…na niedzielę.

„To mówi Pan Bóg:
‚Ja także wezmę wierzchołek z wysokiego cedru i zasadzę, u najwyższych jego pędów ułamię gałązkę i zasadzę ją na górze wyniosłej i wysokiej.
Na wysokiej górze izraelskiej ją zasadzę. Ona wypuści gałązki i wyda owoc, i stanie się cedrem wspaniałym. Wszystko ptactwo pod nim zamieszka, wszystkie istoty skrzydlate zamieszkają w cieniu jego gałęzi.
I wszystkie drzewa polne poznają, że Ja jestem Panem, który poniża drzewo wysokie, który drzewo niskie wywyższa, który sprawia, że drzewo zielone usycha, który zieloność daje drzewu suchemu. Ja, Pan, rzekłem i to uczynię'”. (Ez 17,22-24)

A więc mamy to w papierach; Bóg jest rewolucjonistą.

I co? No i właśnie się zastanawiam. Jest to znany paradoks, obserwowany bardzo często przez znaczniejszych przedstawicieli innych kultur; jak powiedział Gandhi: „macie w rękach dynamit, lecz nic z nim nie robicie” (dodając kiedyś indziej: „lubię waszego Chrystusa, lecz chrześcijan już nie bardzo…”). Słuchają ludzie tych słów w kościele tak często, i od tak niepamiętnych czasów; a potem, gdy wychodzą, wszystko się kończy. Boża rewolucja jest dobra przy ołtarzu, jeszcze jak jest względnie milutko, trochę kiczowato, i dzieci czytają; ale tu, teraz, już – na ulicy? Bądźmy realistami. I istotnie, jak to możliwe, że takich słów, wprost wibrujących energią przewrotu, przez całe wieki używano do obrony najgorszego skostnienia i znieczulicy, koteryjek, wygody towarzystw „jak dobrze nam ze sobą”?

Pamiętam, jak wyczytałem to swego czasu a propos Saula Alinskyego, który szkoda, że jednak nie dał się nawrócić, i nie został „nasz”; gdy organizował czarnych robotników gdzieś w slumsach Chicago, gazety trąbiły ze świętym oburzeniem: „Saul Alinksy jest diabłem, dość nadstawiania drugiego policzka; miłosierdzie chrześcijańskie też ma swoje granice”. I proszę; miłosierdzie milionerów, monopolistów, wyzyskiwaczy, tych, o których dosłownie powiedzieć można, że „miażdżą twarze ubogich”. Czytajmy – stąd ten nawias – historię uważnie, a zrozumiemy więcej, niż nam się wydaje.

A więc: naprawdę? Naprawdę to musi być w ten sposób?

„Not while I got my freedom; not while I got my gun”. 

No i na szczęście: nie w wypadku Gilberta; bo Gilbert jak coś czytał, to wyciągał wnioski. I wciąż staje mi przed oczyma, ilekroć dumam nad tym smutnym stanem rzeczy, „wieczysta rewolucja zieleni”, ta porywająca wizja, którą opisał w Irlandzkich impresjach.

Szczególnie że czytał Pismo święte często i dużo; a proroków w szczególności. Przypadek zatem? Nie sądzę. Miłej niedzieli.