No tak. A więc jest styczeń. Tylko że jak jest styczeń, to nie ma czego innego; w związku z czym odczuwam potrzebę wywnętrzenia.
 
Tak to już bowiem jest, że w styczniu czuję się tak, jak gdybym musiał uchodzić z kościoła (takiego właśnie przez małe „k”). Spędzam w nim tygodniowo całkiem sporo czasu, i to już od kilku lat, i bardzo, bardzo niedobrze mi jest, kiedy czuję się wyalienowany; no ale stycznie są przeklęte — i tak też w ostatnią niedzielę miałem ciężkie chwile.
 
Po pierwsze, nie bardzo rozumiałem ten „Dzień migranta i uchodźcy” wciśnięty przez Ojca Świętego na siłę, politycznie, bez żadnego związku z kalendarzem liturgicznym, czy bez jakiejkolwiek zmiany czytań Słowa Bożego, tak żeby było bardziej do sensu, w związku z czym modlitwy się rozkleiły z resztą i zrobił się ogólny chaos. Po drugie, zaraz na wstępie odprawiający Mszę ojciec raczył był podzielić się z nami swoim przemyśleniem, że jakkolwiek „Caritas pomaga na miejscu”, to „nie uspokaja to naszych sumień, że nie wpuszczamy tych ludzi do naszego kraju, aby pomagać im tutaj, prawdziwiej-realniej-konkretniej” (co jest naprawdę jakieś wybitne, bo tylko człowiek o bardzo złej woli nie może dostrzec, o co tutaj naprawdę chodzi i kto wykazuje się, a kto nie, w tej sprawie roztropnością). Po trzecie, podczas kazania „zapomniał”, że „Lumen Fidei” napisał właściwie w całości Benedykt XVI (ciekawe, bo dominikanie często mylą tę sytuację, i utrzymują, że „na cztery ręce” napisane było „Evangelii gaudium”…) i w ogóle nawet o nim nie wspomniał. Po czwarte, w ogłoszeniach usłyszałem o co najmniej trzech-czterech przedsięwzięciach „ekumenicznych”, i nie zabrakło oczywiście ciepłych słów na 500-lecie reformacji.
 
No i cóż? Kościół po raz kolejny staje w sporze politycznym po złej stronie; i nie tylko tutaj. „Jeśli rzeczywiście kocham tego, o kim uważam, że jest w błędzie, że jest pozbawiony owej prawdy, którą dane mi było poznać — muszę cierpieć. Nie tak, wydaje mi się, wygląda to w wypadku współczesnych pseudo-ekumenistów, tańczących z radości ilekroć uda im się wywąchać najdelikatniejszy choćby zapach herezji w tym, co dotyczy najdroższych im braci odłączonych. Kochają prawdę mniej, niż ich. Gdyby kochali ją ponad wszystko, cierpieliby — tak ze względu na prawdę jak i swoich braci — cierpieliby, powiadam, widząc, że ich bracia są w błędzie i nie poznali prawdy. Ten właśnie element cierpienia, element autentycznej boleści, to nieodłączny znak prawdziwie braterskiego dialogu” (tłumaczyłem z angielskiego). Tak pisał o sprawie, w 1965 roku, to znaczy już po wstąpieniu do klasztoru w Tuluzie, wielki Jacques Maritain, przez wielu bezrozumnie oskarżany dzisiaj o współodpowiedzialność za obecny stan rzeczy. Ja się na ogół zgadzam z Maritainem, więc zgodziłem się i w tym wypadku.
 
Ogółem smutek; ale nie ma takiego smutku, na który nie znalazłoby się lekarstwo. Pomijam już kwestię porywających porad zawartych w tej sprawie w Księdze Przysłów, bo można celować znacznie niżej, i znacznie bardziej przyziemnie; i zamiast po dobre wino, sięgnąć do książek — w naszym wypadku zapewne wiadomo jakich. I nie mówię nawet już o samej literze cytatów, czy to piękniejszych, czy tych bardziej oklepanych, jak ten o Kościele, który nie zmienia się wedle świata, ale zmieni świat. Chodzi o pewną ogólność ducha.
 
GKC uosabiał właściwie wszystko, o co chodziło w Soborze Watykańskim II — co jest zresztą niezmiernie zastanawiające. Pracujący dziennikarz bez specjalnego zacięcia do kontemplacji, ale potrafiący wprowadzać Ewangelię tam, gdzie się jej najmniej spodziewano, demokrata i piewca Rewolucji Francuskiej, przyjaciel niezliczonej ilości ateistów, agnostyków, teozofów, wreszcie protestantów różnych proweniencji (z których wielu pomógł zresztą odnaleźć właściwą drogę), potrafiący rozmawiać prawie z każdym (publicznej dyskusji odmówił bodaj raz w życiu — z Alaistarem Crowleyem) i prawie wszystkich godzić (co niezmiernie przydało się przy prowadzeniu Ligi Dystrybucjonistycznej), nie wikłał się w żadne efektowne ale i czysto powierzchowne inicjatywy, w żadne miłe ale głupie gadanie, w żadne przyjemne pozoranctwo czy zamaszyste, ale nieodpowiedzialne gesty, które właściwie niczemu nie służą, a mogą sporo namieszać, i sporo zaszkodzić. Gdy był w Ziemi Świętej, nie poszedł do meczetu, ani do synagogi, ani nawet do cerkwi; gdy przebywał w Stanach Zjednoczonych, nie poszedł czytać Biblii na nabożeństwie prezbiterian; choć cenił wielu socjalistów, nigdy nie udawał, że da się pogodzić ich poglądy z doktryną katolicką. Być może dlatego, że szanował siebie; i zapewne dlatego, że szanował tych, z którymi się nie zgadzał.
 
Po co miałby udawać, że jest inaczej, niż jest?
 
To jest naprawdę strasznie, nieprawdopodobnie proste; i trudno uwierzyć, że tak niewielu — jak się wydaje — jest to dzisiaj w stanie zrozumieć. A jednak — przecież byli tacy, którzy to rozumieli. A wiemy przecież, że co się zrobiło raz, można zrobić i drugi; że każdy z nas ma taką samą naturę. I że skoro pewne rzeczy nie przekraczają możliwości prowadzonego przez wiarę rozumu, to potencjalnie wszyscy mający rozumy prowadzone przez wiarę są w stanie do nich dojść. I kto wie? Być może naprawdę do nich dojdą. A wtedy wrota się przed nami otworzą.
Póki co wygląda to tak, jak wygląda; i jakoś żyć trzeba.
 
No cóż — ora pro nobis…
 
I osobiście za mnie (jest to przywilej autora); żebym już miał trochę spokojniej.