W języku angielskim utarło się określenie „takie a takie rozwiązanie” tego lub owego; oczywiście w oryginale jest solution. Tak więc jest Capitalist Solution, Socialist Solution – i jest Distributist Solution rozmaitych problemów społecznych. Nie wiem, czy dzisiaj znajdę jakiekolwiek rozwiązanie tego przerażającego problemu, jaki został podniesiony niedawno w budynku Sejmu – pewnie nie; ale jeśli mogę zwrócić uwagę na coś ważnego, zarysowując jednocześnie jeden z najważniejszych punktów dystrybucjonistycznej doktryny – cóż: spróbuję.

Bo istotnie, cały czas spór toczy się o to, ile państwo powinno zapewniać rodzicom dzieci niepełnosprawnych; niemal wszyscy zgadzają się, że więcej niż teraz; nieliczni (acz nie aż tak nieliczni) twierdzą, że mniej – za to powinno stworzyć warunki, w których przynajmniej jedno z rodziców mogło by dużo pracować i godnie zarabiać, i nikogo już nie prosić o pomoc. Oczywiście, argumenty typu drugiego to czysta utopia, co dzieje Europy jednoznacznie już wykazały (zresztą czy naprawdę ktoś wierzy, że przeciętny pracownik fizyczny byłby w stanie utrzymać o własnych siłach całą zdrową rodzinę i  niepełnosprawnego?). No więc cóż? Czy faktycznie państwo powinno płacić więcej, niż teraz, zapewniać lepszą opiekę, darmową rehabilitację i tak dalej? Wszystkie te stwierdzenia brzmią bardzo przyjemnie, humanitarnie, i miło się ich słucha. Natomiast, niestety, jest w tej beczce miodu i łyżka dziegciu; i może warto jednak zwrócić uwagę na to, że nasz miodek jakoś dziwnie smakuje.

Bo – no właśnie, jak by to powiedzieć tak, żeby było dobrze? – powiedzcie mi, drodzy Państwo, czy gdyby rodzina, znajomi, sąsiedzi, koledzy z pracy, parafia (i tak dalej) tych protestujących ludzi po prostu pomagali im regularnie i w różnych formach, czy to robiąc składki, czy coś kupując, czy naprawiając w domu, czy czasem przejmując kilka chwil opieki, organizując transport (zresztą tych możliwości jest bardzo, bardzo dużo) – czy, zatem, w takim wypadku, ci ludzie nadal protestowaliby tak, jak protestują?

Nie wiem, może jestem szalony, ale dawniej takie rzeczy się zdarzały; moja rodzina jest wsiowa, i znam przeróżne opowieści, w których zwykli, szarzy ludzie, ani nie bohaterowie, ani nie święci, tylko takie polskie chłopy i baby, pomagali sobie jak mogli i na wszystkie sposoby; a to ktoś umył komuś dzieci, bo ten drugi miał siódemkę, i z wodą nie nadążali, a to kapustę przynieśli, a to cebulę, a to ziemniaków trochę, a to obiadem dzielili, a to lekarz wiejski dał dziecku na leki, jak rodzicom nie starczało – wiele ludzie nie mieli, ale co mieli, tym starali się „obracać” – jak w przypowieści; nawet na przełomie lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych ktoś jeszcze robił mojej Mamie i Babci roboty domowe za darmo, w ramach chrześcijańskiej opieki nad wdowami i sierotami; był to świadek Jehowy (co więcej, nie agitował, bo Babcia sobie nie życzyła).

No, ale jednak – żaden katolik się już wtedy nie znalazł; choć wcześniej znajdowało się wielu.

Skąd to wynika? Nie wiem; albo i wiem, tylko trochę za mało czasu (i jakoś ochoty brakuje), żeby o tym gadać. Sam mieszkam całe życie z człowiekiem niepełnosprawnym w domu (fakt, że nie dzieckiem, i nie aż ta ciężko doświadczonym, jak niektóre z tych biednych malców, ale jednak pozwala to nabrać pewnej orientacji) i prawie nikt nam choćby szklanki wody nie podał; jesteśmy z tym całkiem sami. Nie użalam się, ale stwierdzam fakt. Państwo dopłaca tysiąc złotych. Mało, przyznaję. Niemniej, czy gdybyśmy nie byli sami jak te palce, faktycznie byłoby to aż tak mało?

Zwłaszcza, że ostatnio pomoc się czasem znajduje, i to dopiero tę różnicę widać.

Cała ta smutna sytuacja to zresztą niemal „sakrament” całej „zmiany społecznej” jaka się niedawno przecież, na naszych oczach dokonała; najpierw jest kropla, która drąży skałę – wyzwolenie najgorszych instynktów ludzkich, „oświecony egoizm” przechodzący – w nie tak już oświeconej formie (to się nazywa, że „opadają maski”) – na masy, to obrzydliwe gadanie, że „jak mnie będzie lepiej, wszystkim będzie lepiej” i że jak ktoś sobie „nie umie poradzić” to nic nikomu do tego; a potem rozpaczliwe szukanie środków paliatywnych, polegających zasadniczo na wyrzekaniu się coraz dalszych aspektów dumy rodzinnej, osobistej swobody, i naturalnego dla chrześcijan solidaryzmu wspólnoty miejsca i stanu życia. A potem westchnienia ulgi, dobiegające zewsząd – bo oto nareszcie możemy powiedzieć z „czystym sumieniem”, że „to jest ich sprawa”. Tylko że za to się płaci; i to w przeróżnych sensach, o najważniejszym z których nie będę gadał, bo się boję.

No i, jak sądzę, każdy chyba domyślił się już do tej pory, jakie jest, czy byłoby, to „dystrybucjonistyczne rozwiązanie” tej strasznej sprawy. Nie jest to propozycja najbardziej popularna, i wyborów się z nią nie wygra; istotnie, z jakiegoś powodu Belloc zachowywał w kwestii inicjatyw restauracji starego ustroju Europy ogromny pesymizm. Gdyby wszakże udało się skłonić choć jedną osobą, by – pomimo niewątpliwego tragizmu takiej sytuacji – zastanowiła się chwilę, czy faktycznie nie ma innych rozwiązań, i czy warto za relatywnie niewielki przecież komfort płacić cenę Wolności, dla której niegdyś ludzie żyli i za którą umierali, a po której zostało nam, dzieciom „cywilizacji dobrobytu” ledwie smutne wspomnienie – cóż; wydaje mi się, że to byłby już spory sukces.

Tylko że, i to tytułem zakończenia, za taką wiarę też trzeba płacić; przede wszystkim wysiłkiem i ofiarą – no a dziś, w epoce ” jesteś tego warta” i „chcesz to mieć? chcesz to k***wa mieć?!” się takich rzeczy skądinąd nie lubi.