Na ile podpowiada mi moje skromne doświadczenie, nie ma zdrowego człowieka, który nie zgadzałby się z podstawowymi przynajmniej postulatami dystrybucjonizmu; i żadnego, który nie  zadałby w końcu tego przytłaczającego pytania:

„No dobrze, tylko jak to zrobić?”

Czy to pytanie sensowne, czy nie, zależy od kontekstu. Gilbert zawsze bronił się mniej więcej tak, jak zrobił to w The Outline of Sanity, pisząc, że jaka szkoda, że wszyscy ci dociekliwi i praktyczni jegomoście, którzy go męczą, nie żyli w wieku XVIII, aby zadać to samo pytanie Janowi Jakubowi Rousseau; ani w XIX, żeby potorturować nieco Karola Marksa. Natomiast, rzecz jasna, jakieś metody działania jednak trzeba przyjąć — i skoro mamy wolność słowa, to niech i mnie wolno się będzie wypowiedzieć.

Oczywiście, nie chodzi o szczegóły. Nie jestem politykiem i nie mam pojęcia, jak w praktyce funkcjonuje administracja, obecnie najbardziej złożona i najskuteczniejsza w historii. Nie wiem, jak rozmawia się z wielkim biznesem, wojskiem, wywiadem, jak lawiruje się w gąszczu międzynarodowych umów i interesów, jak wpływa się na media i jak się planuje strategię polityczną wobec wyborów odbywających się co cztery lata. Wiem natomiast, jako gryzipiórek, coś; i co wiem, to powiem.

Jacques Maritain, człowiek, którego śmiem uważać za mojego mentora, a nawet patrona (cuda nad cuda — pismo…), najwybitniejszy chyba filozof XX wieku, przez różnych domorosłych tropicieli herezji „miażdżony” jako modernista, a przez „partię postępu” wyszydzany jako katolicki fanatyk i fantasta, w króciutkim dziełku „Religia i kultura”, wydanym w Polsce w roku 1937 przez Akcję Katolicką (ale nie tylko w nim, bo i w wielu innych), rozróżnił materialne środki realizacji idei na dwie kategorie: środki „bogate” i środki „ubogie”.

Środki „bogate” to te należące do dziedziny „grubej materii”; to, co dotykalne, uchwytne, bezpośrednio skuteczne, czego probierzem jest moc czynu i szybkość zwycięstwa. Jest to wojna i pokój, siła militarna i dobrobyt gospodarczy, zręczność polityczna, sprawność dyplomacji, fundacje, ministerstwa, organizacje pomocowe, masowa agitacja. Wszystko, co w życiu społecznym widać. Stanowią one konieczną część ludzkiego życia, i nie są złe, a wręcz przeciwnie, choć chrześcijanin musi posługiwać się nimi bez grzechu, co stanowi sprawę niezmiernie trudną.

Bo środki bogate, domagając się skuteczności, nęcą; aż proszą się o skrót. „A cóż się stanie, jeśli trochę nagnę zasady? Co to zaszkodzi — choć troszkę pragmatyzmu? Inni nie mają takich wątpliwości, a czy jeśli poświęcając jakąś drobinkę można zrobić tak wiele dobra — czy to na pewno jest złe?”

Środki „ubogie” są inne; to środki małe, drobne, słabe, środki niepotrafiące przynosić natychmiastowych skutków; niemal czysto prywatne. Przykładem może być tu krótkie kazanie, cicha rozmowa w cztery oczy, cotygodniowe spotkanie przyjaciół, praca pisarska bijąca w ciemność, dobre spojrzenie rzucone nieznanemu przechodniowi, czy różaniec odmawiany (jakimś cudem) w autobusie. To środki lekkie, których zadaniem jest ledwie uchylić drzwi dla ducha, aby ten mógł rozwijać się i owocować. Ale czy to uda się, czy nie uda, zawsze pozostanie ostatecznie tylko kwestią nadziei.

Jak się nietrudno domyślić, Maritain zawsze utrzymywał, że Nowa Cywilizacja Chrześcijańska, jeśli kiedyś ma nadejść, musi posługiwać się przede wszystkim środkami „ubogimi”. „Świat ginie z powodu przesytu. […] Świat współczesny jest dlatego tak straszliwym kusicielem, że popularyzuje on środki doczesne bogate, ciężkie, druzgocące, że posługuje się nimi z wielką ostentacja i potęgą, że czyni to w ten sposób, narzucający nam wiarę w to, że to są środki zasadnicze i niezbędne w sferze ducha. Są one istotnie zasadnicze, ale tylko w sferze materii. Gdy Dawid zdecydował się stawić czoło Goliatowi, próbował zbroi Saula. Była dla niego za ciężka, wziął więc zbroję lżejszą i uboższą. Dawid to duch. Saul to uosobienie ówczesnej potęgi doczesnej, zaopatrzonej po królewsku do służby Bożej i walki z diabłem. Jednak gdy Dawid został królem, zgrzeszył i on z kolei. Pokutował potem przez całe życie. A Jezus: ‚Widząc, że się zbliżają, iżby go okrzyknęli królem, schronił się sam na górze'” (przeł. Halina Wężyk-Widawska; czemu francuskich katolików zazwyczaj przekładają kobiety?; błogosławiony geniusz niewiasty, tak niedoceniany w świecie siły i skuteczności).

Dystrybucjonizm, jako myśl chrześcijańska par excellence, nie jest tutaj wyjątkiem. Czy zresztą nie czytamy tego i u samych jego ojców? O ile, oczywiście, czytamy uważnie. Gilbert Keith Chesterton, od młodości fascynujący się zjawiskiem zbrojnej rewolucji, ludowego zrywu, uwielbiający heroizm w walce piewca rycerstwa, piszący poematy o bitwie pod Ethandun czy Lepanto, zawsze powtarzał, że nie chce rewolucji w Anglii; że zbrojny konflikt tylko wszystko pogorszy. Nie współpracował z żadnym politykiem, pod żadnym pozorem nie chciał założyć partii, wzbraniał się przed objęciem jakiejkolwiek funkcji publicznej (z przewodniczącym katedry literatury angielskiej — która tak bardzo by mu pasowała — na Uniwersytecie Birmingham włącznie). Całe życie pozostał dziennikarzem bez jakichkolwiek tytułów, bez specjalnej pozycji „wielkiego artysty”, obracającym się w niewielkim kółku przyjaciół. Pisał, wygłaszał wykłady, organizował drobne spotkania, i pozwalał ludziom iść w swoją stronę. Tchórzostwo? Nieodpowiedzialność? Dziecinny strach przed działaniem? Formułowano już wiele takich hipotez. A może po prostu Gilbert był inny; i wyczuł, w jakiś przedziwny sposób, tchnienie ducha epoki?

Temat wciąż żyje wśród dystrybucjonistów współczesnych. I nieprzypadkowo podjął go także bardzo niedawno (i chyba nieświadomie) Brian Douglass, w pięknym tekście „Dystrybucjonizm jako sposób życia” . Trzeba robić coś — ale trzeba robić cokolwiek. Wobec braku szans na zauważalne zwycięstwo, możliwości są po prostu nieograniczone; można organizować drobne wspólnoty sąsiedzkie, kupować te a nie inne produkty, pisać, rozmawiać, a nawet tylko sadzić sobie sałatę w doniczce, jeśli już naprawdę nie ma innych opcji. Oto właśnie uwalniająca moc ubóstwa; przedziwna siła bezsilnych, która pozwoliła już niegdyś prześladowanym, cichym, ciemnym, małym, „obrzydliwym” ludziom , zepchniętym do katakumb i powszechnie wyśmiewanym, przeżyć– i przemienić — potęgę cesarstwa.

Stefan Świeżawski napisał kiedyś, że nigdy nie zapomni wystąpienia, jakie wygłosił Jacques Maritain w Poznaniu, na zjeździe filozofów katolickich, jaki odbył się tam w 1935 roku. „Mimo wielkiego sukcesu samego odczytu”, mówi, „wystąpienie Maritaina spotkało się z ostrą, nawet zjadliwą oceną kół nacjonalistycznych, co nie mogło ujść uwadze człowieka tak jak on subtelnego i tak natychmiast odczuwającego otaczający go klimat duchowy. Mam w oczach sylwetkę Maritaina z czasów kongresu poznańskiego. Widzę go samotnie kroczącego ulicą, głęboko i melancholijnie zamyślonego. Nie mogę też zapomnieć jakby prześwietlonej w głębokim skupieniu modlitewnym jego twarzy, gdy modlił się żarliwie z oczami wzniesionymi do góry w pustym kościele, nie wiedząc, że i ja tam byłem i — niezauważony — mogłem utrwalić w swojej pamięci i taki obraz swego mistrza i przyjaciela”.

Nie można wątpić — to nie jest łatwa droga. Nie jest łatwa sama w sobie, ale i w tym, co jej towarzyszy; w instynktownym niemal sprzeciwie bliźnich, w szyderstwie, w odrzuceniu, niezrozumieniu. Nie można się dziwić. „Środki ubogie — do nich należy i Krzyż”. Człowiek lubi sukces i zwycięstwo; szczególnie w Polsce, tak ponoć katolickim kraju. Kochamy naszą religię (a mówię to bardziej do siebie, niż kogokolwiek innego), dopóki Pan błogosławi zbrojne zastępy naszych wojsk i Matka Najświętsza jaśnieje w chmurach nad zielonymi łąkami Mazowsza; dopóki nie trzeba wziąć na barki najmniejszego krzyżyka; dopóki nie trzeba na poważnie zajrzeć w oczy Zbawiciela, który powiedział przecież: „Jak mnie nienawidzą, i was nienawidzić będą”; i „kto chce iść za mną, niech się zaprze samego siebie, niech weźmie krzyż swój, i niech mnie naśladuje”.

To nie są żarty; i istotnie, można — jeśli się chce — poważnie się przestraszyć. „Strzeżmy się” napisze stary filozof w roku 1968, ze spokojem tak charakterystycznym dla podobnych postaci, i jakby w hołdzie swojemu mistrzowi i ojcu chrzestnemu który przywiódł go do wiary, wielkiemu Leonowi Bloy, „tych, którzy nie potrafią cierpieć”. Osobiście, nie widzę dziś dla chrześcijańskich ideałów społecznych, dla dystrybucjonizmu z całą jego subtelną wrażliwością i współczuciem dla drugiego, innej możliwości. Trzeba iść wąską ścieżką, często bez wsparcia, bez światła, nie prosić o pomoc, wystrzegać się „-izmów”, partii, organizacji, uciekać od zgiełku, szukać miejsc bezludnych. I długo, długo czekać. Wszystko inne zostało już stracone. Ja przynajmniej, nie widzę — tutaj — cienia nadziei.

A potem może, może, kto wie?, zobaczymy jednak coś jeszcze innego; być może, bo się pojawi; a być może, bo oczy się nam otworzą. W ludziach jest jednak, przy całej ambiwalencji świata, tak wiele dobra — dlaczego nie mielibyśmy czasem zaskoczyć samych siebie?