Niedawna śmierć senatora Johna McCaina, legendy polityki amerykańskiej, naturalnie uwolniła dość rwący strumień wspomnień i ocen, które wiążą się z jego osobą. Co być może na polskie warunki ciekawe, większość z tych wspomnień i ocen jest naprawdę bardzo, bardzo dobra. Niedawno sam miałem okazję obejrzeć krótki film, który budzi obecnie spore zainteresowanie i przyznać muszę, że i na mnie wywarł on spory efekt. Podczas spotkania wyborczegoi, zgromadzeni na wiecu zaczęli mówić o perspektywie porażki swojego kandydata. „Boimy się prezydentury Obamy”, padały słowa, „Czytałam o nim, nie ufam mu, to jedna wielka pomyłka”. Leciwy polityk natychmiast przejął mikrofon i z wielką klasą odpowiadał: „Nie jest – nie, proszę Pani — senator Obama nie jest ‚pomyłką’; to porządny człowiek, ojciec rodziny, obywatel, z którym po prostu nie zgadzam się co do kwestii fundamentalnych, tyle”.

Miło popatrzeć czasem na coś takiego; łza się w oku kręci, można by wręcz powiedzieć. Jak zwykle bowiem, cała ta historia to tyleż fakt, co symbol — symbol przemiany, jaka dokonała się w polityce i kulturze w ciągu ostatnich dziesięciu lat, z senatorem McCainem po jednej, a całą tą emocjonalną gadaniną o „strachu”, „pomyłkach”, poczuciem jakiegoś niedefiniowalnego „zagrożenia” i końca świata po drugiej stronie. I trudno naprawdę nie zadumać się smutno nad losem człowieka, który w imię zachowania narodowej spójności i resztek obywatelskiego braterstwa, jakie jeszcze przetrwały w wielkich republikach zachodu bez mrugnięcia potrafił zaryzykować porażkę w wyborach – i: przegrał. W więcej niż jednym sensie. Bo ani jedna, ani druga z późniejszych kampanii nie była już taka jak tamta, a potok politycznego reklamiarstwa i tak zwanych „public relations” wypłukał z debaty publicznej resztki intelektu.

Oczywiście, gdy nowa lewica przegrała w tę grę, wszyscy winią za to Donalda Trumpa. Sprytne? Istotnie, Trump jest – jeśli odrzucić na chwilę kwestie interesu politycznego – po prostu chodzącą katastrofą, totalnym prostakiem, człowiekiem, który jest w stanie powiedzieć i zrobić wszystko w imię budowania wizerunku. Ale przecież nie on ten system wymyślił, tylko w niego wszedł, i odnalazł się – jako „zawodowy biznesmen” – jak ryba w wodzie. No dobrze, więc jak nie on jest winien, to kto? Cóż, na mój gust ci, którzy dziesięcioleciami pracowali nad tym, by odebrać swoim oponentom prawo głosu, zakrzyczeć ich, niezależnie od tego, co mówią, sprowadzić do poziomu „faszystów” i „homofobów”, wzburzyć przeciw nim emocjonalnie tłumy i osobiście ośmieszyć, a wręcz histeryczno-obscenicznie poniżyć (zapewne tytułem walki o prawa i godność integralną kobiety); tutaj, jak mniemam, znajdzie się źródło problemu. Że obecnie bardziej konserwatywny establishment przypadkowo znalazł ludzi, którzy potrafią to robić lepiej, niż pomysłodawcy, to już inna historia – natomiast prosimy nie lać krokodylich łez i nie użalać się nad sobą, jeśli wiedziało się, co się robi. Lewico – twoje dzieło.

Przy czym, i to jest mój punkt ostatni, skoro już mleko się wylało i wszyscy jedziemy na tym samym wózku, nie należy teraz przerzucać się oskarżeniami, choćby i słusznymi, tylko zebrać się i coś zrobić, żeby wrócić jednak do starszego sposobu patrzenia na politykę. Co? Oczywiście, to jest pytanie na dłuższą dyskusję (trzeba by zrobić program, wyznaczyć animatorów, założyć jakiś ruch, wydawać książki – i to za pośrednictwem jakiegoś fajnego wydawnictwa, bo rzecz jasna tylko te z fajnych wydawnictw zaliczyć można do kategorii literatury poważnej, jeszcze jedna wariacja na temat „nie patrz kto mówi, patrz co mówi”, którym to hasłem wszyscy wycierają sobie ostatnio gęby, żeby o nim potem natychmiast nie pamiętać, ale to ledwie dygresja), niemniej pewnych wskazówek, takie mam przeczucie, dostarczy nam jak zawsze Gilbert Keith Chesterton, dziennikarz angielski, który sporo zmagał się zresztą z tym problemem. Ian Ker opisuje przykry wypadek, gdy spotkawszy się z  pewnym konserwatywnym politykiem (nie pamiętam już dokładnie, kto to był), Gilbert był absolutnie zszokowany, że gospodarz przyjął go chłodno, traktując, jak sam zainteresowany to ujął, „przede wszystkim jak przeciwnika politycznego, a nie jak człowieka”. Istotnie, dla kogoś, kto całe życie, będąc ortodoksyjnym chrześcijaninem, przyjaźnił się z ludźmi pokroju Shawa i Wellsa, musiał to być naprawdę ogromny szok; i sam Gilbert nigdy, przenigdy – trzeba to powiedzieć – nie uchybił tutaj wyznawanym zasadom – ze względu na co współcześni niewierzący i progresywiści zazwyczaj nic o nim nie mówią, bo po co rozmawiać o chrześcijaninie, którego nie da się oskarżyć o bigoterię, nietolerancję i prześladowania? Jak rozmawiać, to owszem, ale „po nasymu’ (to zresztą również melodia tego „nowego świata”, o którym mówię). Tak czy inaczej, to jest jak sądzę, punkt pierwszy – traktować ludzi przede wszystkim jak ludzi, a dopiero później jak polityków, działaczy czy teoretyków, z którymi się nie zgadzamy. Trudne to, przyznaję; szczególnie, że zazwyczaj nie za bardzo znajdujemy afekt korespondujący po drugiej stronie. To znaczy, że gdzie się nie pójdzie, tam właśnie nie traktują człowieka jak człowieka, tylko jak interesanta, a przede wszystkim petenta, względnie zagrożenie, które należy zawczasu unieszkodliwić, przede wszystkim lekceważeniem i wyśmiewaniem. To w Polsce choroba powszechna, dotykająca ludzi wszystkich klas i wiar, od lumpenproletariatu po inteligencję i od kompletnych ateistów po tradycjonalistów katolickich (proszę mi wierzyć, że wiem, co mówię). No dobrze, niewątpliwie utrudnia to działanie, niemniej tutaj wyznaczamy sobie po prostu pewien ideał, a ideały – tak to już wygląda z natury (byle nie naturans) – cokolwiek trudno urzeczywistniać. No a ktoś jednak musi wykonać ten pierwszy krok i zacząć to zmieniać (dlaczego niby ja? to również temat na inną okazję). Punkt drugi zaś, to wplatać w krytykę polityczną sporo poczucia humoru i to najlepiej absurdalnego. Może się to wydać dziwne, wiem. Niemniej jest spora różnica czy, jak to jest obecnie w modzie, szydzimy z polityków, poniżamy ich, wyśmiewamy ich strój, styl bycia, dykcję czy prywatność, czy też – aby im dogryźć – piszemy, że zamiast uroczyście otwierać obrady i zwracać się do wszystkich zgromadzonych w tym tu czcigodnym Parlamencie powinni zacząć skakać po krzesłach i pojedynkować się na parasole, bo miałoby to więcej sensu, czy też coś podobnego. Chestertonowi zdarzały się fragmenty ostrzejsze, ale zawsze dotyczyły spraw ogólnych. Gdy mówił o osobach, zawsze łagodził przekaz, a gdy już wyjątkowo nie dało się tego zrobić – uciekał się do czegoś takiego (ciekawe, że absurd zawsze pojawia się u niego właśnie w momentach krytycznych). Oczywiście, można powiedzieć, że takie żarty już nikogo nie śmieszą; no tak, również to obserwuję. Nie śmieszy nas już wizja starcia dwóch starszych gentlemanów okładających się parasolami, prędzej już fakt, że są starzy (no bo to też skądinąd ostatnio śmieszne, przynajmniej na ile widzę, bo nie mówię z wnętrza rzeczy). To już trochę jakby inna kwestia, ale abstrahując od wszystkiego, można by się przynajmniej zastanowić, czy to aby na pewno dobrze. Tak czy inaczej, na początek dyskusji tudzież medytacji osobistych, pragnę zaproponować takie dwa postulaty i jeden temat badawczy: purnonsens jako podstawa ustroju republikańskiego.

Zresztą, naprawdę pozostaje to w pewnym związku z tematem. Jak to powiedział ktoś mądry, cywilizacja bez poczucia humoru nie istnieje. Co mnie przynajmniej, jako obserwatora obecnych tendencji kulturowych, zostawia w iście szampańskim nastroju.