Po raz kolejny robiąc sobie przerwę w nieustającej lekturze „Ducha filozofii średniowiecznej” Etienne’a Gilsona (tym razem po angielsku), zainteresowałem się w przelocie kwestią tzw. „tolerancji represywnej” pana Herberta Marcuse. Miałem już z tym zboczonym dziadkiem wątpliwą przyjemność zapoznać się jakiś czas temu, niemniej dobrze czasem odświeżyć sobie pewne rzeczy – szczególnie, że nawet z największej ohydy można wyciągnąć przynajmniej tyle dobrego, że się przed nią zacznie – jak rzekłby poeta – spieprzać w podskokach.

O co chodzi nie napiszę, bo się brzydzę; jak ktoś się naprawdę interesuje, niech poszuka. Natomiast dla tych, którzy mają jakie-takie pojęcie o rzeczy, powiem tak: że przede wszystkim uderzają mnie tutaj jedna sprawa – że ten obłęd bez żadnej wątpliwości dowodzi, że Chesterton miał rację, i to w więcej, niż jednym sensie. Po pierwsze zatem, miał rację twierdząc, że najbardziej tradycjonalistyczną warstwą społeczną jest zawsze lud. Jest to podstawowe przedzałożenie pomysłów pana Berta – a zatem i wszystkich jego ideowych spadkobierców, którzy dzisiaj biegają po świecie w pełnym świetle słońca, skąd wynika niezbicie, że historia po prostu dokonała w tej sprawie ostatecznego sądu. Dla współczesnej „lewicy”, czy tzw. „różowych” (pokolenie 68, no), lud nie stanowi już bożyszcza, sprzymierzeńca, zbrojnego ramienia republiki na wojnie przeciw tyranom i ostoi politycznej cnoty – przeciwnie; lud trzeba stłamsić, rozbić, upokorzyć i unieszkodliwić, bo inaczej nie da się przeprowadzić konkretnej zmiany społecznej, której tak bardzo pragniemy – i to lud właśnie odgrywa tutaj, choć nie mówi się tego wprost, rolę ciemiężyciela. Po drugie: że współczesny „ruch demokratyczny” nie ma z demokracją absolutnie nic wspólnego – co widać na powyższym przykładzie, i czego w związku z tym nie trzeba już udowadniać; bo nie wiem, czym może być „demokrata” nienawidzący ludu – ale na pewno nie demokratą. Jak ważna to refleksja, i jak brzemienna w skutkach obserwacja, trudno właściwie wyrazić, czy nawet ogarnąć w pierwszej chwili; natomiast na pewno świadczy ona przynajmniej o tym, że całą, dosłownie całą, historię nowoczesności czytamy błędnie. O Dantonie czy Robespierze można powiedzieć wszystko, ale nie to, że nienawidzili własnego ludu. Nawet w najgłupszych posunięciach przynajmniej starali się mu służyć, albo wręcz przeświadczeni byli, że tak właśnie czynią. Maksymilian prawdopodobnie naprawdę uważał, że większość Francuzów podobnie jak on byłaby w stanie oddać życie za wydmuszkę tzw. „Istoty Najwyższej”, i że instalując się jako jej „najwyższy kapłan” naprawdę pełni wolę narodu; oczywiście, bredził. Nie czytał dobrze nastrojów społecznych (co zresztą w wieku XVIII było jakby nieco bardziej usprawiedliwione, niż jest w naszym), i dał się ponieść osobistej pysze, nakręcanej przez kółko fanatycznych wielbicieli – ale intencja tutaj zawsze pozostaje szczera, i trudno odmówić człowiekowi politycznej konsekwencji. Obecnie wszakże, wszystko stoi na głowie – i współcześni „wyzwoliciele ludzkości”, bez przerwy mielący w gębach „Prawa Człowieka i Obywatela”, pragną jedynie tego, by lud siedział cicho i nie ważył się nawet podnieść palca w swojej obronie, dając się biernie prowadzić „oświeconym elitom”, które wiedzą lepiej, co dla niego korzystne, i szybko (dzięki propagandzie informacyjnej, szkołom i filmom – kto ma oczy do patrzenia, niechaj patrzy) wycisną z niego „społeczeństwo libidalne”,  wmówią, że jest psychopatą i zboczeńcem, i zredukują do zbitki najniższych popędów, upokarzających i wstrętnych dla każdego zdrowego mężczyzny i każdej zdrowej kobiety. Może i jestem wariatem, ale na ile mi wychodzi po chwili namysłu, jeśli coś takiego ma cokolwiek wspólnego w ogóle z czymkolwiek, to na pewno nie z Rewolucją Francuską, jakobinizmem i starym projektem wielkiej republiki narodu. Skąd zatem pochodzi? I czego jest spadkobiercą? Nie wiem, a nawet jeśli wiem, to nie powiem; powiem natomiast tyle, że niezależnie od wszystkiego należy natychmiast dokonać w naszej refleksji historycznej poważnej rewizji, bo inaczej nas – jak to się mówi – „na łyso ogolą”.

No i, poza tym, jeśli z jakiegoś powodu dba się o to, by taka dziwna skądinąd interpretacja dziejów była wszędzie, to znaczy, że to się nie dzieje samo, ale komuś na tym bardzo zależy. Niestety, rzeczony ktoś się nie ujawnia, co mnie osobiście nieco irytuje; i co samo w sobie powinno stanowić pretekst do ogólnonarodowej insurekcji zwieńczonej celebracyjną defenestracją sprawcy.

Tak czy inaczej, tzn. niezależnie czy poprzestaniemy na walce intelektualnej, czy przejdziemy do czynów (z których defenestracja pozostaje nieodmiennie najbliższa bogom), będziemy potrzebowali formacji i oręża myśli; a nie znajdzie się jej nigdzie lepszej niż tam, gdzie wszystko to zostało już przepowiedziane i dobrze opisane, i co – w konsekwencji – pozwala uderzyć „różowych” tam, gdzie najbardziej boli. Zwróćmy uwagę: ci ludzie nawet się nie kryli; oni to wszystko wymyślili, opisali, i potem przeszli do działania. Te teksty istnieją, i każdy je może poznać. A jednak – choć te literki nie kłamią, i wszystko mamy czarno na białym, z jakiegoś powodu bronimy się dokładnie tak, jak druga strona mogłaby sobie wymarzyć; co skłania mnie do licznych przemyśleń, zadziwia i zasmuca – no ale co ja mogę? Więc cicham; cyt-cyt.