Zapowiedziałem pewien cykl (no, powiedzmy, że bardzo luźny cykl) tekstów związanych z aktualną i naprawdę interesującą (jeśli mogę się tak wyrazić) tematyką, więc równie dobrze możemy zacząć teraz.

Współczesny spór o historię w nieunikniony sposób łączy się z tematem demokracji; i nie tylko ze względów bieżącej kampanii informacyjnej przeciw tej lub innej formacji politycznej. Demokracja to fetysz, czy — jak wolę to bardziej neutralnie określać — bożek współczesnego świata. Jest to stwierdzenie dosyć banalne. Ostatnie lata ukazały nam wszystkim aż nadto dobitnie, jaką rolę pełni słowo „demokracja” w mentalności tzw. człowieka współczesnego. Słowo, powiadam, nie rzeczywistość; bo ze stosunkiem słów do rzeczywistości różnie bywa. Pamiętam z jak wielkim zadowoleniem wyczytałem w angielskim komentarzu do „Umowy społecznej”, z 2009 roku bodaj, czyli napisanym sporo przed współczesnym zamieszaniem, że „demokracja” w słowniku Rousseau oznacza zupełnie co innego, niż obecnie; i obecnie powinniśmy mówić raczej o „arystokracji elektywnej”, a nie demokracji, bo taką demokracją jako demokracją — takim brzydkim jakobińskim fanatyzmem z gilotyną w godle– nikt poważny się już nie zajmuje.

Ot, tak to właśnie wygląda; „tryumf Rewolucji Francuskiej” w pełnej krasie.

Co to ma do czego? Sporo i realnie.

Oto bowiem paradoks ten rozgrywa się przecież na naszych oczach — i jako żywo, na gruncie polskim wchodzi właśnie w jedną z najbardziej interesujących (i powracających cyklicznie) faz; w fazę „ochrony mniejszości”. Tak też różni przedstawiciele mniejszości narodowych w Polsce wystosowali do władzy list otwarty (list jest do władzy, ale sprawa — jak sugerowałem wcześniej — znacznie przekracza doraźne spory polityczne), w którym skarżą się, jakoby w naszym kraju ich nie chroniono, albo niedostatecznie chroniono, co powoduje (bodaj, no przecież nie będę tego cytował) „wzrost fali agresji na tle religijnym i narodowościowym” oraz (bo jakżeby inaczej) „zagraża demokracji”.

No i cóż, o tym właśnie mówię; bo co ma jedno do drugiego — kompletnie nie potrafię pojąć. Demokracja, jak sama nazwa wskazuje, to rządy ludu; lud, czyli ogół ludzi zamieszkałych na danym terytorium i spojonych więzami społecznymi (bez różnych „nadbudówek” w postaci oficjalnych urzędów czy specjalnych grup interesów) ma rządzić; czyli, by ująć to z russowska (chyba naprawdę w jedyny sensowny sposób) realizować wolę zbiorową; koniec. Jak to jest — jest demokracja. Jak tego nie ma — nie ma demokracji. We wszystkich stosownych proporcjach. Jeśli ktoś ma oczy do patrzenia niechybnie wypatrzy, że zbyt wiele wspólnego z „ochroną mniejszości” to nie ma, a czasem — jak powiedzieliby nieprzyjaźni ludzie — wręcz przeciwnie. I istotnie, dość już napisało się w historii filozofii o „totalitarnej” stronie russoizmu i „prekomunizmie” Robespierre’a. Jakkolwiek spoglądać by jednak na imponującą przecież pracę Maritaina i Talmona, fakty pozostają faktami, a logika logiką — i jeśli chodzi o stosunek demokracji do kwestii ochrony mniejszości, to logicznie trzeba nam wpisać tutaj piękne i krągłe „zero”. Sprawy te się nie wykluczają, ale i nie łączą; mogą się łączyć przypadkiem, jeśli ogół jest miły. Wtedy możemy mówić, jeśli wola, że mamy do czynienia z miłą demokracją. Mogą przypadkiem ze sobą kolidować, jeśli ogół jest jakby mniej miły. Wtedy możemy mówić, jeśli tak nam pasuje, że mamy do czynienia z jakby mniej miłą demokracją. Ale twierdzenie, że brak — nie „ochrony” nawet, ale „dostatecznej ochrony” mniejszości (jakich? wszystkich?) świadczy o niedemokratyczności ustroju, to czysty absurd.

Absurd, który — i to jest sedno problemu, którego dzisiaj doświadczamy — choć trochę śmieszny, ma wszakże bardzo ponure skutki; a skutkiem jego jest niezmiennie to, że ogół — jako nie-mniejszość — całkowicie pomija się we wszelkich programach ochronnych. Mniejszości chowa się pod szklanym kloszem, opiekuje,  pieści i wychwala; na większość można za to pluć do woli, można ją lżyć, można poniżać, wyzywać od prymitywów i hołoty, można pisać o „polskim pospólstwie”, które w 1968 tak nieładnie obeszło się z miłującymi pokój i postęp stalinowcami (i mogą to pisać goście w naszym kraju) — nikt nawet nie wzruszy ramionami; nawet to byłoby zbyt emocjonalne. Większość jest zawsze skazana na pożarcie, podejrzana, obrzydliwa; większość to to w nas, czego każdy nienawidzi. Taka większość, w związku z tym, nawet nie istnieje; to zwykła kompensacja.

Albo, by ując to jeszcze inaczej:

„Poczciwi konstytucjonaliści z naszej własnej ojczyzny bardzo często dyskutują na temat możliwości wypracowania jakiejś metody tak zwanej ‚ochrony mniejszości’. Jeżeli uda im się znaleźć przy okazji jakąkolwiek możliwą metodę ochrony większości, osiągną rzecz praktycznie współczesnemu światu w ogóle nieznaną. Większość zawsze znajduje się w niekorzystnym położeniu; większość trudno idealizować, ponieważ trudno ją sobie wyobrazić. Mniejszość tymczasem prawie zawsze jest idealizowana, czasami przez tych, którzy się jej wysługują, w każdym wypadku: przez samą siebie. Niemniej moje osobiste sympatie, wyznaję otwarcie, prawie zawsze są po stronie owej bezsilnej, a czasami nawet niewidzialnej, większości”.

Nie, to nie artykuł z wczorajszej gazety; to fragment „Nowego Jeruzalem” Gilberta Keitha Chestertona, które wydał w roku 1920. Tyle w temacie. Nihil novi sub sole.

Choć, może jeszcze nie do końca tyle; bo wniosek sam się nasuwa. I oczywiste jest przecież, że kiedy ten balonik pęknie, a pęknąć musi, i kiedy cały ten fałsz i obłuda samozwańczej „elity” wyleje się wreszcie na światło dzienne, będziemy potrzebowali źródeł własnej myśli, czystszych i bardziej przejrzystych, dzięki którym zbudujemy na ruinach coś nowego — i coś znacznie lepszego. A że nie każdy czyta książki filozoficzne, dobrze byłoby mieć w zapasie coś lżejszego, co jednak równie skutecznie docierałoby do istoty rzeczy, i potrafiło pewne sprawy wyjaśnić.

A wtedy, kto wie?, być może będziemy jeszcze mieć demokrację z prawdziwego zdarzenia; o ile będziemy chcieli, ale wierzę, że będziemy. Demokrację ze wszystkimi zaletami, ale i ze wszystkimi wadami; i będziemy świadomi tych wad — i że w związku z tym będzie to raczej „miła” demokracja, i wszyscy uczciwi ludzie zobaczą, że państwo naprawdę narodowe niekoniecznie „jest faszyzmem”.

Tak też ad vocem, dalszy ciąg tego akapitu, który w tym  kontekście bynajmniej nie jest bez znaczenia, i którym kończę:

„I sympatie moje, jeżeli mówimy o rzeczach wykraczających poza obszar mojej własnej wiary, są także po stronie wszystkich ubogich Żydów, którzy autentycznie wyznają judaizm i wszystkich mahometan, którzy naprawdę wyznają mahometanizm, nie wspominając nawet o owym tak mało znanym plemieniu jak chrześcijanie, którzy naprawdę wyznają chrześcijaństwo. Czuję, że mam znacznie więcej wspólnego z tymi ludźmi, a nawet z wyznawanymi przez nich z religiami, niż ze zbiorem owych wyniosłych negacji, składających się na większą część tego, co nazywa się u nas ‚oświeceniem’. Powinniśmy pamiętać o owych masach dosłownie wszędzie; szczególnie jednak powinniśmy pamiętać o nich w Jerozolimie. Przyczyna leży tutaj w rzeczywistości, którą zdążyłem już wcześniej opisać; w tym, że miejsce to podobne jest do greckiego polis albo średniowiecznej parafii; że jest ono na tyle małe i proste, aby mogło być demokracją. To nie uniwersyteckie miasto filozofów; to Syjon tysiąca bitew, wrzący od życia religijnego; to nie miejsce, w którym można przegłosowywać i poprawiać rezolucje – to miejsce, w którym koronuje się królów i krzyżuje proroków.”

Amen.