A mówił pan B., żeby czytać Rousseau; no to pobellokujemy.

„Chcecie, by każdy wrócił do swych obowiązków? Zacznijcie od matek; zdziwieni będziecie zmianami, które sprawicie. Wszystko wynika kolejno z pierwszego zepsucia; porządek moralny paczy się; skłonności przyrodzone gasną we wszystkich sercach; ogniska domowe przybierają wygląd mniej ożywiony; wzruszający widok powstającej rodziny nie pociąga już mężów […]; wszyscy znają się zaledwie, jak mieliby się kochać? A skoro dom jest tylko smutną samotnią, trzeba iść szukać rozrywki gdzie indziej.

[…] Powab życia rodzinnego jest najlepszym lekarstwem na złe obyczaje. Krzyk dzieci uważany za nieznośny staje się przyjemny; czyni on ojca i matkę najniezbędniejszymi, droższymi sobie, zacieśnia między nimi więzy małżeństwa. Kiedy rodzina jest ożywiona i ruchliwa, troski domowe stają się najmilszym zajęciem żony i najsłodszą rozrywką męża. W ten sposób z naprawy tego jednego nadużycia wynikłaby wkrótce ogólna przemiana; natura powróciłaby rychło do swych praw. Niechaj tylko kobiety staną się wreszcie na nowo matkami, a wkrótce mężczyźni staną się znów ojcami i mężami”.

„Emil, czyli o wychowaniu”, Wrocław 1955, s. 21-22, tłm. Wacław Husarski

Tak też może jeszcze człowieka życie zaskoczyć; tyle mówi się o Rousseau różnych rzeczy – że pomyleniec, że wariat, że proto-totalitarysta, bezbożnik, sprzecznik, że gadał głupoty. Owszem, gadał głupoty; podobnie jak ja, ty i cała reszta. Ale gadał też różne inne rzeczy, o czym łacno można się przekonać. Ciekawe, bo mam oczy, i widzę, jak to obecnie wygląda, stąd też gryzę się z tymi przemyśleniami (ponurymi cokolwiek) od jakiegoś już czasu; jak się okazuje – nie ja pierwszy. (To tak a propos rzekomego „kryzysu męskości”, o którym tyle się ostatnio plecie; niniejszym stwierdzam autorytatywnie i możecie mnie zjeść: nie ma kryzysu męskości; jest tylko straszliwy i katastrofalny kryzys macierzyństwa. Nie wszędzie, rzecz jasna, być może nawet nie w większości wypadków – ale w proporcji odciskającej trwałe piętno na życiu narodowym).

Wniosek: zawsze czytać teksty oryginalne. Ja to bym wszystkie opracowania przez okno wyrzucił.

Oczywiście, ten program odnowy, jest skądinąd krótki; być może zresztą wynika to z uwarunkowań czasu – bo podobne odrodzenie wymaga jednej rzeczy, która dla Rousseau mogła być oczywista, dla nas wszakże nie jest oczywista; przestrzeni. Otwartej przestrzeni, powietrza, swobody ruchu, tej całej energii, którą tak wyraźnie czuć w tych fragmentach. Popatrzmy na obecne budownictwo mieszkaniowe, na budownictwo mieszkaniowe socjalizmu, które wciąż zapewnia schronienie większości Polaków, na które tak straszne gromy ciskał kardynał Wyszyński. Czy daje dają przestrzeń? Czy daje możliwości rozwoju zdrowemu człowiekowi? Jedna wielka katastrofa, od początku do końca. Pierwszym naszym zadaniem jest zmienić, od podłogi aż po strych (pun intended) koncept i styl budownictwa mieszkaniowego. Żeby zaś zmienić styl budownictwa mieszkaniowego, trzeba zmienić ogólny typ zatrudnienia, organizacji pracy, produkcji, obrotu ziemią. Innymi słowy: trzeba zmienić wszystko. I istotnie, zmiana systemu gospodarczego na przyjazny rodzinie – oto program; oto cel konkretny, namacalny, który powinien przyświecać wszystkim, którym leży na sercu dobro Polski i Europy.

I nie ja to wymyśliłem; tylko ojcowie Soboru Watykańskiego II; konstytucja „Gaudium et spes”.

No i biedny Jan Jakub; co jest, owszem, dziwne. Choć może wcale nie.