Rzeczywistość polityczna Polski obfituje, jak zwykle, w formy i treści, i tyle tego, że aż czasami można dostać zawrotów głowy z nadobfitości tematów; jeśli jednak mam o czymś pisać, napiszę przynajmniej o czymś, głośny, co też – jak się składa – dość trafnie obrazuje mentalność społeczeństwa, w którym przyszło nam żyć. Ad rem.

O co chodzi? Oczywiście o niedawną „aferę” zasadzającą się na tym, że oto ogół ludu polskiego przekonał się, że politycy wypłacają sobie hojną rąsią pieniążki za „dobrze wykonaną pracę”. Rwetes się zrobił i rejwach nieprawdopodobny, oburzenie pełne, kamery, mikrofony, konferencje, billboardy, akcje twitterowe – no i grande finale, polegający na, jak ktoś to ładnie ujął, spektakularnym „zwrocie świni” do adresata. Oczywiście, można się przy okazji całej sytuacji nieco pobawić, i istotnie, założyłem się sam ze sobą o dobre piwo, że za dwa miesiące śladu po tym świętym oburzeniu zdolnym wstrząsnąć podstawami państwa nie zostanie, i ludzie zainteresują się czymś innym, być może na korzyść rządu, być może na niekorzyść, co też przesądzi prawdopodobnie o przyszłości Polek, Polaków i ich dzieci na następne lata. Żyć nie umierać, reklama dźwignią reklamy.

No ale to jakby dygresja, więc wracam do tematu. O co mi chodzi? Czyżbym włączał się niniejszym w chórek tych, którzy utrzymują, że właściwie nic się nie stało, i wicie, „murem za” tym, tamtym czy owamtym? No oczywiście, że nie; natomiast męczy mnie w tej sprawie jedna rzecz. To mianowicie, że wszyscy nagle zachowują się, jak gdyby nie wiedzieli, że to się dzieje. Osobiście nic nie rozumiem. Oczywiście, występuje w sprawie czynnik wyjątkowy, w postaci dwóch zwalczających się klanów polskich, z których każdy – jak to z klanami bywa – jeśli wykryje jakieś nadużycie u przeciwnika, wykorzystuje je jako maczugę do bicia po głowach, natomiast jeśli u swoich, gotów bronić ich własną piersią i udawać Greka; to jest, ale przecież większość Polaków się w ten spór nie angażuje, a więc nie ma podobnych motywacji. Skąd się to zatem, zapytuję, bierze? Przedstawię rzecz na przykładzie: jadę do rodzinki na wieś, wysiadam z samochodu, patrzę tu patrzę tam – nikogo; więc zaczynam łazić błędnie po obejściu szukając żywej duszy. Widzę nagle jakiś dziwny budynek o charakterystycznej woni. Myślę: „może to tam się wszyscy pochowali”? Podchodzę do drzwi i widzę tabliczkę z napisem „chlew”; wsadzam głowę, patrzę i stwierdzam – no faktycznie: chlew; wchodzę do środka, i pierwsze co robię, to „wdeptuję”. Jak żyć – jak reagować? Mam zasadniczo dwie możliwości. Albo stwierdzić, że tak to już w chlewie bywa, próbować się wyczyścić i wyciągnąć wnioski na przyszłość – albo zacząć biegać z płaczem po okolicy i wrzeszczeć na wszystkich z płomiennym żalem, że jak to możliwe dopuścić do czegoś takiego, co to za obyczaje, zgroza-zgroza, morderstwo, domagam się natychmiastowej interwencji! (Rodzinie też się dostaje, bo wróciła z kościoła.)

Teraz pytanie: czy gdybym wybrał opcję drugą, wyglądałbym jak – poważnie, czy raczej może niepoważnie?

Po prostu naprawdę pojąć nie potrafię. Buduje się system z założenia funkcjonujący na zasadzie kasty zamkniętej; w którym całą Polską rządzi wielka rzesza urzędników i urzędniczek państwowych, stłoczona w  jednym równomiernie oddalonym od wszystkiego miejscu, jakim jest Warszawa, w większości z nominacji i kompletnie anonimowa, tych zaś, którzy są spośród niej najmniej anonimowi zna się najwyżej z telewizji i wybiera w okręgach wyborczych większych niż dawne stolice państw, która sama ustala sobie wynagrodzenia i dodatki do wynagrodzeń, właściwie uznaniowo, w mechanizmie, w którym jasne i przejrzyste jest wyłącznie to, że nic nie jest w nim jasne i przejrzyste – a potem, jak pojawiają się przekręty i smrodek, wszyscy zaczynają robić wielkie oczy, otwierają gęby z osłupienia, i oburzają się moralnie.

Rodacy, powagi troszkę.

Znaczy ja nie wiem, może oszalałem, ale to chyba nie odkrycie, że gdzie władza, tam pojawiają się nadużycia władzy; i od początku historii (a szczególniej artykułowano to w wieku XVIII) wiadomo było, że jedynym sposobem, aby je zminimalizować, jest ograniczenie jednej władzy inną władzą. I nie chodzi tylko, jak to sobie wyobrażają ci, którzy się uczą polityki z pewnych gazet (gdzie te czasy, kiedy faktycznie dało się to robić!), o tzw. „trójpodział”, tzn. żeby jedne ogromne instytucje państwa potrafiły skutecznie podbierać wpływy innym ogromnym instytucjom państwa; tylko o taką władzę, która jest faktycznie władzą jedyną – czyli o rozum i wolę każdego żyjącego w państwie człowieka, o kontrolę oddolną, o nieustanne poddawanie rządzących surowemu sprawdzianowi i możliwość realnego i zdecydowanego wpływania na losy kraju, o wiele punktów oporu, o wiele ośrodków wpływu, o nieustanną partyzantkę polityczną, dbającą, żeby polityka faktycznie odpowiadała własnym i wyjątkowym uwarunkowaniom narodu, który ją generuje.

I to się nazywa, rzecz jasna, obywatelstwo.

Jak pisałem, od początku eksperymentów z „władzą ludu” robiono co się dało, żeby zadbać o taki właśnie stan rzeczy, i faktycznie można tutaj proponować najróżniejsze rozwiązania, od zmiany ordynacji i kontroli kampanii wyborczej, po coroczne wybory; natomiast to jest ledwie taplanie się na powierzchni. Prawdziwy problem zaś, leży znacznie głębiej – a jest nim przede wszystkim tzw. „mentalność społeczna”, czyli to, w jaki sposób ludzie myślą i odczuwają w życiu codziennym; czy mają nawyki wolnych – czy może właśnie wręcz przeciwnie. To zaś, w zasadniczej mierze zależy od spraw gospodarczych – bo to tutaj, wokół najbardziej podstawowych kwestii życia, jedzenie, picia, snu, dysponowania własną siłą fizyczną i mentalną, czasem i pieniędzmi, kształtuje się nasza perspektywa, i nasz sposób rozumienia rzeczywistości społecznej. Innymi słowy, zaczęło się od trustów; i proszę zwrócić uwagę, że jak okazuje się, że Volkswagen czy Honda coś tam fałszowały, chachmęciły przy produkcji, i ordynarnie oszukiwały swoich konsumentów, to wszyscy co najwyżej wzruszają ramionami: „No cóż; tak to bywa. Business is business, najwyżej można kupować sobie inne samochody”.

O czym to świadczy? I czy to naprawdę nie ma związku jedno z drugim?

No, w każdym razie warto się zastanowić, trochę poczytać, poznać historię kontynentu i klika rzeczy przynajmniej nieco zakwestionować. Tak mi się przynajmniej wydaje. Problem jest dość złożony – i powrót do nieco innego sposobu myślenia społecznego to po prostu gigantyczna trudność, wymagająca sporo preparacji, w szczególności – póki co – intelektualnej. Natomiast po reakcjach na wyżej opisane wypadki sądząc, jednak w polityce wciąż wygląda to inaczej – i mimo wszystko ludzie celują w nieco wyższe ideały; jeśli tak, to dobrze byłoby pójść wyznaczaną przez nie drogą, i zacząć wyciągać wnioski. Co zatem potrzebne jest, aby polityka stała się czystsza i bardziej przejrzysta? Jakie są warunki dekoncentracji władzy? Jak to się przekodowuje na sferę kultury, nauki, wymiany opinii, używania słowa? Wszystko ma związek ze wszystkim, i wszystko się łączy; fascynująca wyprawa, na której każdy krok piękniejszy jest od drugiego. A jeśli ktoś chciałby znaleźć na tej ścieżce jakiegoś przewodnika, to jest on bliżej, niż się na ogół sądzi.

„Nie twierdzimy, że w zdrowym społeczeństwie własność ziemska powinna być tylko jednego typu; albo warunki posiadania takie same dla wszystkich posiadaczy; albo relacje polityczne takie same dla wszystkich politykujących. Chodzi tylko o to, że władza centralna potrzebuje innych, mniejszych ośrodków władzy, które by ją równoważyły i ograniczały, te zaś z konieczności muszą być wielorakie: niektóre indywidualne, niektóre komunalne, niektóre urzędowe, i tak dalej. Niektóre z nich prawdopodobnie będą nadużywać swych przywilejów; uważamy wszakże, że drobna instytucja nadużywająca władzy to perspektywa lepsza, niż trust czy państwo, które mogą co najwyżej nadużywać wszechmocy”.

To, oczywiście, Gilbert z Normalności w zarysie. Moim skromnym zdaniem nic dodać nic ująć; jak zwykle.