Ech; znów nadprodukuję. Ale naprawdę – co się zrobi, no co się zrobi, człowiecze, gdy wszechświat sam ciągle wysyła sygnały?

Bo oto w związku z ostatnimi ruchami prezydenta Trumpa względem gigantów internetowych, pewien znany polski publicysta (którego również cenię i szanuję, mimo iż się nie zgadzam i tak dalej, o czym za chwilę) zwrócił uwagę na problem „totalitaryzmu prywatnego”, wprowadzanego nie przez państwa, ale wielkie korporacje zarządzające danymi, a opanowane przez „pomiot Sorosa”. Jak dodał: „stara się to uświadamiać od dawna” (czy coś takiego). No i na dziś właściwie wpisik można by skończyć na tym; bo KTO, pytam, uświadamiał o tym nie od dawna, nie od niedawna, tylko ponad sto lat temu?

Problem jest taki, że myśl ludzka nie nadążą za własną kreatywnością i nigdy właściwie nie udaje jej się przewidzieć prawdziwego kształtu postępu technicznego. Nie mając pojęcia o takich możliwościach krążenia danych, jakie mamy dziś, Gilbert i pan B. opierali swoje przewidywania na refleksji nad przeszłością i odtwarzali w swych wizjach, po prostu, starożytny system niewolniczy z lekką poprawką na nowoczesne warunki państwowe; stąd te wszystkie osiedla niewolnicze, prawny przymus pracy, kary cielesne i tak dalej, których obrazy roztaczają przed nami w swoim bardziej emocjonalnym pisarstwie. Wielu to razi – i, trzeba przyznać, trudno tego nie rozumieć, bo faktycznie trąci to momentami myszką i co do litery sporo minęło się z życiem. Natomiast, jak nigdy nie należy przestać podkreślać, są w czytaniu dwie zasady, bez których to-że mija się z celem: zasada rozróżnienia istoty i rzeczy nieistotnych i zasada dobrej woli. A żeby prosto aplikować je do problemu, przed którym stoimy, wystarczy wykonać sobie taki oto eksperyment myślowy: bo co pisaliby Gilbert z Bellokiem, gdyby mieli jakąkolwiek świadomość współczesnych możliwości gromadzenia i analizowania danych, jakie zapewnia komputer?

Bo wszystko to, co w przewidywaniach dystrybucjonistów odnośnie do ewolucji życia państwowego efemeryczne i nieaktualne bierze się dokładnie z jednej rzeczy: z tego, że nie przewidzieli wynalezienia komputerów i rozwoju komunikacji telefonicznej; bo to komputery i telefony właśnie, umówmy się, pozwoliły na tak ogromny rozwój polityki socjalnej, jaki widzimy dzisiaj, bez uciekania się do środków przymusu bezpośredniego. Gdyby zaś nie istniały (o ile jest w ogóle sens się nad tym zastanawiać) – jak wyglądałaby polityka naszych państw w takim wypadku? I czy faktycznie można by wprowadzać tak skomplikowane programy społeczne, wymagające tak ogromnej koordynacji i kontroli, bez gromadzenia ludzi w jednym miejscu i organizowania im czasu dokładnie jak w więzieniu? To jednak wszakże tylko naprawdę sprawa uboczna; bo wszystko to, co w tych przewidywaniach istotne – ich duch, ich logika, ich sedno i sens właściwy, wszystko to, słowem, co nie dotyczy warunków materialnych, a co nie wiąże się przecież z kwestią szczegółowej realizacji, znajduje potwierdzenie, co też widzimy na załączonym obrazku.

Rozwarstwienie majątkowe zwiększyło się do poziomu nieznanego nigdy wcześniej w historii; możliwości kontroli społecznej – takoż; polityka stała się biznesem, a biznes polityką; sztuka służy biznesowi; media służą biznesowi; uniwersytety służą biznesowi; biznes rozdaje karty w historiografii i debacie publicznej, jednym pozwalając mówić, innym zamykając usta; biznes, rozporządzając dotacjami, otwiera lub zamyka muzea i miejsca pamięci; biznes kieruje nauką, rozkręca lub dławi programy badawcze, zamawia ekspertyzy i tuszuje ich wyniki; biznes, wreszcie, obala lub ustanawia rządy – w wypadku państw dużych wciąż pośrednio, ale w wypadku małych niemal całkiem jawnie. Cała polityka społeczna nastawiona jest wyłącznie na zwiększanie poziomu inwestycji międzynarodowych koncernów i dostarczaniu im taniej i ideowo bezbronnej siły roboczej; i, ogółem mówiąc, cała kultura, cała cywilizacja, wszystkie sprawy i życie narodów – wszystko to istnieje i trwa w cieniu wielkiej, kolosalnej postaci wielkiego biznesmena, międzynarodowego kapitalisty, pana życia i śmierci – twojego pana i mojego pana.

I czy to naprawdę tak wiele zmienia, że Gilbert – nie potrafiąc sobie zapewne wyobrazić jaki stopień skomplikowania może osiągnąć system finansowy kraju (fundacje, fundusze, granty itp.) – i jaką perfidię sposoby kontroli ideologicznej – pisał trochę naiwnie (w Utopii lichwiarzy, konkretnie), że po prostu cała sztuka będzie reklamą, a państwa ulegną likwidacji? Otóż całą sztuka obecnie jest reklamą, a państwa faktycznie uległy likwidacji – choć nie dosłownie i nie na pierwszy rzut oka; tylko że na to już jakoś nikt nie zwraca uwagi. Śmieją się z niego, po prostu, jak śmiali się i na początku wieku XX. Tylko że każą sprawę rozpatrzeć można przynajmniej z dwóch punktów widzenia; i cokolwiek nieroztropnie byłoby śmiać się z Jeremiasza że o Chrystusie pisał per „odrośl Dawida”.

Tak czy inaczej: śmiechy podnoszą się i ustają, a karawana jedzie dalej; dokładnie tam, gdzie Gilbert myślał, choć nie dokładnie tymi samymi drogami. I jeśli nawet publicyści z prawicy polskiej, wychowani na korwinizmie i od kołyski (intelektualnej rzecz jasna) pojeni przeświadczeniem, że „egoizm jest korzystny dla ogółu” a „rynek reguluje się naturalnie” dostrzegają, że problem istnieje, to znaczy, że istnieje; i że jest już prawdopodobnie tak ogromny, że nie da się go nie dostrzec. Miło zatem, że ta historia ta znalazła swoje szczęśliwe zwieńczenie i sprawiedliwość spojrzała z nieba – choć męczy mnie, i to na koniec, jedno pytanie, które sprawia, że przestaje być tak sielankowo.

Bo czy taż prawica polska dysponuje czymkolwiek, czymkolwiek – powiadam – jakimkolwiek, najmniejszym choćby narzędziem intelektualnym pozwalającym taki stan rzeczy potępić – już nie wspominając, że znaleźć rozwiązania? Jeśli tak, to dobrze; ale obawiam się, niestety (a przecież coś o tym wiem), że wcale tak dobrze nie jest, ani nie będzie – bo gdyby było, lub być miało, to na pewno nikt nie nazwałby takiego totalitaryzmu „prywatnym” ani nie udawał, że własność wielkiej korporacji ma cokolwiek do czynienia z „prywatnością”; co zresztą (powiem Państwu w zaufaniu) stanowi, jeśli się to dobrze przemyśli, klucz do rozwiązania. Ale to już historia inna; ciekawsza.