Nie wiem, czy wielu, ale niektórzy zapewne zadają sobie pytanie, o co mi chodzi; napisałem jakiś czas temu kilka ciepłych słów o socjalizmie – teraz natomiast jawnie oskarżyłem socjaldemokrację o faszyzację życia politycznego (to zresztą dla mnie autentyczne odkrycie, muszę nad tym posiedzieć); to o co mi chodzi?

No, pytanie to stawiano wielu dystrybucjonistom, na pewno Gilbertowi, który był pod tym względem znacznie bardziej elastyczny, niż Belloc; raz w lewo, raz w prawo – czy to nie jest niekonsekwentne?

No cóż; „prawica-lewica” to dosyć ryzykowna terminologia, wprowadzająca więcej chaosu, niż ładu, ale skoro trzeba, to można – spróbujmy ją wykorzystać; ogółem zatem ja to widzę tak: jest w polityce pewien program – i jest motywacja, pierwiastek aksjologiczny, wolicjonalno-emocjonalny, nastrój, typ osobowości, czy jak to tam zwać. Na umownej „prawicy” w kwestii programu przeważa program, który można by nazwać „liberalnym” (ze świadomością, że mogą tu występować całkiem spore, ogromne niekiedy różnice), ogółem kładący nacisk bardziej na społeczeństwo niż na państwo; na lewicy – na odwrót; jest „etatyzm”, kładący większy nacisk na państwo, niż na społeczeństwo. W kwestii „motywacji” zaś (czy naprawdę jak to tam zwać), na prawicy dominuje kult siły i silniejszych, twardy pragmatyzm, elitaryzm, idea, według której słabsi są po to, żeby być mięsem silnych (co się nazywa dziś „darwinizmem”, zresztą bardzo niepoprawnie). Na lewicy zaś – pewien ogólny nastrój sympatii do ludzi prostych, współczucie, idea sprawiedliwości, równości, odpowiedzialności, i wspólnej troski o rozwiązywanie problemów społecznych.

No i, jak nietrudno się domyśleć, dla mnie na prawicy wartościowy jest program; na lewicy: „duch”.

Podobnie było w wypadku GKC. Gilbert całym sobą (na pewno bardziej, niż ja; ja to śpię w nogach) nienawidził ustawodawstwa „socjalnego”: obowiązkowej edukacji, publicznej służby zdrowia, zasiłków, urzędów pracy, ograniczeń w sprzedaży alkoholu i „tytuniu”, nawet kontroli nad przemocą wobec dzieci (którą to ustawę, tak obecnie chwaloną, bodaj z 1906, nazwał „stekiem antyobywatelskich nonsensów” – oczywiście nie dlatego, jakoby pochwalał przemoc wobec dzieci, po prostu uważał, że naturalna moc więzi rodzinnych wystarczy, i nie potrzebuje nad sobą urzędnika z batem); natomiast bardzo, bardzo rozumiał poryw serca, szczerą chęć poprawy sytuacji najsłabszych, troskę o pokrzywdzonych, solidarność z ludem. Dlatego też nie namawiał do zbrojnej rozprawy z ustrojem kapitalistycznym w imię „rewolucji”; ale jednocześnie odnosił się ze sporą sympatią do młodych zapaleńców z Partii Pracy (jak napisał w tym samym zresztą artykule: „wszyscy młodzi idealiści to fajne chłopaki”). Na tym połączeniu „prawicowego” programu z „lewicowym” duchem, opierał cały swój projekt, i to próbował ludziom wytłumaczyć; że nie ma powodu, dla którego stare europejskie państwo swobód miałoby wspierać „silnych” przeciw „słabym” (i, tak nawiasem mówiąc, że nowe, „humanitarystyczne” państwo kontroli i bezpieczeństwa wcale niekoniecznie musi wspierać „słabych” przeciw „silnym”). Po prostu; jedno z drugim wcale niekoniecznie się łączy. I na pewno jesteśmy w stanie rozwiązywać problemy społeczne sami, bez kontroli urzędniczej – o ile tylko da się nam narzędzia i zaufanie, i Religię (bez której jesteśmy zgubieni), do pełnienia swoich obowiązków.

Gilbet napisał kiedyś taki tekst (i ja go na pewno kiedyś przetłumaczę) „Jak rozmawiać z komunistą”; w którym argumentował dokładnie w ten sposób. Wiadomo, że zwolennicy „starego ładu” (tzn. starej, europejskiej idei człowieka, którego życie jest przygodą – i który umie sobie w takich warunkach poradzić) mają rację; ale mówić ludziom „lewicy”, że kapitalizm jest najlepszy, bo prowadzi do eliminacji najsłabszych, bo „hartuje ludzkość” i zapobiega przeludnieniom, to jednak chyba nie najlepsze rozwiązanie.

Moje poglądy są podobne – i tyle na temat. Ja się, owszem, czasem opryskliwie nieco odcinam od polskiej prawicy, od „korwinizmu”, „konserwatyzmu”, „liberalizmu” (ciekawe, że to dziś można wymieniać jednym tchem) i tak dalej, ale właśnie dlatego: że choć program bywa niezły, to mi średnio pasuje ta mentalność; i marzy mi się, co tu kryć, że kiedyś Gilbert i pan B. nie będą traktowani jako „doczepka” do tego i owego, takie „małe Mietki” (przeprosiwszy wszystkich Mietków; mój dziadek jest Mietek, i to piękne imię), które powiedziały gorzej to, co obecni ideolodzy „Nowej Prawicy” mówią lepiej. Ale że dostrzeże się, że to naprawdę nowa jakość w polityce, idea wyjątkowa, spójna, mądra po prostu, która może jeszcze (i mówię to z pełną świadomością) uratować Europę.

No cóż; miejmy nadzieję; ja tu tylko sprzątam.