Z kwestią Chestertonowskiej diady patriotyzm-antyimperializm łączy się pewna zabawna opowieść, którą warto tutaj przywołać; temat jest bardzo istotny (choć może w kraju „ja się polityką nie interesuję” to nie taka znowu oczywistość), więc jeszcze go trochę pociągniemy.
 
Było to roku 1899; niespełna dwudziestoletni Chesterton, pomalutku znajdujący grunt w światku literackim, umówił się ze swoim przyjacielem na spotkanie pod salą koncertową Queen’s Hall w Londynie. Traf chciał, że dokładnie tego samego dnia o tej samej porze odbywała się tam demonstracja imperialistów, mająca stanowić wyraz poparcia dla drugiej wojny burskiej.
 
Druga wojna burska zaczęła się — oczywiście– w imię obrony uciskanej mniejszości angielskiej (pardon, brytyjskiej, niech żyje wielkonaród) z Afryki Południowej (jak widać, nasz „dobrosąsiad ze wschodu” nie pierwszy jest i nie ostatni). Tłum, rozgrzany do czerwoności z „patriotycznego” zapału, skandował nazwiska rzekomo zamordowanych przez burską policję i nawoływał Brytanię, by odegrała wobec niegodziwych Afrykanerów rolę bicza Bożego. Dwaj młodzi ludzie — jak to z młodymi ludźmi bywa — dali się ponieść ogólnemu uniesieniu i zaproponowali własne zawołania. Zaczęło się zatem od gromkiego „hurra” dla pana Chamberlaina; potem — dla pana Rhodesa; następnie przyszła kolej na panów Beita i Ecksteina, a cała seria znalazła godne siebie zwieńczenie w nazwisku znanego przecież wszystkim Anglika z dziada pradziada, pana Albu.
 
Potem ludzie wokół zrozumieli co się dzieje i zaczęła się walka wszystkich przeciwko wszystkim; naród angielski potwierdził przez krew przekazywane zamiłowanie do boksu, a GKC, choć z własnego pojedynku wyszedł zwycięsko, stracił zegarek.
 
Jak to zwykle bywa z Chestertonowską „Autobiografią”, opowieść niniejsza ma głębszy sens; rzecz jasna, jest to temat na osobną analizę krytyczną, a my się musimy ograniczać. Można jednak ograniczyć się do tego, co najbardziej oczywiste i wskazać na jeden wymowny fakt, zresztą chyba najistotniejszy: że najlepszym narzędziem w walce z imperializmem jest poczucie humoru.
 
Temat naprawdę nie jest tak błahy, jak mogłoby się wydawać; poczucie humoru — w ogóle, a w kontekście polityki w szczególności — odgrywało u GKC niemałą rolę. Po pierwsze: Gilbert zawsze powtarzał, że humor to rzecz możliwie najbardziej narodowa ze wszystkich; jeśli połączymy te dwie rzeczy i dobrze się nad nimi zastanowimy, zrozumiemy, o co chodzi w Chestertonowskiej doktrynie, by w myśleniu patriotycznym skupiać się na rzeczach najmniejszych i najprostszych (jest to zresztą jej absolutny, że tak powiem, nerw żywotny). Po drugie: w „Co widziałem w Ameryce” (z jakiegoś powodu odbiór jest mniejszy, niż w wypadkach innych książek, duży błąd), GKC sformułował pozornie niepoważną, a faktycznie genialną koncepcję porozumienia międzynarodowego, opartego na wzajemnym obśmiewaniu się przez różne narody.
 
Jak zwykle, ja tutaj tylko wymieniam pewne zasadnicze motywy, kreślę zarys; wysiłek osobistej refleksji otworzy przed nami wszystkie drzwi i pokaże wszystko, co potrzebujemy wiedzieć.
 
Podejmujemy tutaj wszakże temat zarysowany w poprzednim tekście; i to w w tym kontekście stwierdzenie to — jak mnie się przynajmniej wydaje — zyskuje największą wartość. Bo istotnie, poczucie humoru to najskuteczniejsza metoda walki z patriotycznymi nadużyciami — u siebie. I nie chodzi tylko o imperializm jako taki; ale o wszystko, cokolwiek może obrzydzać patriotyzm tzw. „zwykłemu człowiekowi” i robić z niego (tj. patriotyzmu, chociaż zwykłego człowieka poniekąd też) wydmuszkę — całą tę przedziwną atmosferę świętości i namaszczenia, ten nastrój jakiejś wielkiej tajemnicy bytu i wysilonego tragizmu, to przejęcie, jakby się uczestniczyło w przekazaniu straconego słowa, krótko mówiąc: wszystko, cokolwiek każe traktować Ojczyznę jako coś, czym nie jest; i z czego słusznie (przynajmniej momentami) wyśmiewał się Gombrowicz. Humor (prawdziwy i smaczny, rzecz jasna, nie obrzydliwy) pozwala przebić ten pusty balonik i spojrzeć na swój kraj z pewnego dystansu, co nie oznacza wcale, że się go mniej kocha. No, chyba że ktoś nie potrafi kochać go bez balonika; ale to właśnie problem, z którym należy się zmierzyć.
 
Szczególnie w Polsce; ja tak przynajmniej uważam. Nasz kraj miał trudną historię — i z trudów tych, do dziś chyba nie udało się nam otrząsnąć. Głębokie podziały społeczne, zaznaczające się właściwie we wszystkich sferach życia publicznego, wielkich i małych, nie omijają bynajmniej i spraw najbardziej fundamentalnych; i faktycznie, można odnieść wrażenie, że Polacy w kwestii stosunku do własnej Ojczyzny miotają się bezustannie między religijnym niemal uwielbieniem a fanatyzmem nienawiści, między groteskowym namaszczeniem a pogardliwą szyderą, nie potrafiąc znaleźć owego zdrowego środka, który jest niezbędny do funkcjonowania prawdziwie ludzkiego.
 
I który w każdym wypadku oznacza zdrowie.
 
I choć wiadomo przecież, że coś podobnego wymaga nie lat nawet, chyba nie dziesięcioleci, a być może wieków, że szansa na sukces jest nikła, a droga bardzo daleka, to można chyba liczyć, że przy odpowiedniej dozie wysiłku i starań, odpowiednim natężeniu inicjatyw oddolnych i odpowiedniej wierze, być może uda się zasiać w narodzie ziarno prawdziwie nowej jakości, które przyniesie owoc w swoim czasie.
 
Oczywiście, może i się nie uda; ale tu też nie pozostaje chyba nic innego, jak podejść do sprawy — z humorem.
 
Powyżej: najsłynniejszy polityczny żart rysunkowy świata.