Cały internet katolicki (i nie tylko) aż huczy po ostatniej decyzji papieża, wprowadzającej do Katechizmu paragraf o niedopuszczalności kary śmierci, która to niedopuszczalność polegać miałaby na zadawaniu gwałtu „godności i nienaruszalności osoby ludzkiej”. Jak zwykle podczas tego pontyfikatu, reakcje są dość skrajne; „Hurra, gloria, zwycięstwo!” wołają jedni – „Klęska, katastrofa, zamach na Kościół!”, biadają drudzy. Po co ma się blog, jeśli nie po to, aby zabierać głos w takich sprawach? Dlatego teraz – bądź łaskaw się przesunąć, świecie: moja kolej.

Co sądzę? W tym witz, że nic; czy może raczej niewiele.Nie jestem teologiem, ale staram się rozwijać „stosownie do wymagań stanu” (ach, te czasy minione…); czytałem więc Katechizm, czytałem Ojców (acz bardziej systematycznie tylko św. Augustyna), czytałem św. Tomasza z Akwinu, a także kilka dzieł bardziej współczesnych, które wszakże okazały się sporo mniej pomocne – i jeśli się czegoś dowiedziałem, to na pewno tego, że w czasach „Przymierza Wolności” Objawienie zostawia człowiekowi znacznie większe możliwości, rozstrzygając wyłącznie w sprawach, które bezpośrednio dotyczą zbawienia (w języku Tomaszowym mówi się o tym, co przygotowywawcze w stosunku do przyjęcia łaski Ducha Świętego w sercu), czyli w sprawach wiary, i zasadniczych postulatów moralnych; w tych sprawach Kościół orzeka nieomylnie, i obowiązuje katolików dyscyplina. W innych, rozstrzyga rozum, działający (rzecz jasna) w harmonii w wyższym światłem wiary, ale jednak autonomicznie; i choć Kościół również może, a wręcz czasem musi, zajmować oficjalne stanowisko, to dopuszczalne są, o ile zachowany zostaje warunek szczerości intencji (to się w relacji do wieków średnich, a nawet wieku XIX, ostatnio zmieniło, i moim zdaniem na korzyść – taki jestem bezbożny), różnice zdań. W wypadku nauki społecznej, na przykład, hierarchia zajmuje stanowisko zdecydowanie lewicujące (teraz, bo różni się to w zależności od pontyfikatu – jak ktoś nie wierzy, niech porówna sobie Centessmus annus, Caritas in veritate Laudato si) – a jednak są w Kościele i pełnokrwiści socjaldemokraci, i decyzjoniści, i konserwatywni liberałowie, i dystrybucjoniści, i korporacjoniści, i luddyści, i anarchiści, i – na Boga – nikt ich nie wyrzuca. Kara śmierci, na zdrowy rozsądek, zajmuje miejsce podobne; to kwestia nie doktryny, a pewnej filozofii wspólnoty ludzkiej, konkretnie tego, na ile rozciąga ona swoją jurysdykcję na indywidualny byt swych członków, i jak ma prawo egzekwować ich posłuszeństwo. Tyle; nic więcej zgoła.

Czym jest zatem obecna decyzja papieża? Na pewno nie oficjalnym orzeczeniem magisterium nadzwyczajnego; tylko po prostu pewnym stanowiskiem zajętym przez Kościół po wiekach refleksji, a bazującym na konkretnej interpretacji filozoficznego pojęcia osoby. Mnie osobiście wydaje się ona dosyć naciągana, ponieważ gdyby ją przyjąć, wyszłoby, że życie biologiczne stanowi „funkcję” osobowości ujętej metafizycznie, a wiadomo przecież, że tak nie jest, niemniej naprawdę – to nie jest żadna „rewolucja”.

A co na ten temat powiedziałby Gilbert (i tuszę, że wszyscy rozumieją figuratywny charakter tego zwrotu)? Być może to, co powiedział już w What’s Wrong with the World: że to „brzydka to, strasznie poniżająca sprawa, cała ludzka konieczność bólu i kary” . I być może to, co powiedział w The Catholic Church and Conversion„don’t be more eccesiastical than the ecclesiastics” .

Kościół jest bardzo, bardzo stary; przeszedł wiele zmian, lepszych i gorszych. To jest dla niego normalne, i gdyby Bóg sobie tego nie życzył, to by temu zapobiegł. Sytuacja obecna jest jedną z wielu, jakich pełno w jego historii – dlatego dobrze byłoby nie siać – jak czynią niektórzy – fermentu, zwłaszcza wśród młodzieży, która – och! jakże indywidualistyczna! – łyka wszystko, co powie jej Wielki Autorytet, tylko ustosunkować się spokojnie i iść dalej, mając przed sobą tak wiele pięknych lat do przeżycia, i tak wiele pracy do zrobienia, pamiętając, że Kościół zasadniczo jest tym czym jest, i czym zawsze był: świętą, nieskalaną Oblubienicą Chrystusa bez skazy i zmarszczki, jaśniejącą przedziwnym światłem, mimo tragicznej grzeszności i słabości wszystkich swych członków.

I nią też będzie zawsze.