Karuzela kręci się, i końca nie widać; i mimo, że projekt reformy rodził się w bólach, a mój ulubiony Tytan Pracy i Geniusz Praktyki Politycznej dokładał do niej coraz to nowe spektakularne cukiereczki, byle go tylko starszyzna akademicka przyjęła ze swego, to teraz okazuje się, że konsultacje jednak nie były prowadzone tak szczegółowo, jak mówiono, że były, bo pojawia się coraz więcej głosów krytycznych, i nagle kilka osób obudziło się, że finansowanie badań przez wielki biznes nigdzie się nie sprawdziło, że jedynowładztwo rektora to może nie najlepszy pomysł, że system parametryzacji ma jednak wady i – ogółem – że nowe pomysły „nowoczesnych” państwa profesorów przyniosą więcej złego niż dobrego. Dlatego też niniejszym my z resztą podpisanych niżej wspołmagnificencji brekekeks, brekekeks, brekekeks.

Ja jestem doktorantem, więc stworem z międzyświata, sam dopłacam do tego interesu i nikt mnie na uniwersytecie nie chce ani nie potrzebuje, więc nie czuję się ani w obowiązku ani w uprawnieniu zabierać głosu; gdybym jednak miał taki głos zabrać, zacytowałbym fragment pewnej książki, którą obecnie tłumaczę, a która powinna być gotowa do połowy marca (potem „korekta”, moja oczywiście, zbić to i wydać, i będzie – nareszcie – kolejna pozycja w bibliotece). Tak też czytamy:

„Ale nie tylko świat pracy ma dziś motywacje destruktywne. Przedziwne pragnienie anarchii przenika także wszystkie inne klasy społeczne. Wywiera wpływ na wszystkie dziedziny życia. Nadmierna specjalizacja to wielka klątwa naszych czasów, i pracownik intelektualny – w mniejszym może może stopniu, niż pracownik fizyczny, choć generalnie mówiąc jest to równie groźne w skutkach – również nie potrafi wydostać się z jej cienia. Bo dokładnie na tej samej zasadzie, na jakiej człowiek całe życie obsługujący jedną maszynę pod pewnymi względami wyrodnieje, tak też specjalista-inteligent, rozwijając tylko jeden aspekt swojej umysłowości i zaniedbując wszystkie inne, często popada w przesadę, i jego osądy stają się bardzo mało godne zaufania. W wiekach średnich, czynnikiem spajającym kulturę była idea jedności, ale już w renesansie zaszła w tej materii poważna zmiana, i za naczelny cel edukacji zaczęto uznawać nie jedność, a uniwersalność. W konsekwencji – ponieważ żaden człowiek nie może posiąść wiedzy prawdziwie uniwersalnej – popularyzacji idei uniwersalności towarzyszył gwałtowny rozwój specjalizacji, i pole myśli podzielone zostało na wiele dziedzin eksperckich. W ich ramach zaś, zachodziły coraz dalsze podziały i podpodziały, proces postępował, aż w końcu koncepcja jednej, centralnej i spajającej kulturę idei została dla pracy intelektualnej kompletnie stracona. Mówi się przecież, że w przedwojennych Niemczech specjalizacja posunęła się tak daleko, iż praktycznie każdy pojedynczy człowiek stawał się w tej atmosferze monomanem swojej maleńkiej działki i nie miał zielonego pojęcia o czymkolwiek innym, co skutkowało gwałtownym spadkiem poziomu kultury ogólnej. Powstała tzw. ‚Kultur’ – dokładnie ta, która dawała Niemcom tak wielkie poczucie wyższości nad innymi narodami oraz przyczyniła się również częściowo do wybuchu konfliktu. Pewien zakres wyspecjalizowania jest oczywiście niezbędny dla istnienia cywilizacji. Niemniej, jeśli człowiek ma uchronić się przed całkowitą dezintegracją moralną, duchową i intelektualną, gdzieś trzeba postawić granicę. Specjalizm intelektualny to po prostu druga strona podpodziału pracy, i te dwa czynniki pozostają w bezustannej interakcji, dynamizując się wzajemnie i wpędzając społeczeństwo w coraz większe rozchwianie. Między wstrząsami społecznymi, które zaczęły nad od niedawna trapić, a tym typowo współczesnym przespecjalizowaniem, zachodzi ścisły związek, przespecjalizowanie bowiem z jednej strony sprzyja reakcjom histerycznym, z drugiej zaś – rozkładowi tych tradycji intelektualnych i społecznych, które są w stanie wytworzyć wśród ludzi rzeczywistą wspólnotę dobrej woli i wzajemnego zrozumienia”.

Jest tego trochę więcej i wcześniej, i później, ale na teraz wystarczy. To, oczywiście, niezawodny Artur Penty z dzieła „Post-industrializm” (1922).

I cóż? Ja jak zwykle zostawię ten cytat do samodzielnej analizy i nie będę się przesadnie wywnętrzał; jedno natomiast wydaje mi się pewne: że jeśli komuś wydawało się, czy wydaje, że uniwersytet można zrobić samotną rajską wyspą, przechowującą umierające ideały starego świata wobec ogólnej anarchii i obłędu produkcji masowej, to cóż; samo życie pokazuje mu właśnie, że się mylił. I jeśli nasza „arystokracja ducha” dalej chce pozostawać „arystokracją”, i stawiać „na jakoś a nie na ilość”, zachować w myśleniu i działaniu „to, co niewymierne” i, ogólnie, obronić się przed coraz bliższą jednak perspektywą „supermarketu idei”, którą wciska się nam na siłę, niby to z zachodu (a która jest po prostu chorą wizją maniaka) – to musi zrozumieć, że społeczeństwo to zespół naczyń połączonych, i że bez dbałości o indywidualność i twórczość na szczeblach najniższych, nie da się ich zachować wyżej, tak jak dach nie może stać bez ścian i fundamentu.

I to się właśnie nazywa, drodzy państwo, demokracja. „Niemal wszystkich wielkich ludzi w historii zrodziła równość”.

No dobrze, dobrze – tylko jak to zrobić? Cóż nam tutaj człowieku wciskasz – powrót do „komuny”? Do komuny nie, ale powrót na pewno; bo widać chyba aż zbyt jasno, że faktycznie, ruch prawdziwej reformy będzie ruchem powrotu; i odrzucenia tej sterty śmiecia, która zasypała i przesłoniła nam te pierwiastki i siły, które nadają życiu charakter prawdziwie ludzki. Przede wszystkim natomiast, albo będzie wielkim ruchem odrzucenia indywidualizmu i partykularyzmu, albo nie będzie jej wcale; bo nie wiem, jak ślepym trzeba być, aby nie widzieć, że jeśli – czysto duchowy zresztą, i aksjologiczny, a nie utylitarny – ideał rzemiosła nie utrzyma się tam, gdzie ma właściwe sobie miejsce, nie utrzyma się również tam, gdzie jest tylko pewną sublimacją. I jeśli w społeczeństwie nie znajdzie się zbiorowe rozumienie tego, dlaczego ręcznie wykonany zamek do drzwi (który niedawno znalazłem w domu, i który schowałem do pudła, żeby go nikt nie wyrzucił) jest nieporównanie, nie do opisania niemal piękniejszy i cudowniejszy od standaryzowanej masówki z wielkiego sklepu, to nie zrozumie również dlaczego „Słoneczniki” Van Gogha są piękniejsze „na żywo” niż w internetowym memie; i dlatego właśnie wszyscy potrzebujemy siebie nawzajem – i albo razem ocalejemy, albo nas razem zakopią. Tertium non datur.

To pierwsza rzecz; druga natomiast, na koniec, jest taka – że po raz kolejny okazuje się, że dystrybucjonizm to nie pogląd, a zdrowy rozsądek. I że optymizm Gilberta, choć czasem trudny do udźwignięcia, może okazać się jeszcze bardziej uzasadniony, niż człowiek z początku przypuszczał.

I wtedy to dopiero będzie ciekawie.