No i co jeszcze powiem? Skończyłem poprawiać „Nowe Jeruzalem”, i przeszedłem do „Zbrodni Anglii”; jestem zachwycony, przede wszystkim dlatego, że bardzo mało znalazło się do poprawki, nawet od strony technicznej (cuda nad cuda? może to wszystko podpucha i nie ja pisałem?) — acz jeszcze bardziej przede wszystkim ze względu na treść, która jest cudowna, świeża, i orzeźwia jak mżawka wiosenna przy temperaturze dwudziestu na plusie. Im dalej w las wszakże, tym „ciemniej i tajemniej”, bo nie może być w życiu beczki miodu bez proporcjonalnej beczki dziegciu (z tą łyżką to propaganda sukcesu), i trochę dziwnie zachwycać się taką rewelacją mając świadomość, że wielu chciałoby zapewne Chestertona za tę książkę zastrzelić, a przynajmniej porządnie obić.

No tak; wielu katolików ma z tym problem, i świetnie to rozumiem. Kościół w XIX wieku określił się fanatycznie po stronie „starego ładu” (będącego tak naprawdę bardzo nowym ładem), i przykro z tym polemizować, nawet – że tak powiem – biernie, bo pomijając już kwestię nieomylności magisterium zwyczajnego i nadzwyczajnego (co do której powiem tylko tyle, że przejrzałem ze cztery katechizmy i swoje zdanie mam, które mi wystarczy), to po prostu trudno uwierzyć, żeby Kościół, w tym niektórzy jego najlepsi przedstawiciele, tak długo się co do czegoś mylił. Po prostu trudno – no i jakoś nieprzyjemnie przy okazji. Cóż więc – Chesterton czy Pius IX? Wydaje się, że choć miło było, to „żegnaj Chestertonie”. Niemniej na szczęście sprawa nie jest aż tak jednoznaczna, i oto dzisiaj znalazłem – proszę ja Państwa – dowód.

Oczywiście w czytaniach mszalnych z niedzieli przyszłego tygodnia (niestety, z przyczyn zawodowych nie mogłem iść na Mszę sobotnią); kto się rozeznał ten wie, że będzie o Abrahamie i Izaaku. Otóż historia Abrahama i Izaaka (czy ofiary z Izaaka) to jeden z najbardziej spektakularnych przykładów błędu, powielanego w Kościele od niezliczonej ilości pokoleń, i – co tym osobliwsze – owocującego absolutnie niedościgłymi wzlotami umysłu i wyobraźni. Nie da się skonstruować poprawnej interpretacji tej opowieści bez zrozumienia elementu kluczowego, jakim jest – jak to w kulturze hebrajskiej ogólnie – symbol centralny (jest to tzw. „prawo retencji”, choć może lepiej powiedzieć, że dobrze czytać teksty w całości, a nie po kawałku); czyli to biedne stworzonko, które Abraham ostatecznie składa w ofierze „zastępczo” za swojego syna. Od pokoleń, po-ko-leń, wmawiam się nam, że to jest niby baranek; i opracowuje się najbardziej karkołomne interpretacje mające w jakiś sposób usprawiedliwić moralnie uczynek ojca naszej wiary, oczywiście w generalnym schemacie „prefiguracji” ofiary Krzyża; ileż to się ludzie na ten temat napisali. Pomijam Kierkrgaarda, który był lutrem, ale św. Tomasz z Akwinu, przecież genialny ortodoksa, postąpił tutaj na przecież bardzo podobnie; i rozwinął subtelną doktrynę cnót tzw. „teologalnych”, których przedmiot i działanie przerasta nieskończenie poziom moralny, w związku z czym i tak dalej, i tak dalej, i tak dalej… Zapewne jest to słuszne, natomiast zastanawiam się, czy to ja oszalałem, czy może kto inny – bo przecież wystarczy sięgnąć do tekstu i wyraźnie stoi tam napisane, że to nie był żaden baranek, tylko baran; co w kulturze tak głęboko symbolicznej, jak żydowska, nie jest bez znaczenia. Zainteresowanych odsyłam choćby do znakomitej egzegezy o. Verlinde, która – choć przesadnie „psychologizująca” – odsłania naprawdę sporo.

W każdym razie: Abraham poświęcając Bogu syna „zabił” nie synostwo, tylko ojcostwo; faktycznie z tekstu wynika, że „zabił” symbolicznie samego siebie. I istotnie, to jest rozdział 21; w 23 umiera Sara, w 24 jej małżonek; Izaak staje się mężczyzną, odpowiedzialnym za siebie, i chodzącym przed Panem własnymi drogami.

Szczegół? Skrupulanctwo? Mało interesujące, nudne, miałkie, „no i co z tego”? To się proszę zastanowić; nie siedem razy – ale siedemdziesiąt siedem razy.

Wniosek? No, czasem tak bywa. Bywamy mądrzejsi nawet niż św. Tomasz z Akwinu – nie dzięki sobie; „jesteśmy karłami stojącymi na barkach gigantów”.

Tak też może być i z tą całą polityką, z kwestią wolności religijnej (o, to jest dopiero punkt zapalny), i ze wszystkim, co się nie odnosi bezpośrednio do zbawienia; i może faktycznie, to Chesterton miał rację, a nie Pius IX?

Lecz Jezus odrzekł: «Nie zabraniajcie mu, bo nikt, kto czyni cuda w imię moje, nie będzie mógł zaraz źle mówić o Mnie. Kto bowiem nie jest przeciwko nam, ten jest z nami»”.

Takie to przemyślenia moje prywatne na ten weekend. PAX.