju drobnej własności prywatnej, który stanowi warunek wolności społecznej, dlatego handel powinno się regulować. Niemniej, ponieważ przesadna regulacja handlu uderzy również w drobnych właścicieli, czyli również podważać zacznie zdrowy podział własności, powinno się ją ograniczyć do zakresu (xyz). Coś w tym stylu; każdy może, i musi, to przemyśleć na własną rękę – i o to między innymi w dystrybucjonizmie chodzi.

„Ale-ale”, powie ktoś; „bo mnie taka definicja w ogóle nie odpowiada. I dla mnie wartością najwyższą nie jest wolność, tylko własność prywatna, i przez jej pryzmat interpretuję życie państwowe”.

Niewątpliwie, można i tak; życie państwowe wyjaśniać można z wielu różnych punktów widzenia, i nikomu tutaj prawa do tego nie odbieram, więcej – nikogo nie próbuję nawet przekonać, że to moje zapatrywania są prawdziwe. Po prostu staram się wyjaśnić pewne rzeczy, na ile je w tak krótkiej formie wyjaśnić można. Natomiast istotnie, gdyby ktoś tak powiedział, bardzo by mnie w moim zadaniu wspomógł; bo można chyba powiedzieć, że cała różnica między dystrybucjonizmem a kapitalizmem sprowadza się do tej jednej kwestii naczelnej: że kapitalista uznaje własność prywatną za wartość najwyższą, dystrybucjonista zaś ledwie za narzędzie – niezbędne, ale tylko narzędzie – wolności, która stoi wyżej, i która przysługuje każdemu człowiekowi w równym stopniu; stąd właśnie tak ogromne rozbieżności przy pozornym podobieństwie, i tak głęboki konflikt przy pozornej zgodzie. I, obawiam się, sprzeczność ta nigdy nie pozwoli się znieść. Takie „głębinowe” napięcia mają ogromną siłę. Dlatego też, co jest w niniejszym kontekście jak najbardziej do rzeczy, zostaje wybór; i każdy może sprawę przemyśleć, porównać (bo doświadczenie jest tutaj bogate w treści i formy) i wybrać, co mu bardziej pasuje – i co lepiej, jego zdaniem, służy człowiekowi.

Dixi.

Niniejszym życzę Czytelnikowi przyjemnego wybierania.