No tak to jest właśnie, że pewne rzeczy same się nasuwają. Dużo się, swoją drogą, rozprawia o tej maksymie sokratejskiej i końca tego nie widać; ale jeśli można powiedzieć o niej cokolwiek na pewno, to tyle, że nieprawdziwe są te wszystkie jej interpretacje, które sumuje poniekąd to, co wyprawiał z nią biedny Jan Jakub w swej Rozprawie o nierówności  (chyba naprawdę oszalały z natchnienia, bo jak go lubię, tak cały ten esej to jakiś obłęd i czytać to trochę wstydno, o pisaniu nie wspominając), czyli że Sokrates nigdy nie głosił, ani w niej, ani w czymkolwiek innym, pochwały niewiedzy, a jedynie pochwałę ostrożności wobec tego, co się wie. A to poniekąd różnica.

Czemu to jest jakby ważne? Ano, z różnych względów – choćby dlatego właśnie, że się nasuwa. Internet ma wiele wad, ale tę zaletę, że pozwala w pięć minut ogarnąć przekrojowo stan świadomości społecznej. I jakiż to jest ten stan? Ano, chyba po prostu niebiański; bo co się okazuje: że oto mamy w Polsce społeczeństwo geniuszy! Gdzie okiem sięgnąć, tam spory uczone i Wielkie Analizy, specjaliści od historii, fizyki, filozofii, teologii, filologii czy językoznawstwa; każdy wspaniały, każdy jedyny, każdy wyjątkowo, z osiągnięciami i autorytetem, którego niebo samo nie obejmie, napuszony jak paw przed pawicą i tak pewny swego, że na womit (z przeproszeniem szanownych niewiast) się zbiera; każdy przeciętny dziennikarz pluje sobie z góry na repetytoria i słowniki; każdy  ekonomista – na ustalenia ekspertów i decyzje polityczne wszystkich rządów świata; każdy historyk – na prace instytucji państwowych i uniwersytetów; no i każda chyba sprzątaczka – na całą wielką tradycję teologiczną Kościoła. Nie ma, po prostu nie ma, autorytetu dla Polaka. No a jak w Sieci, tak i w życiu; ludzie złoci, co ja widziałem przez ostatnie lata, to szkoda nawet wymieniać, bo się nie wymieni! Ja to zresztą głównie w życiu robię – patrzę; i wnioski wyciągam. Widziałem przedszkolanki przekonane, że są mądrzejsze od świętego Augustyna; niepracujące matki rozprawiające o muzyce jak gdyby miały z tego co najmniej habilitację; i nauczycieli z podstawówki „analizujących” lekką rąsią filozoficzne podstawy faszyzmu, jak gdyby poświęcili na badanie kwestii co najmniej pół wieku. Przygotowanie, studium, praca, magistry, tytuły, osiągnięcia? Furda! Wszystko nieważne; „też bym mógł, i to dwa razy bardziej, tylko że mi się nie chce”.

Oczywiście, można by na to wszystko machnąć ręką i trochę się pośmiać, zresztą wielu mówiło mi już, że biorę życie sporo zbyt poważnie, co istotnie ma nawet charakter pewnego „skrzywienia”: wiem, rozumiem, zapewne lepiej niż ktokolwiek inny. Niemniej czasami można jednak pomyśleć nad pewnymi rzeczami i trochę poważniej, o ile skutki są poważne, a w tym wypadku skądinąd są; bo, niech się Czytelnik zastanowi, jeśli zechce, przecież ci wszyscy ludzie, tacy jacy są, funkcjonują w przestrzeni publicznej, niekiedy na wysokich stanowiskach – i cóż, po prostu wnoszą do niej wszystko, co w sercu noszą. Jakie konsekwencje tego nie będę się rozpisywał, bo nie o to tu chodzi, niemniej można sobie wyobrazić; a potem być może trochę mniej narzekać, że młodsze pokolenia starszych, delikatnie rzecz ujmując, nie lubią.

Cały ten chaos natomiast, rzecz jasna, bierze się z jednej rzeczy, jaką jest nieświadomość tego, co to znaczy wiedzieć; każdy z „głoszących” głosi względnie ogłasza, bo myśli, że wie; i ani przez myśl mu nie przemknie, że może czegoś nie wiedzieć. Tymczasem każdy, kto poświęcił sprawie choćby pięć minut inteligentniejszego namysłu rozumie, że tak naprawdę wiemy, w sensie ścisłym, bardzo, bardzo niewiele; i dlatego też to, co wiemy, trzeba otulić miłością, na rękach nosić, dbać o to, podlewać i pielęgnować – a resztę traktować tak, jak się powinno, czyli z rozsądnym dystansem, rozumiejąc, że nie trzeba niczego wiedzieć w sensie eksperckim, żeby mieć prawo do sądów na temat (bo ja naprawdę nie mam nic przeciwko przedszkolankom, ani nawet przedszkolankom rozprawiającym o św. Augustynie – tylko przeciwko poczuciu ważności, które bierze się nie wiadomo skąd). Tyle; każdy to wie, chciałoby się powiedzieć – a jednak się nie powie. Przypadek Chestertona, jak zwykle (bo i po to jest ten blog, żeby te przypadki odsłaniać) jest tutaj nader pouczający. Tak też często (i proszę mi wierzyć, że często) słyszy się zarzut, że Gilbert „obsesyjnie niemal” powraca w swoim pisarstwie do tych samych motywów. I co, zapytam się, z tego? Istotnie, Nasz Ulubiony Pisarz zawsze starał się wrócić w swych rozważaniach do pewnej spójnej podstawy; ale nie dlatego, że był głupszy, niż inni, ale przeciwnie: raczej trochę od nich mądrzejszy. Po prostu: podczas swych „koszmarów młodzieńczych”, długiego a po dziś dzień owianego mgłą tajemnicy okresu ciężkiej depresji i bolesnej regeneracji obejmującego czas studiów w szkole artystycznej w Slade i do dwóch lat wcześniej i później, Chesterton przekonał się o pewnych rzeczach – jakby to ująć? – „naocznie” – zobaczył je i przeżył, i głęboko, egzystencjalnie zrozumiał; rzeczach takich jak choćby fakt identyczności ludzkiej natury (zwany też faktem powszechnej równości), przerastającej wszelki rozum rzeczywistości rzeczy rzeczywistych (skąd tzw. „obowiązek” zdumienia), źródłowego dobra wszechświata i życia (skąd tzw. „obowiązek” wdzięczności), ich „stworzoności” i przygodności (skąd „obowiązek” wyrobienia sobie na gruncie naturalnym pewnego „minimum religijnego”), istnienia czynów samych w sobie moralnie godnych i niegodnych (skąd „obowiązek” moralnego niepokoju), czy wreszcie swoistego „otwarcia” wszechświata na poznanie i rozumienie, wskazującego (wespół z realnością dramatu moralności) że istnieje on w pewien sposób „dla” człowieka, obojętnie, jak by to szczegółowo rozumieć. Wszystkie te punkty zresztą, do których zapewne można by z kilka dołożyć, dają się zredukować do tego, co zapewnia człowiekowi – w sobie lub w skutkach – intuicja bytu, o czym zresztą coś jakiś czas temu napisałem, i może będzie to, a może nie będzie, i może dobrze to, a może i niedobrze, jak to w nauce, to jednak ledwie dygresja. Chodzi natomiast o jedną rzecz: że Chesterton po prostu tyle wiedział; i wiedział, że to wie. I wiedział, że poza tym wie cokolwiek niewiele, a przynajmniej na pewno nie w taki sam sposób. Czy to zatem dziwne, że starał się usilnie, by każdy jego wywód, przynajmniej en bloc, wracał do tego maleńkiego a przedziwnego źródła, do tej namiastki doświadczenia, istnienia i pewności, na jaką liczyć mogą w naszym pożałowania godnym stanie człowiek i jego opinie? Cóż, osobiście mniemam, że nie, i że może wydawać się tak tylko – no, pardon – dyletantom i pyszałkom, którzy niczego ani nie poznali, ani nie przemyśleli, ani się nie dowiedzieli, ani (o, i to już na pewno) nie doświadczyli, tylko chcą miło przeżyć życie, czerpiąc uciechę z poczucia własnej wyższości. I mniemam, że jedną z największych wartości pisarstwa Chestertona jest właśnie to, że stało do tego wszystkiego w zdecydowanej kontrze; że nie tylko z pewnych rzeczy wyrasta, ale i je przekazuje; co tłumaczy, być może, dlaczego ludzie, którzy go czytają i starają się zrozumieć, pewne rzeczy widzą, inni zaś nie. I że być może gdyby większa część społeczeństwa dzieliła z nim tego typu „doświadczenia” (w cudzysłowie, bo intuicja bytu, jak wiadomo, doświadczeniem nie jest, bo dotyka tego, co transcendentalne, ale wypływa z doświadczenia i realnie je przemienia, co też stanowi tutaj narzędzie „weryfikacji”), nasze życie wspólne wyglądałoby zupełnie inaczej.

Stąd też pytanie: jak to zrobić? Jak „wyindukować” w Polakach podobne intuicje i płynący z nich sposób funkcjonowania moralnego? To pytanie zostawiam, jak zwykle ostatnio, do rozważenia; być może nie będzie to rozważanie wesołe, cóż – tak i też bywa. Niemniej zawsze możemy pocieszyć się jedną myślą, która dla każdego chestertonologa ma, jak mniemam, swój wymiar i naprawdę może pocieszać. Bo po raz kolejny okazało się, że czytanie Chestertona, choćby i nie wiem co mówił o tym lewicowy establishment Akademii, znaczy; dla ludzi, dla kultury, i dla życia. A skoro „znaczy”, to samo się obroni, choćby i za dwieście lat dopiero. Bo jeśli znaczy tak, to znaczy coś również i dla Pana Boga, co jest poniekąd krzepiące – o ile, rzecz jasna, rozumiemy, co to znaczy, że dla Boga coś „znaczy”; ale to już inna historia.