(Z Chestertona; ale kto czytał ten esej wie, że to mi raczej sukcesów nie wróży).

Sporo mówi się ostatnio w Europie o tzw. „populizmie”. No, ale cóż to jest ten „populizm”? Tego nikt nie wie (bo po co? definicje są opresyjne), ale czasami, jeśli ktoś w końcu pęknie i jednak wyrwie mu się jakiś strzęp racjonalnej myśli, dowiedzieć się można, że to jest coś takie, że się daje dużo zasiłków.

W porządku, można i tak (bo poniekąd wszystko można). Tylko że to właśnie nie jest populizm; a przynajmniej jeśli populizm, to chyba jakiś nowy.

Bo spójrzmy co jest tutaj kluczem do rzeczy; a jest nim – pacyfikacja ludu. Brak dostępu do broni, bezpieczeństwo, nakazy, zakazy, regulacje, dotacje, zasiłeczki, poduszeczki… Nie przeczę, takie rzeczy nie są złe same w sobie, i też można (a wręcz trzeba) człowiekowi czasem ułatwić, albo i go zdyscyplinować. Tylko że prawdziwy, skuteczny populizm (stara i piękna tradycja polityczna Europy), nigdy nie opierał się właśnie na czymś takim; prawdziwi, krwiożerczy populiści, demagodzy z piekła rodem wszystkich epok, zawsze wiedzieli, że hydrę wielogłową należy rozjuszyć, nakręcić, wściec – że w prostych ludziach należy wyrobić przekonanie, że muszą, a wręcz MAJĄ (OCH!) o co walczyć.

Za to ich oczywiście nikt nie lubi, a najmniej ja.

No i tak mi wpadło do głowy; że gdyby ktoś (oczywiście nikt konkretny, bo ja o nikim nie mówię i w ogóle nic nie sądzę), komu przypięto łątkę „populisty” chciał pójść w imię zmiany politycznej na wojnę z całym światem, co jest nieco szalone, ale mnie się osobiście bardzo podoba, bo też jestem na wojnie z całym światem, to po co robić sobie problemy, opracowywać skomplikowane strategie ogólnospołeczne, monitorować ich konsekwencje, prowadzić pomiary, sporządzać statystyki, uruchamiać całą potężną maszynę urzędniczą – i wydawać na to jeszcze kupę pieniędzy? Mnie by się nie chciało; a przecież skoro już łatka jest jaka jest, równie dobrze można by zaskoczyć wszystkich i naprawdę wejść w te buty. Przynajmniej byłoby nieco śmieszniej; i przynajmniej byłoby coś; a nie ciągle ta sama, ideologiczna mamałyga bez smaku.

Troszczysz się o wiele, a potrzeba mało lub tylko jednego: każdemu działkę i każdemu strzelbę.

I wtedy, jak można mniemać (i jakże miłe to współczesnemu uchu) „samo się ułoży”. Jak powiedział inny wielki (i strrrrraszny) populista: „Nie ma straszliwszej siły niż Naród pod bronią”.

Powyżej: bitwa pod Jemappes; tryumf hydry wielogłowej.