Miałem już przygotowany inny temat, nieco dla mnie ważniejszy, ale póki co — możliwie krótkie nawiązanie do poprzedniej notatki.
 
Jak ktoś zapewne zauważył, mimochodem poczyniłem tam aluzję do problemu państwa chrześcijańskiego; warto to nieco rozwinąć — ponieważ właśnie stosunek do kwestii politycznych (społecznych, powiedzmy, choć „polityczny” to lepsze określenie, jeśli je dobrze rozumieć) szczególnie dobrze pozwala sprawdzić, czy patrzy się na wnętrze, czy na zewnętrze, na pozory, czy na istotę; czy ma się oczy serca „światłe” (czy względnie światłe), czy jednak nie do końca.
 
GKC politycznie stanowi (chyba?) dla wielu szczerze zaangażowanych chrześcijan w Polsce spory problem; z wielu względów, ale  najlepiej będzie chyba tutaj możliwie jak najbardziej zawęzić problem i wskazać na coś konkretnego; i nie może to być oczywiście nic, poza sumpatią do Rewolucji Francuskiej i jej ideałów demokratycznych. Wielu ludzi patrzy na to jak na jakiś kompletny paradoks. No jak to? Niby chrześcijański myśliciel społeczny, a popiera coś takiego? A te rzezie? A dechrystianizacja? Przecież Rewolucja zdławiła chrześcijański ustrój państwa, wzorową, katolicką monarchię!
 
I tutaj właśnie, abstrahując od oceny Rewolucji jako takiej, że tak powiem, włącza mi się lampka ostrzegawcza. Ekspertem od dziejów Rewolucji oczywiście nie jestem (choć wiem tyle, by zdawać sobie sprawę, że co niektórzy — np. taki Robespierre — wcale dechrystianizacji nie chcieli), ale bardzo przekonuje mnie w tej materii argument Belloca z jego książki poświęconej kwestii; bo gdyby Francja naprawdę była państwem katolickim, i naród francuski naprawdę był szczerze religijny — to czy coś takiego, co się stało, w ogóle mogłoby się stać?
 
Pytanie zawsze można postawić także na przykładzie bardziej współczesnym; i zastanowić się, na przykład: czy naziści rzeczywiście mogliby rządzić Niemcami tak, jak rządzili, skoro nikt ich tam nie popierał?
 
W wypadku propagandy niemieckiej zdajemy sobie sprawę, że to czysty absurd; w wypadku pierwszym wszakże, nie do końca.
 
Czemu? Z jednego prostego powodu: ponieważ rytuał działał, tak jak trzeba.
 
Bellocowi chyba również kwestia leżała na sercu, bo wielokrotnie podkreśla, żeby nie sądzić sprawy wyłącznie z tego, że wszystkie śluby były katolickie, że prowadzono rejestr chrztów, że królowi zawsze towarzyszyli duchowni, że powstawały tu i ówdzie piękne katedry; wielu z tych duchownych otwarcie deklarowało ateizm; wielu niemal oficjalnie miało nałożnice (no dobrze, kochanki — bo pewnie w wielu wypadkach było w tym coś z prawdziwego uczucia); wielu kompletnie nie interesowało się losem duchowieństwa parafialnego, misją, głoszeniem. Ba, Belloc opisuje nawet i taki wypadek, w którym pewien biskup — wybrawszy się na polowanie w Uroczystość Najświętszego Ciała i Krwi — omal nie staranował procesji, wypadając na nią konno z lasu; tak się rozpłomienił.
 
Jeśli to prawda (a nie mam powodu panu B. nie wierzyć), to jest to wyjątkowo symboliczne.
 
No i teraz pytanie: czy takie państwo można nazwać chrześcijańskim? Mniemam, że nie za bardzo.
 
Oczywiście, wynikało to wszystko z faktu, że Kościół Gallikański stanowił po prostu część administracji. Ksiądz był tyleż księdzem, co urzędnikiem. I wszystkie te zewnętrzne pozory chrześcijańskiego charakteru państwa wchodziły w zakres pewnego szerszego „teatru władzy”; do tego stopnia, że wszelkie wykroczenia przeciwko władzy kościelnej bardzo surowo karano. To jest zresztą również przecież łatwiejsza strona problemu; potępić coś; zdelegalizować; wsadzić kogoś do więzienia; rozgonić bluźnierców na cztery wiatry. Ale przecież każdy rozumny człowiek widzi, że to tylko gesty zewnętrzne, które można wykonywać — jak historia wskazuje — z wielu różnych pobudek.
 
No dobrze, zapyta ktoś, ale w takim razie co? Jak rozpoznać, czy państwo jest chrześcijańskie, czy nie? Skąd wiedzieć, czy gesty zewnętrzne mają jakieś oparcie w duchu, czy nie bardzo?
 
Rzecz jasna, wchodzimy tutaj w temat rzekę (proszę, a podobna dwa razy do tej samej wejść się nie da), i nie zamierzam na pewno angażować się w spory filozofów katolickich co do natury państwowości i jej stosunku do Kościoła; rozstrzygać, czy państwo (społeczność ludzka doczesna, mówiąc najogólniej) jest „zbrojnym ramieniem Kościoła”, ledwie środkiem do celu, czy „celem infrawalentnym”, ostatecznym w swoim własnym porządku. Natomiast gdyby zapytać o to, tak po prostu, Belloca i Chestertona — poprosić o jakiś najprostszy, praktycznym probierz, względnie niezależny od ustaleń teoretycznych — to na pewno radziliby nam, aby zadać sobie parę pytań. Na przykład, jak się traktuje w tym kraju ubogich? Czy to jest dla nich dobra ojczyzna? Czy się im pomaga, czy nie pomaga? A jeśli się pomaga, to jak się pomaga? Czy reszta społeczeństwa odnosi się do nich protekcjonalnie, czy poważnie? Czy ludzie tam mieszkający mają poczucie odpowiedzialności za siebie nawzajem? Czy są w stanie zrezygnować z zysków i „okazji”, jeśli niosłyby one ze sobą krzywdę drugiego człowieka? Czy istnieje świadomość odpowiedzialności za młodych? Czy istnieją takie rozwiązania systemowe — czy w prawie, czy w obyczaju — które pozwalają wdrożyć ich do zawodu, pomóc im, nauczyć? Kim są dla siebie ludzie z jednej branży — wilkiem, czy przyjacielem? Czy każdemu przyznaje się pewne minimum praw i godności, czy nie każdemu? Czy ludzie rozmawiają ze sobą jak równy z równym, czy jak pan z petentem? Czy każdemu zapewnia się przynajmniej jakieś argumenty, jakąś kartę przetargową, by mógł poczuć w życiu, jak to się mówi, grunt pod stopami?
 
„Wydobył mnie z dołu zagłady i z kałuży błota, a stopy moje postawił na skale i umocnił moje kroki”.
 
Pytania można by pewnie jeszcze mnożyć, ale chyba widać mniej-więcej, o co chodzi; ja w każdym razie wiem, z doświadczenia, że takie pytania warto zadawać i warto zacząć nad nimi myśleć. Przy czym z góry ostrzegam — jak się zacznie, to można nigdy nie przestać, chociaż niewątpliwie każde pytanie jest niepokojem. Ale raz ujrzawszy, że nie każdy spokój jest święty — a już na pewno nie każdy spokój sumienia — nie da się zejść z tej drogi, na którą się weszło; i taka nasza natura, że dopóki nie dotrze się do Prawdy, nie można się zatrzymać. Dystrybucjonizm wciąga.
 
Powyżej: „Pejzaż lesisty z miłosiernym Samarytaninem” Korneliusza Molenaera (1540-89), malarza flamandzkiego, 1580. Jako centrum symboliczne refleksji.