Józef Maria Bocheński napisał kiedyś taką małą książeczkę pt. „Sto zabobonów”, w której obalał sto jego zdaniem najbardziej szkodliwych przesądów w chrześcijaństwie. Książka jest idiotyczna, a on pokazał się w niej jak skończony buc (co nie oznacza, że nim był – uprzedzam zarzut; zresztą za co go tak ludzie cenią, to szczerze mówiąc nie wiem), niemniej idea wydaje mi się wcale niezła, bo istotnie, obalanie zabobonów, względnie, jak się mówi teraz (niepoprawnie) „mitów”, to szczytne zajęcie. W tym tekście zatem, poniekąd w nawiązaniu do wpisu poprzedniego, chciałem zająć się obaleniem sześciu (a właściwie siedmiu – czyli sześciu) moim zdaniem najbardziej szkodliwych mitów dotyczących naszego ulubionego Gilberta, które wiszą nad jego recepcją jak ciężkie chmury gradowe, i – jak to ciemne chmury często czynią – sprawiają, że wciąż widzi się go trochę, że tak powiem, dziwnie; choć powinno się zupełnie inaczej. Oczywiście, wybór jest dowolny i robiony ad hoc, lecz choć na pewno znajdzie się jakiś wszystkoistyczny maniak, przekonany że mam u niego z jakichś niewiadomych względów wielki dług wdzięczności, i wyleci na mnie z pretensjami, że nie napisałem monografii, trudno; liczę, że generalnie różnica między monografią a blogiem jest w Polsce względnie przynajmniej rozumiana.

Do dzieła, zatem. Oto sześć (czyli siedem) naszych mitów straszliwych, tak jak je poukładałem, od ogółu do szczegółu.

1. „Chesterton był wielkim dzieckiem”. Ten mit, rozsiany po gigantycznym mnóstwie literatury przedmiotu, szczególnie wcześniejszej, znajduje przeróżne ucieleśnienia, od zachwytów o „wielorybie o sercu dziecka” po pogardliwe prychnięcia o „infantylnych epigramatykach”, zawsze wszakże sprowadza się do osobliwego przeświadczenia, że Gilbert nic nie czytał; i – i tutaj są dwie możliwości: albo kiełbasił fakty i gadał bzdury, albo miał „cudowną intuicję”, „sympatię”, dzięki której „przypadkowo” zupełnie doszedł do takich samych wniosków jak św. Tomasz z Akwinu. Rzut oka na biografię wystarczy, by rozbić tę bzdurę w puch. Chesterton był bibliofilem, niemal bibliomanem; czytał bez ustanku (wiążą się z tym oczywiście zabawne anegdoty z wpadaniem do kałuży włącznie), i słynny był w towarzystwie ze swoich kieszonkowych książeczek, po których bez ustanku bazgrał ołówkiem. Niektóre były mniej ambitne, niektóre jednak bardziej. Wiemy, że czytał „Summę teologiczną”; wiemy, że czytał sporo opracowań historycznych, eseje Carlyle’a, Newmana, Arnolda; wiemy nawet, że czytał w młodości trochę Platona, i wielką „Historię literatury angielskiej” profesora Kera. Gdy miał pisał biografie literackie, całe dnie spędzał w bibliotekach, wertując monografie. Był bardzo wykształcony, ściśle racjonalny – a fakt, że z rzadka tylko pokazywał to wprost, i rzeczywiście aby się o tym przekonać trzeba czytać nieco uważniej (acz naprawdę nie jest to aż tak trudne), wynikał ze świadomej metody pisarskiej. Chesterton chciał być czytany – i był czytany.

Prócz tego, mimo wszystkich swych dziwactw, był normalnym, dojrzałym człowiekiem, umiejącym zatroszczyć się o siebie. Przed śmiercią zgromadził naprawdę pokaźne oszczędności. Wszelkie próby zamieniania go w człowieka poniekąd niedorozwiniętego (jak to się czasem zdarza), wszelkie – jak to ująłem wcześniej – „przypinanie pupy”, wynika albo z ignorancji, albo ze złej woli, i skutkuje tym, że nie bierze się go na serio; tymczasem, aby go zrozumieć, Chestertona trzeba brać bardzo serio.

2. „Chesterton był konserwatystą”. Mit mitów i błąd błędów, z którym walczę niestrudzenie właściwie od początku mojej bardziej świadomej przygody z promocją dorobku tego autora. Oczywiście, w każdym micie jest ziarenko prawdy, i w tym wypadku również w jakimś bardzo, bardzo odległym, metaforycznym poniekąd sensie można by tego określenia użyć; niemniej, aby coś w pełnym sensie tego słowa zrozumieć, trzeba patrzeć na nie odległości, emocje i metafory, a na idee. Z tego punktu widzenia, Chesterton nie był konserwatystą w żadnym możliwym znaczeniu – i kropka. Był liberałem. Jeśli pisał na tematy społeczne, pisał zawsze w imię ideału wolności publicznej, serca liberalizmu europejskiego, a za inspirację służyły mu pisma francuskiej tradycji republikańskiej, angielskich radykałów, Woltera, Dantona, Foxa, Cobbetta, Rousseau. Jeśli akceptował, więcej – bronił – pewnych elementów potocznie uznawanych za konserwatywne, czynił to wyłącznie na gruncie faktu, że elementy te, choć w pojęciach potocznych właśnie (i to zarówno zwolenników jak i przeciwników) uchodzące za ogniwa reakcji, dają się pogodzić ze sprawą wolności publicznej, a wręcz służą jej lepiej, niż anarchistyczne nowinki. Natomiast uzasadnienie to, zawsze pozostaje kluczem do rzeczy; i bronić instytucji cechu dlatego, że jest demokratyczna, i dlatego, że jest antydemokratyczna – Kościoła dlatego, że daje wolność, i dlatego, że ją odbiera – to dwie kompletnie różne sprawy.

3. „Chesterton czerpał głównie ze średniowiecza”. Kolejny raz kulą w płot, choć tym razem nie aż tak bezzasadnie. Chesterton pisał o średniowieczu dużo, to fakt; mówił o „mediewizmie”, i był korporacjonistą. Chodziło o fakty, i o przykłady historyczne – o konkretny punkt odniesienia, moment, w którym własność funkcjonowała w stanie korzystnej społecznie dystrybucji. Natomiast fakty i historia nie przesądzają o ideałach, ani o osobistych sympatiach; i istotnie, jeśli wgryźć się w książki Gilberta nieco głębiej, zaskakujące jak źle, w ostatecznym rozrachunku (przede wszystkim wziąwszy pod uwagę kwestię pierwszą), autor ten pisał na temat wieków średnich. Wychowany na dziełach Scotta, Macaulaya i wigowskiej tradycji historycznej, Chesterton brał na celownik przede wszystkim ustrój feudalny, z jego „anarchią” i lojalnością nie wobec republiki, ale watażków plemiennych, czasami wszakże sięgając nawet po najtańszą historiopolityczną broń Anglików – Inkwizycję Hiszpańską, jej „krypty”, „tortury”, „mroki”, jej obsesyjną podejrzliwość i tyranię ideologiczną. Czy miał w tym rację, to inna sprawa; nikt nie musi mieć zawsze racji. Niemniej, poniekąd jak się powiedziało wyżej, najważniejszym punktem odniesienia pozostawał dla Gilberta zawsze wiek osiemnasty, konkretnie jego tradycja „nowego świata”, Jefferson i Rousseau, Thomas Paine, Danton i Robespierre, pierwsze parlamenty, demokratyczne delirium ludów (zwłaszcza irlandzki zryw 1798), „proste prawdy i prosty strój” tej heroicznej fazy antykapitalistycznego oporu. I istotnie, przy uważniejszej lekturze okazuje się jasne, że wieki średnie wchodziły w orbitę jego zainteresowań wyłącznie na tyle, na ile zwiastowały tę wielką jutrzenkę wolności – na ile były demokratyczne, egalitarne, antyfeudalne; gdyby zaś ktoś miał bardzo dużo czasu, i policzył (po prostu) ile razy odwołuje się w swoich dziełach Chesterton do średniowiecza, a ile do drugiego swojego ulubionego okresu w dziejach, Rewolucji Francuskiej, sądzę, że – dobrze to, czy niedobrze – przewaga drugiego z nich byłaby po prostu miażdżąca.

4. „Chesterton był lefebrystą”. Z braku lepszych opcji wybrałem taki właśnie termin, choć nie należy (rzecz jasna) rozumieć go dosłownie. Mam tu na myśli coś, co pan Andrew Greely nazwał kiedyś próbą „zawłaszczenia” GKC przez środowiska „tradycjonalistyczne” w Kościele. Owszem, Gilbert kochał Mszę „trydencką”; owszem, polemizował z protestantami, całe życie, i to czasami bardzo ostro. Niemniej jeśli spojrzeć na ducha, który przepajał jego religijność, okaże się on znacznie, znacznie bliższy Soboru Watykańskiego II, niż się potocznie sądzi. Idea katolicyzmu „otwartego”, szukającego porozumienia i okazji do dialogu, serdecznego, tolerancyjnego, akceptującego rozdział Kościoła od państwa i wielorakość kultur (z całym „inkulturacyjnym” zamieszaniem włącznie) – to Gilbert właśnie, przez całe życie, i w każdej jednej książce. Wynikało to zresztą ze specyficznych uwarunkowań religijności angielskiej, niemniej sam Sobór nie wziął się z niczego. Oczywiście, GKC na pewno nie pochwalałby ani trochę zachodniej (i nie tylko) przesady, natrętnego nowinkarstwa, konformizmu, który Maritain zawarł w pięknym (czyli przerażającym) obrazie „Kościoła na kolanach przed światem” – niemniej próżno ich przecież szukać w soborowych dokumentach; i uważam, że wiele zmian, właściwie wszystkie, a szczególnie zmianę formuły sakramentu spowiedzi (i jest to, rzecz jasna, pewien symbol), przyjąłby z otwartymi ramionami.

5. „Chesterton był apologetą”. Prawda, niemniej nie, jeśli uważamy to za jego zajęcie naczelne. Chesterton uprawiał apologetykę, owszem, i robił to wspaniale, ale stanowiło to ledwie uboczny wątek jego działalności. Zawodowo, i życiowo, był dziennikarzem, i pisarzem, politycznym. Tym się zajmował przede wszystkim, to lubił najbardziej, i to traktował jako swoją autentyczną misję, czego zresztą wielu – zwracając uwagę przede wszystkim na czysto literacką stronę jego talentu – nie mogło mu wybaczyć. Uważam, że słaba recepcja Chestertonowskiej myśli politycznej w Polsce, fakt, że „masowych” hołdów dla Rewolucji Francuskiej, niekończących się aluzji do teorii demokratycznej, otwartych russoizmów, a nawet tego, że Gilbert mówi momentami niemal dosłownie językiem Robespierre’a, zazwyczaj przeciętny polski „chestertonista” po prostu nie zauważa, wynika dokładnie z błędnego rozłożenia akcentów – i z tego, że zwraca się uwagę przede wszystkim nie na to, na co się powinno.

6. „Chesterton był powieściopisarzem”. Rookie mistake, jak się mawia za wielką wodą. Według własnych słów („Autobiografia”), Gilbert napisał tylko jedną „prawdziwą powieść”: „Człowieka, który był czwartkiem”. Reszta to gazetowa gorączka, tworzona dla pieniędzy. Wyjątkiem ksiądz Brown; ale o księdzu Brownie nie postała ani jedna powieść.

Skutek mniej więcej podobny, jak wyżej; i choć naprawdę, przesąd ten może pokutować wyłącznie wśród „nowicjuszy”, wielu zapewne wyrobiło sobie o Gilbercie błędna pojęcia (obojętne, czy dobre czy złe), biorąc za „klucz” do jego twórczości „Kulę i krzyż”.

(7). „Chesterton był mistykiem”. Na koniec, mit ostatni – i taki, w wypadku którego mam najwięcej wątpliwości. Jest to mit-nie-mit. Bo w pewnym sensie to zupełna prawda; wydaje mi się jednak, że zazwyczaj kompletnie błędnie się to ujmuje. Jeśli bowiem mistyka kojarzy nam się z trybem życia zakonu kamedułów, z codzienną komunią świętą, nieustającą modlitwą, różańcem w kieszeni, postami, milczeniem i ekstazami św. Jana od Krzyża – to cóż; u Chestertona się tego nie znajdzie. Gilbert chodził na Mszę raz w tygodniu (przed nawróceniem na katolicyzm prawdopodobnie rzadziej), spowiadał się raz na rok, i komunikował raz na rok. W „Kościele katolickim i konwersji” otwarcie przestrzegał zresztą, by nie być „bardziej duchowym od duchownych”. Nie był kontemplatykiem, i nigdy nie udawał, że jest. Natomiast, jak pisał Jacques Maritain (znowu, ale każdy ma swoich mistrzów), „Duch tchnie kędy chce” w więcej, niż jednym znaczeniu; i bywają ludzie głęboko zjednoczeniu z Bogiem, ale niepowołani do życia kontemplacyjnego, tylko aktywnego, w wypadku których zjednoczenie to zachodzi jak gdyby „niejawnie”, za pośrednictwem pracy, czynów moralnych, i prostej, ustnej modlitwy. Chesterton wydaje się poniekąd żywym dowodem na prawdziwość tych słów. Choć nie doświadczał ekstaz, nie pościł, i nie praktykował modlitwy myślnej, czy kontemplacyjnej, rozumiał sprawy Boże – o czym jego zawrotnie głębokie interpretacje Księgi Hioba świadczą aż nadto dobitnie – i niósł to rozumienie w świat, zgodnie ze specyfiką swego powołania. Znów zatem, na mój rozum przynajmniej, wracamy do kwestii „soborowej” i jawnego dowartościowania roli świeckich; i ostatecznie, możemy zamknąć nasz wywód w ten sposób: że jeśli ktokolwiek uważa, że Gilbert był święty (a świadczą o tym tysiące nawróceń z całego świata), ipso facto rozumie przesłanie Soboru, i nowego „stylu” chrześcijańskiego bycia w świecie; który nie wyklucza tego, co stare, ale dowartościowuje to, co historycznie najbardziej dla Kościoła „funkcjonalne” – i niewątpliwie, przyjedzie mu jeszcze wiele, wiele przemyśleć, i wiele przewartościować.

Jak powiedział pewien wspaniały duchowny: „Nie stawiajmy granic miłosierdziu Bożemu”.

Tak w każdym razie przedstawiają się różnorakie „mity” chestertonologiczne, na tyle, na ile jestem je w stanie zidentyfikować. Jak pisałem – nie piszę monografii; opieram się na własnym doświadczeniu, i – nie ukrywam – własnym „autorytecie”, bo jednak jako człowiek, który Gilberta czyta niemal zawodowo, i sporo już dla badania tego dorobku poświęcił (czasu, ale nie tylko), mam chyba pewne prawo przynajmniej do sygnalizowania zagadnień. Na szczęście, wiem co mówię; i uważna lektura niechybnie wykaże, że mam rację. Ja zaś do tej uważnej, szczerej, nieuprzedzonej lektury więcej niż zachęcam – bo tylko prawda jest ciekawa. I bo katolicyzm, ortodoksyjny, wierny, niezłomny, i płomiennie szczery, nie kończy się – zwłaszcza politycznie – tam, gdzie kończą się polskie horyzonty. Rozpoznanie czego nie jest zaś wcale „brakiem narodowej godności”, czy „polityką na kolanach”, tylko zdrowym realizmem, który jako jedyny może pozwolić nam przekraczać samych siebie – i znajdować siebie na drogach życia, a przede wszystkim w sobie, w „sercu osoby”, gdzie świat i Królestwo Boże naprawdę się stykają; i gdzie rozgrywa się, ostatecznie, cały dramat historii.

I tej świętej; i tej nieświętej.